fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Od jesionu do karbonu

Czarno-białe zdjęcie to w narciarstwie okres romantyczny – drewniane deski i wiatr we włosach.
Corbis
Historia ich produkcji to droga od norweskich manufaktur do kosmicznych laboratoriów i potężnych fabryk.
Współczesne narty to technologiczne majstersztyki. Producenci pilnują, by tajemnice ich wyrobów nie ujrzały światła dziennego. Między firmami wytwarzającymi sprzęt trwa walka na nowe pomysły i coraz skuteczniejsze rozwiązania. A wszystko zaczęło się od zwykłej drewnianej deski.
Archeolodzy przypuszczają, że narciarstwo było znane już 9000 lat temu. Rysunki naskalne pokazujące ludzi z dwoma długimi kawałkami drewna przyczepionymi do nóg odkryto w Skandynawii. Szacuje się, że malowidła mają ok. 3000–5000 lat. Pierwsze narty służyły ludom dalekiej północy do poruszania się po grubych pokrywach śnieżnych. Były wykorzystywane przede wszystkim w czasie polowań. Ich budowa była bardzo prosta i zawodna, ale wystarczająca, by nie zapadać się w zaspy – dwie ponadmetrowe deski z wyżłobieniem na stopę pośrodku. Pierwszą taką nartę, która prawdopodobnie ma 4000 lat, znaleziono w Norwegii.

Taliowana deska

Przez stulecia nart używali przede wszystkim skandynawscy rolnicy, wojownicy i myśliwi. Zmusił ich do tego surowy klimat. Ale Skandynawowie z tego, co utrudniało im życie, uczynili swoją zaletę. W XVIII wieku oddziały szwedzkiej armii przechodziły szkolenia, jak właściwie poruszać się po śniegu ze sprzętem przyczepionym do nóg i jak wykorzystać to w walce. Dopiero w XIX wieku narciarstwo straciło swój utylitarny charakter. Odkryto, że zjazdy z góry na dwóch deskach mogą również dostarczać sporo radości. Wtedy też rozwój technologii nabrał niespotykanego dotąd rozpędu.
Wszystko zaczęło się ok. 1850 r. za sprawą rzemieślników z norweskiego okręgu Telemark. Doszli oni do wniosku, że dotychczas wytwarzanym nartom daleko do ideału. Były płaskie, przez co pod ciężarem narciarza wyginały się w dół. To stwarzało dodatkowe tarcie i znacząco utrudniało jazdę. Innowatorzy z Telemarku zrobili rzecz prostą, lecz genialną – wygięli deski w górę. Dzięki temu narty nie tylko dawały mniejszy opór. Lepiej amortyzowały, więc były bezpieczniejsze dla stawów. Stały się cieńsze, lżejsze i nie zapadały się w miękkim śniegu. Prawie wszystkim Norwegom wydawało się, że wreszcie wymyślono perfekcyjny sprzęt. Ale znalazł się jeden człowiek, który udowodnił, że warto coś zmienić, bo lepsze nie zawsze jest wrogiem dobrego. To Sondre Norheim, nazywany ojcem współczesnego narciarstwa.
Norheim słynął wśród swoich sąsiadów z nieprzeciętnych umiejętności narciarskich. Z zawodu był stolarzem, więc nic dziwnego, że rozpoczął eksperymentowanie z nartami własnej produkcji. Pierwszy krok ku sprzętowej rewolucji poczynił w 1868 r. Stworzył dwumetrowe taliowane narty, które na środku były węższe nawet o 1 centymetr. Ten trend w produkcji trwał ponad 120 lat.
Ale Sondre Norheim nie skupiał się wyłącznie na deskach. Był również pomysłodawcą nowych wiązań. Do jego czasów buty przymocowywano za pomocą rzemieni czy skórzanych pasków. Norweski wynalazca pierwszy użył splecionych korzeni brzozy, którymi przytwierdzał piętę do deski. Takie rozwiązanie zapobiegało przypadkowemu zgubieniu nart w czasie skrętów i skoków, które Norheim wyjątkowo sobie cenił. To on wymyślił styl jazdy nazywany narciarstwem telemarkowym.
W 1889 r. narciarstwo zawędrowało z Norwegii w Alpy. Wszystko za sprawą Czecha mieszkającego w Austrii Mathiasa Zdarsky’ego. Zdarsky był zauroczony książką Fridtjofa Nansena, który opisywał, jak w 1888 r. przebył Grenlandię na nartach. Czech postanowił, że musi spróbować tego, o czym pisał bohater jego ulubionej opowieści. Zamówił parę nart z Norwegii. Chciał je wypróbować już po odebraniu przesyłki z okienka pocztowego. Założył swój zakup na nogi i... mocno się rozczarował. Długie deski nie były dobrym środkiem transportu po stromych alpejskich zboczach. Kłopot Zdarsky’ego polegał także na tym, że nigdy wcześniej nie miał do czynienia z nartami. Ale nie przeszkodziło mu to w stworzeniu innowacji, która odmieniła zimowy sport. Zbudował nowe wiązania składające się z metalowej płyty i pasków mocno dociskających but do reszty sprzętu. Narciarz z Austrii skrócił także narty tak, aby łatwiej było nad nimi panować. Dzięki temu opracował technikę jazdy pługiem i hamowanie bocznym ślizgiem.

Zapasowe krawędzie

Cztery lata później Norwegowie próbowali udoskonalić swój wynalazek. Projektanci firmy H. M. Christiansen stworzyli pierwsze narty warstwowe. Składały się one z drewna orzechowca i były uzupełnione lżejszymi materiałami – lipą lub świerkiem. Jednak konstruktorzy użyli nietrwałych klejów. Ich produkt rozpadał się już po kilku zjazdach, czasem jeszcze w warsztacie. Na paręnaście lat zaniechano pomysłu budowania nart składających się z kilku warstw. Kolejne próby, tym razem udane, podjęto w roku 1928 r.
W tym samym czasie nad swoim wynalazkiem pracował Austriak Rudolf Lettner. Doszedł on do wniosku, że dodanie stalowych krawędzi sprawi, iż narty będą bardziej przyczepne na twardym, zmrożonym śniegu. Nie mylił się. Jednak jego patent miał parę uciążliwych wad. Segmenty były przykręcane i miały tendencję do obluzowywania się. Dlatego narciarze jeździli z zapasowymi krawędziami, śrubami i śrubokrętem, by od czasu do czasu dokonać niezbędnych napraw. Na początku lat 30. XX wieku projektanci skupili się także na poprawieniu jakości ślizgu. Drewno smarowane różnymi olejami nie spełniało oczekiwań narciarzy, zwłaszcza tych startujących w zawodach. Dlatego zaczęto stosować ślizgi żywiczne.
Lata 30. dały miłośnikom białego szaleństwa jeszcze jeden wynalazek, który był milowym krokiem w rozwoju narciarstwa. Dwaj konstruktorzy, Bjoern Ullevoldsaeter z Oslo i George Aaland z Seattle, niezależnie od siebie stworzyli pierwsze udane narty trójwarstwowe. Wytrzymywały ostrą jazdę w trudnym terenie, ponieważ do ich produkcji używano wodoodpornych klejów kazeinowych. Były nie tylko żywotniejsze od dotychczas znanego sprzętu, ale także lżejsze i mocniejsze. Szybko zyskały popularność zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Norwegii.
Na kolejne znaczące zmiany trzeba było czekać do zakończenia II wojny światowej. W 1947 r. amerykański inżynier lotnictwa Howard Head rozpoczął pracę nad nartami składającymi się z aluminium i drewna. Pierwsze egzemplarze nie należały do udanych. Śnieg łatwo przylepiał się do aluminiowych spodów. Poza tym narty były niezwykle łamliwe. Lecz urażona inżynierska duma nie pozwoliła Headowi się poddać. Po wielu niepowodzeniach udało się wreszcie stworzyć produkt idealny. Narty, które miały rdzeń ze sklejki, jednolite stalowe krawędzie, aluminiowe elementy i ślizg z fenolowego tworzywa, były strzałem w dziesiątkę. Head wyznaczył kierunek konstrukcji na najbliższe 20 lat.
W 1955 r. naukowcy z austriackiej firmy Kofler zrezygnowali z udoskonalania całej narty. Skupili się na ślizgu. Stosowana do wytwarzania tego elementu żywica nie zapewniała pożądanej szybkości, a nawet drobne uszkodzenia ślizgu ciężko było naprawić. Austriacy poszukiwali czegoś, co byłoby mniej zawodne i łatwiejsze w obsłudze. Znaleźli polietylen. Z ich odkrycia niemal natychmiast zaczęli korzystać wszyscy producenci na świecie. Polietylenowe ślizgi zapobiegały przyklejaniu się śniegu, miały odpowiednie tarcie (co wykluczyło potrzebę stosowania dodatkowych smarów) i łatwo można było je uzupełnić. Drobne rysy i ubytki wystarczyło wysmarować stopionym tworzywem. W tym samym czasie szwajcarska firma InterMonatana stworzyła P-tex, surowiec o podobnym działaniu. Stosowany jest on do dziś.

Tylko nie drewno

Gdy Austriacy i Szwajcarzy pracowali nad ślizgami, w innych zakątkach globu myślano, jak ulepszyć całą konstrukcję narty. W 1959 r. Fred Langendorf i Art Molnar z Montrealu wpadli na kolejny, jak się potem okazało, rewolucyjny pomysł. Wykorzystali włókno węglowe. Na początku Langendorf nie chciał, by jego wynalazek trafił do szerokiej rzeszy odbiorców, ale pod wpływem nacisków przyjaciół zmienił zdanie. Tak rozpoczęła się nowa epoka w historii sprzętu narciarskiego. Po dwóch latach karbonowe narty w swojej ofercie miało już pięciu producentów.
Sukces włókna węglowego nie oznaczał, że inżynierowie przestali poszukiwać kolejnych rozwiązań. W 1970 r. powrócono do prób z włóknem szklanym, zaniechanych po nieudanych eksperymentach w latach 50. Producenci zrezygnowali ze znanego do tej pory tworzywa S-glass. Zastąpili je tańszym E-glass. Później zaczęto mieszać wszystkie znane materiały – kevlar, włókna węglowe, szklane i ceramiczne oraz inne surowce o wysokiej wytrzymałości. Wszystkie te zabiegi miały jeden cel – poprawę odporności, tłumienie wstrząsów, zmniejszenie masy nart. Zmieniono również formę wytwarzania ślizgów. Prasowany polietylen wypierał wtłaczany.
W 1990 r. nowy rozdział w historii sprzętu narciarskiego otworzyły Elan i Kneissl. Wprowadziły na rynek modele SCX i Ergo, czyli mocno taliowane narty zwane carvingowymi. Wcięcie po środku znacznie ułatwiło skręty. Niektórzy narciarze twierdzą, że dzięki temu zbędne stały się kijki. Carvingi do dziś pozostają najpopularniejszym rodzajem nart.
Wydawać by się mogło, że obecnie jeździmy na najdoskonalszych nartach, jakie mogły powstać. Ale producenci wciąż dokładają wszelkich starań, by zaskoczyć swoich klientów. Próbują w nowy sposób wykorzystać już istniejące materiały lub tworzą własne. Produkcją sprzętu już nie zajmują się rzemieślnicy w swoich warsztatach, ale sztaby naukowców w potężnych laboratoriach. Wojna technologiczna trwa. A historia jeszcze się nie kończy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA