fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Edward Żebrowski nie żyje

Edward Żebrowski, reżyser i scenarzysta. Zmarł 13 lutego 2014 roku.
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
W Warszawie, w wieku 78 lat, zmarł Edward Żebrowski, wybitny artysta, twórca filmów „Szpital przemienienia", „Ocalenie", „W biały dzień", które mają trwałe miejsce w historii polskiego kina, współautor scenariuszy wielu filmów Krzysztofa Zanussiego, wykładowca - pisze Barbara Hollender.
Od kilku dekad walczył z ciężką chorobą, która nie pozwalała mu stanąć za kamerą, ale dla środowiska filmowego pozostawał ogromnym autorytetem.
— To człowiek, który zawsze budził respekt i szacunek — powiedział mi kiedyś o Edwardzie Żebrowskim Wojciech Marczewski — Wokół zmieniały się mody i trendy, a on pozostawał taki sam. W czasach, w których zszarzały i wykruszyły się autorytety, był i dla nas i dla młodych — niemal wyrocznią. Łączyła go głęboka przyjaźń ze Stanisławem Różewiczem. Może dlatego, że byli podobni do siebie: nie dawało się nimi manipulować. Na wsi patrzę czasem na drzewa, które wiosną wypuszczają listki. Kiedy się trochę ociepla, wszystkie są już zielone, tylko stary dąb czeka, nie daje się oszukać pierwszym promieniom słońca. Dlatego nigdy nie zaskakują go wracające mrozy. Dla mnie Edward zawsze miał w sobie coś z takiego mądrego dębu.
Spotkanie z nim robiło duże wrażenie. Kilka razy byłam u niego w domu, w mieszkaniu przy ulicy Jaracza, na warszawskim Powiślu. Siedział w głębokim fotelu, wśród książek. Mówił ściszonym głosem. Kiedyś wyszliśmy razem, nie czuł się najlepiej, miał umówioną wizytę u lekarza.
Był humanistą pochodzącym z rodziny o inteligenckich tradycjach. Wielkim erudytą, który od lat trzymał się z dala od gwaru i blichtru świata. Nie chodził na premiery filmów, nie wypowiadał się publicznie na wszystkie tematy, nie brał udziału w telewizyjnych dyskusjach. Żył spokojnie, na uboczu.
Nie zawsze tak było. W młodości Edward Żebrowski przyjaźnił się z Markiem Hłaską, Ireneuszem Iredyńskim. Prowadził zupełnie inne życie. Pisał. Jeszcze jako Edward Bernstein. Wydrukował niewiele. Kilka opowiadań, trochę wierszy. Ale uchodził za piekielnie zdolnego. Ale przede wszystkim żył kolorowo. Razem z przyjaciółmi biesiadowali w knajpach i odbywali — jak to określał Iredyński — „alkoholowe rekolekcje".
— Wspominam te lata rozrzewnieniem — powiedział mi kiedyś w rozmowie. — Staraliśmy barwnie przeżywać młodość. Nasze szaleństwa były próbą buntu, ucieczką od szarości PRL-u.
Szukał pomysłu na życie. Kiedyś spotkał Jerzego Mierzejewskiego, który wówczas był dziekanem wydziału operatorskiego w łódzkiej szkole filmowej. To on namówił go do zdawania na reżyserię. Zdał. Przyjęto go od razu na drugi rok, bo uznano jego dorobek literacki.
— Trafiłem do wyjątkowej uczelni, ze znakomitą atmosferą. W latach 60. Filmówka była oazą wolności — wspominał Edwrad Żebrowski.
Należał do pokolenia, dla którego kino było magią.
— Pamiętam, jak na początku lat 60., jechaliśmy z Łodzi z wariacką wtedy prędkością ponad 100 kilometrów na godzinę, żeby zdążyć do Warszawy, do kina „Skarpa", na projekcję „Osiem i pół" Felliniego — wspominał. — Siedzieliśmy potem na schodach i to był kompletny zawrót głowy. Podobnym przeżyciem była „Przygoda" Antonioniego z zupełnie nową narracją i nowym sposobem traktowania czasu. Silnym impulsem i drogowskazem stały się dla mnie filmy Tarkowskiego.
W szkole spotkał Krzysztofa Zanussiego. O początkach ich znajomości krążą dzisiaj legendy. Dwaj ludzie o niecodziennym intelekcie, ale zupełnie innym charakterze i temperamencie długo mówili do siebie „na pan". Mieszkali razem w wynajętym przy ulicy Kilińskiego pokoju, ale — jak mówi Zanussi — „na posiłki chodzili osobno, do różnych barów mlecznych".
— Edward był wówczas człowiekiem żyjącym wyzywająco i występnie, a ja — moralistą o ściśniętych zębach, negatywnie usposobionym do tej wolności, którą on w hłaskowskim duchu manifestował — opowiadał mi Krzysztof Zanussi.
Jednak przeciwieństwa się przyciągają. Zaprzyjaźnlili się, przeszli na ty, zaczęli razem pisać scenariusze, chcieli zrobić wspólny film dyplomowy.
— Pisaliśmy listy do współautora — wspomina Zanussi — Nie wiem, gdzie się te listy podziały, ale one naprawdę były ładne. Cały czas powstawała literatura dwóch poziomów tzn. fikcja i komentarz do niej. Edward pisał całe rozdziały, które nie wchodziły do scenariusza i były tylko opowieścią o tym, co by się mogło zdarzyć bohaterom, gdyby nie byli w naszym filmie, ale gdzieś inaczej.
Ale ze wspólnego dyplomu nic nie wyszło. Żebrowski został, razem z Ireneuszem Iredyńskim, aresztowany. W szarym Peerelowskim krajobrazie młodzi buntownicy drażnili. Ściągnęli na siebie gniew samego Gomułki, który na plenach KC publicznie piętnował styl życia Iredyńskiego. Joanna Siedlecka w książce „Obława. Losy pisarzy represjonowanych" opisała sfingowaną przez służbę bezpieczeństwa sprawę o usiłowanie gwałtu, rozprawę w trybie doraźnym, wyrok z1966 roku skazujący literata i reżysera na 3 lata więzienia. Iredyński odsiedział całą karę, Żebrowskiego wypuszczono po 8 miesiącach, bo „nie o tego człowieka chodziło". Ale w więzieniu załamał się. Tam też zaczęła się choroba, z którą przyszło mu dalej żyć.
Z Krzysztofem Zanussim pisali scenariusze. Na ekran przenosił je Zanussi. Tak powstały: „Twarzą w twarz", „Zaliczenie", „Góry o zmierzchu", „Za ścianą", „Struktura kryształu". Wiele lat później, w 1992 roku, Żebrowski był pomysłodawcą „Dotknięcia ręki".
Sam też robił filmy. Podobnie jak Krzysztof Zanussi, trafił do zespołu Stanisława Różewicza „Tor". Znajomość z Różewiczem przerodziła się w głęboką przyjaźń, która trwała aż do śmierci autora „Świadectwa urodzenia" i „Westerplatte". Żebrowski poczuł się też doskonale w „Torze". Kiedy pisałam książkę o tym studiu, opowiadał mi:
— W zespole Różewicza skupiła się grupa indywidualistów. Nie obowiązywała żadna szkoła. Wspólnym mianownikiem było zachowanie wysokiego poziomu — artystycznego i życiowego, etycznego. Tu Różewicz był niewzruszony. W „Torze" panował duch trochę przedwojenny. Ale też zespół przyciągał bardzo ciekawych ludzi. Antek Krauze, Krzysztof Zanussi, Wojtek Marczewski, Krzysztof Kieślowski, Filip Bajon, Andrzej Domalik — wszyscy oni przychodzili do pokoiku przy Puławskiej, gdzie można było liczyć na rozmowę z Różewiczem, albo na pomoc kierownika literackiego Witolda Zalewskiego, który stale podsuwał nam lektury.
Żebrowski nakręcił telewizyjną „Szansę", potem „Ocalenie" „Szpital przemienia", „W biały dzień". To wręcz zadziwiające, że filmy te w ogóle się przez lata nie zestarzały. Więcej, dojrzały, nabrały nowych znaczeń.
„Szansa" i „Ocalenie" powstały pod wpływem jego własnych, szpitalnych doświadczeń. Pokazywały ludzi, którzy muszą stanąć twarzą w twarz z ciężką chorobą. W „Ocaleniu" pragmatycznie myślący naukowiec odkrywa sens cierpienia i śmierci, zaczyna dostrzegać inny wymiar egzystencji. Na początku lat 70. pojawiły się głosy, że bohater filmu — facet zainteresowany wyłącznie własną karierą — jest postacią sztuczną i nieprawdziwą. Dziś żyjemy wśród takich ludzi — zabieganych, zajętych pracą, prących do kariery jak czołgi. I ta opowieść o zmianie hierarchii wartości w sytuacji zagrożenia, jest aktualna jak nigdy dotąd.
Zrealizowany na motywach powieści Stanisława Lema „Szpital Przemienienia", krytycy nazywali „Czarodziejską górą" okresu faszyzmu. Likwidacja w 1939 roku przez Niemców szpitala psychiatrycznego, stała się pretekstem do naszkicowania apokaliptycznej wizji zagłady, do analizy czasów terroru i totalitaryzmu.
Żebrowski obserwował różne ludzkie postawy, pokazywał kryzys kultury. I, jak zawsze, zadawał ważne pytania. Gdzie są granice człowieczeństwa? Jak zachować godność w warunkach nieludzkich? Poszedł też dalej. W filmie pojawiały się kwestie, które w latach 70. często wracały w debatach humanistów, psychiatrów, filozofów — granicy normalności i nienormalności. Jeden z bohaterów znajduje w szpitalu azyl, bo nie mogąc wytrzymać ciśnienia wywieranego przez społeczeństwo, postanowił kontemplować życie uzyskując etykietę wariata. Poruszył też Żebrowski jeszcze jeden dylemat — człowieka odpowiedzialnego za innych. Lekarza, który czuje się związany z losem swoich pacjentów.
W 1980 roku powstał jego kolejny film „W biały dzień", oparty na książce Władysława Terleckiego „Zwierzęta zostały opłacone". Wprawdzie sam pisarz podkreślał, że powieść nie jest rekonstrukcją historycznych zdarzeń, jednak w rzeczywistości była ona silnie oparta na sprawie Stanisława Brzozowskiego, który na początku XX wieku został oskarżony o współpracę z carską ochraną. W jego obronie stanęło wielu luminarzy ówczesnego życia umysłowego, powołano też sąd obywatelski, który się jednak niczym nie skończył. Film Żebrowskiego opowiadał o bezsilności ludzi pomówionych. Czy w takiej sytuacji można dojść do prawdy? Czy człowiek jest w stanie oczyścić się? Pomówienie staje się stygmatem, z którym musi dalej żyć. Nawet jeśli udowodni swoją niewinność, to oskarżenie kładzie cień na jego losach.
Historycy ustalili, że wielu agentów ochrany prowadziło podwójną grę. Z jednej strony walczyli oni z organizacjami konspiracyjnymi, z drugiej — próbowali udowodnić mocodawcom, że są niezbędni. Dlatego inspirowali zamachy na carskich dygnitarzy, żeby potem wyłapywać zamachowców. U Żebrowskiego ten wątek jest mocno zarysowany. Być może agent, który oskarża polskiego intelektualistę wypełnia polecenia przełożonych, by oczernić człowieka, którego dorobek ma poważne znaczenie dla naszej kultury.
Ale głównym bohaterem „W biały dzień" nie jest oskarżony o współpracę z ochraną intelektualista, lecz młody konspirator, który ma dokonać na nim wyroku. I nie wie, gdzie jest prawda, gdzie fałsz. Nie wie czy wychodzi z więzienia, bo policja nie znalazła dowodów jego winy czy też ma ją doprowadzić do konspiratorów lub jest ofiarą prowokacji. Potem nie wie też, czy jest narzędziem sprawiedliwości czy strasznej pomyłki. Jedzie do Włoch, by wykonać wyrok i widzi intelektualistę siedzącego nad książką. Chorego człowieka, którego na śmierć i tak skazała już ciężka choroba. A jeśli ten człowiek jest niewinny?
— Nigdy nie miałem zdolności proroczych — powiedział mi kiedyś Edward Żebrowski. — Interesował mnie Brzozowski. Uważałem, że to jeden z największych polskich myślicieli, a jednocześnie postać tragiczna i symboliczna. Przyjaźniłem się z Władysławem Terleckim, który dał mi swoją książkę jeszcze przed publikacją. I coś zaskoczyło. Zresztą, akurat przyjaźń z autorem nie wyszła filmowi na dobre, mam wrażenie, że niedostatecznie się od tamtej książki oderwałem. Ale taka była geneza filmu. A że wiele lat później powstał IPN i że sprawa Brzozowskiego stała się tak aktualna? Smutna historia.
Dwa lata po „W biały dzień" Edward Żebrowski razem z Krzysztofem Zanussim nakręcił jeszcze w Niemczech film „Miłosierdzie płatne z góry", potem grał profesora matematyki w „Constansie", konsultował scenariusze, m.in. „Trzech kolorów" Krzysztofa Kieślowskiego. Ale sam nie stanął za kamerą. Choroba zaostrzała się, zmogła go. Nie miał już siły na tułaczkę po filmowych planach, wstawanie o szóstej rano, montowanie materiałów do późnych godzin nocnych. W czasie jednej z rozmów zapytałam go, czy trudno było mu się rozstać się z filmem. Nie ukrywał, że czasem tęskni za planem, ale zaraz dodał:
— Andrzej Wajda kiedyś pięknie powiedział, że reżyser powinien mieć duszę poety i siłę kaprala. Ja już tego drugiego nie mam. Dlatego nie miałem wyboru, musiałem się z tym pogodzić i znaleźć sobie inny rodzaj aktywności. Wcześniej już zacząłem uczyć studentów w Katowicach, więc w naturalny sposób przeszedłem na tę stronę. Wykładałem w Polsce, potem również za granicą. To zajęcie pozwoliło mi pozostać blisko kina.
Bardzo sobie cenił współpracę ze Szkołą Wajdy. Dyskutował ze studentami nie tylko o problemach warsztatowych czy dramaturgicznych. Nie lubił powtarzać formułek z podręcznika. Uważał, że rozmowa o scenariuszu jest zawsze rozmową o życiu.
Kilka lat temu rozmawiałam o Edwardzie Żebrowskim z Marcinem Wroną, twórcą „Chrztu". Powiedział mi wtedy:
— Kiedy Edward Żebrowski mówi, po prostu się go słucha. Jego słowa uruchamiają wyobraźnię. Jak mu się tekst nie podoba, powie to tak, że człowiek nie czuje się urażony. Tylko wiadomo, że scenariusz jest do wyrzucenia. Czego mnie nauczył? Że nie warto stawać za kamerą tylko dlatego, że chce się zrobić film. Trzeba siadać do pisania scenariusza wówczas, gdy naprawdę ma się coś do powiedzenia.
W ostatnich latach Edward Żebrowski gasł coraz bardziej. Nie skarżył się. Zapytany, jak się ma, odpowiadał zwykle: „Bywało lepiej".
Czytał, oglądał filmy. Choć przyznawał, że nie przeżywał już przed ekranem takich olśnień, jak kiedyś na projekcjach filmów Bergmana, Felliniego, Antonioniego. Mówił:
— Od pewnego wieku człowiek zaczyna szukać odpowiedzi na nurtujące go pytania nie w lekturach czy w filmach, lecz w sobie. Ja tę granicę już przeszedłem.
Kiedy odchodzą ludzie o wielkiej indywidualności, to zwykle mówi się, że „kończy się jakaś epoka". Może to powiedzenie brzmi sloganowo, ale czasem jest piekielnie prawdziwe.
Barbara Hollender
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA