Muzyka

Nieduży mężczyzna z wielką karierą

Frank Sinatra w nieodłącznym kapeluszu. Takie same noszą bohaterowie serial „Mad Men”
Universal Music Polska
Obdarzony zniewalającym głosem Frank Sinatra przypomina nam, jak należy śpiewać, by oczarować kobietę - pisze Jacek Marczyński.
To nie przypadek, że właśnie teraz ukazuje się płyta z 16 lirycznymi przebojami Franka Sinatry i pretekstem do reedycji dawnych nagrań nie była 15. rocznica śmierci artysty, która minęła kilka miesięcy temu. Albumem „Sinatra with Love" piosenkarz wraca na fali nostalgii za dawną Ameryką i z modą na lata 50. Jej dowodem jest choćby ogromna popularność serialu „Mad Men", u nas emitowanego przez Fox Life i w TVP Kultura. Zobacz galerię zdjęć
Akcja tej wieloodcinkowej opowieści (na kwiecień zapowiedziano w USA premierę siódmego sezonu) toczy się w nowojorskiej agencji reklamowej. Od życiowych perturbacji jej pracowników ważniejszy jest tu obraz Ameryki, gdy na przełomie lat 50. i 60. kończył się czas stabilnego rozwoju, jaki nastąpił po II wojnie. Nadchodzi nowe, które niesie rewolucję obyczajową, ale również brutalizację życia społecznego, czego symbolem stało się zabójstwo prezydenta Kennedy'ego, a także walkę kobiet o swe prawa, wojnę w Wietnamie i pierwsze oznaki inwazji japońskiej gospodarki na USA. Zobacz na Empik.rp.pl Odtąd z każdą kolejną dekadą życie będzie nabierać coraz szybszego tempa. Kiedy patrzy się na bohaterów „Mad Mena", którzy w agencji popijają whisky, paląc jednego papierosa za drugim, lub robią długie przerwy na lunch, a przy tym odnoszą sukcesy zawodowe, pojawia się myśl, że wtedy było lepiej. Na dodatek kobiety były równie piękne i eleganckie, a przy tym bardziej uległe wobec mężczyzn niż obecnie.

Radiowy głos

Klimat tamtych lat odnajdziemy również w piosenkach Franka Sinatry, snujących się wolno i z wdziękiem jak ówczesne życie. Ten idol powojennej Ameryki urodził się w 1915 roku w rodzinie włoskich emigrantów. Był chuderlawy i niedużego wzrostu, a jednak miał w sobie coś; niezwykłe spojrzenie, uśmiech, a przede wszystkim ciepły, męski głos, charyzmę i pewność siebie. Bezbłędnie potrafił wykorzystać te atuty od najmłodszych lat. Śpiewać zaczął na początku lat 30., gdy ogólny kryzys dał się we znaki rodzinie Sinatrów, i 15 dolarów tygodniowo, jakie początkowo zarabiał, było cennym uzupełnieniem domowego budżetu. O poważnej karierze zaczął myśleć, gdy poszedł na występ Binga Crosby'ego, którego zdjęcie miał w swoim pokoju. Młodszym czytelnikom trzeba wyjaśnić, że to wokalista, którego równie ciepły głos towarzyszy nam co roku w okresie świąt Bożego Narodzenia, bo to on wylansował największy hit wszech czasów – „White Christmas". – Odniosę sukces większy niż Bing Crosby – miał podobno Sinatra powiedzieć, gdy w 1935 roku po raz pierwszy wszedł do radiowego studia. Słowa te podszyte były młodzieńczą bezczelnością, zważywszy na fakt, że wziął udział w audycji dla amatorów, w której na dodatek zaśpiewał z triem Three Flashes. A jednak 40 tys. głosów oddanych na niego przez radiosłuchaczy świadczyło, że znalazł się na dobrej drodze. Nagrodą za zwycięstwo w tym radiowym talent show był sześciomiesięczny kontrakt, więc laureaci – już jako kwartet The Hoboken Four – ruszyli w trasę. Jeden z członków grupy Three Flashes wspominał potem, że przyjęli Sinatrę, gdyż miał samochód i mógł być ich kierowcą. Szybko jednak okazało się, że na koncertach to on przyciąga uwagę publiczności. Sinatra to wykorzystał i porzucił partnerów, zwłaszcza że otrzymał propozycję współpracy z orkiestrą Harry'ego Jamesa. Regularnie zaczął się też pojawiać w programach radiowych, bo w tamtym okresie przede wszystkim to medium lansowało gwiazdy. On zaś miał, jak mówią radiowcy, bardzo foniczny głos. W 1939 roku nagrał pierwszy wielki przebój „All or Nothing at All", który w ciągu kilku lat rozejdzie się w milionowym nakładzie. W 1941 roku „Billboard" przyznał mu tytuł wokalisty roku i tak Frank Sinatra stał się gwiazdorem, zwłaszcza że polubiła go młodzież. Był pierwszym amerykańskim piosenkarzem, który śpiewał nie tylko dla dorosłych. Jego występy przyciągały nastolatki, reagujące niesłychanie emocjonalnie. A ta sinatromania znakomicie przyczyniała się do sprzedaży płyt. On zaś w ciągu jednego roku potrafił wydać kilkadziesiąt singli.

Mdlejąca pokojówka

Frankiem Sinatrą zainteresowało się też Hollywood. W filmie „Higher and Higher" (1943) zagrał, co prawda, u boku wielkiej francuskiej aktorki Michèle Morgan, ale... samego siebie. W pierwszej scenie dzwonił do drzwi, otwierała pokojówka, on mówił: „Dzień dobry, nazywam się Frank Sinatra", a ona mdlała z wrażenia. Zaśpiewał również pięć świetnych piosenek, jedna z nich („I Couldn't Sleep a Wink Last Night") była nominowana do Oscara. Udowodnił jednak, że w filmie muzycznym stać go na znacznie więcej, czego najlepszym przykładem stała się w 1949 roku znakomita ekranizacja musicalu Leonarda Bernsteina „On the Town" (w Polsce znana pod tytułem „Na przepustce") o marynarzach na przepustce w Nowym Jorku. Sinatra śpiewał i tańczył tu u boku świetnego tancerza Gene'a Kelly'ego. Rok wcześniej zaś potwierdził talent aktorski w pierwszej dramatycznej roli – zagrał księdza w „The Miracle of the Bells". Mimo wszystko koniec lat 40. nie był dla niego zbytnio udany, kariera wyhamowała, na dodatek w prasie pojawiły się artykuły sugerujące jego powiązania z mafią. Ówczesne tabloidy pisały o nim wręcz per mafioso Sinatra.

Romanse i rozwody

Te zarzuty będą pojawiać się również w kolejnych dekadach, zwłaszcza gdy ulubionym miejscem jego występów stało się Las Vegas pełne kasyn i podejrzanych interesów, nikt jednak nie znalazł wystarczających dowodów potwierdzających te oskarżenia. Pozostała jedynie niewątpliwie wzorowana na Sinatrze postać piosenkarza Johny'ego Fontane'a, będącego na usługach szefa mafii Vito Corleone w filmie „Ojciec chrzestny". Na początku lat 50. rozpadło się też jego małżeństwo. Nancy, młodzieńcza miłość i matka ich trojga dzieci, miała dość licznych zdrad męża. Gdy wyszedł na jaw romans Sinatry z filmową gwiazdą, piękną Avą Gardner, zażądała rozwodu. Kochankowie pobrali się w 1951 roku, dwa lata później byli już w separacji. Równie krótko trwało w latach 60. kolejne małżeństwo piosenkarza z Mią Farrow, która odeszła, gdy on nie zgodził się, by zagrała w „Dziecku Rosemary" Polańskiego. Sinatra ustatkował się dopiero w połowie lat 70. u boku kolejnej żony, Barbary. Na początku lat 50. zdawał się nie przejmować zawirowaniami w życiu prywatnym i spadkiem popularności. Nagrywał kolejne płyty, a przede wszystkim rozwijał się jako aktor, co potwierdził Oscarem za rolę drugoplanową w antywojennym dramacie „Stąd do wieczności" (1953), a dwa lata później nominacją do Oscara za rolę narkomana w „The Man with the Golden Arm". Interesująco wypadał też w komediach, choćby „Ocean's Eleven" (1960).

Wielkie przeboje

Gdy objawił się Elvis Presley, wybuchło szaleństwo rock and rolla, a rynek muzyczny nastawił się przede wszystkim na młodzieżowego odbiorcę, dobiegający pięćdziesiątki Frank Sinatra prezentował się w tym biznesie jak poczciwy, nudnawy wujek. A jednak lata 60. okazały się dla niego niezwykle udane, wylansował bowiem trzy wielkie ogólnoświatowe przeboje: „Strangers in the Night", „Something Stupid" (w duecie z córką Nancy) oraz „My Way" (122 tygodnie na liście „Billboardu"!). W następnej dekadzie dorzucił do tego „New York, New York", ten przebój podebrał Lizie Minelli. To ona pierwsza zaśpiewała go w filmie Martina Scorsese pod tym samym tytułem. Był już wówczas artystą spełnionym, dla milionów Amerykanów stał się symbolem ciągłości i oryginalności jej kultury i tym, co Ameryka daje światu. Był też kwintesencją amerykańskiego stylu, amerykańskich marzeń i możliwości. Nadal występował, potwierdzając swą formę. Na 80. urodziny nagrał świetny album z duetami, zaprosiwszy m.in. Arethę Franklin, Natalie Cole, Barbrę Streisand, Charlesa Aznavoura, Bono czy muzyka Kenny'ego G. Na wydanej obecnie płycie usłyszymy jednak innego Franka Sinatrę. Dominują na niej piosenki tej dawnej, dobrej Ameryki, skomponowane w latach 30. i 40., a nawet jeszcze wcześniej, jak choćby „Love Is Here to Stay" George'a Gershwina. Nie wszystkie zresztą powstały dla niego, oscarową piosenkę „The Way You Look Tonight" jako pierwszy zaśpiewał w jednym ze swoich filmów Fred Astaire. „Moonlight Becomes You" z kolei wylansował w latach 40. Bing Crosby. „Just One of Those Things" Cole'a Portera to z kolei filmowy przebój popularnej na początku lat 50. Doris Day. Tak oto album „Sinatra with Love" stał się też przewodnikiem po muzyce amerykańskiej z czasów klasycznych musicali, filmów muzycznych z życia artystów i wyższych sfer, wielkich orkiestr i cudownego swingu, dzięki któremu nuty zaczynały pulsować. Sinatra był największym artystą tej epoki, której już nie ma. Warto czasami jednak do niej wrócić, choćby dlatego że to świat zupełnie niepodobny do naszego. Ma jednak nadal swój urok.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL