fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rząd się potknie o sześciolatki

Jeśli Sejm zdecyduje, że popiera referendum, wywoła polityczne trzęsienie ziemi. Koalicja policzy się po raz pierwszy po odejściu z PO Jarosława Gowina, Jacka Żalka i Johna Godsona – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej".
Dziś początek jednego z najgorętszych bojów politycznych tej kadencji. Może skończyć się kolejnym przegranym przez rząd głosowaniem, na pewno wywoła ostre tarcia wewnątrz koalicji. Dlaczego? W czwartek Sejm będzie debatował na temat obywatelskiego wniosku o referendum w sprawie niezwykle istotnych zmian w naszym systemie edukacji. Jedna z nich dotyczy sztandarowej, forsowanej niemal po trupach, reformy rządu Donalda Tuska. Chodzi o wysłanie do szkół sześciolatków. Posłowie zajmą się nią, bo blisko milion obywateli poparło akcję „Ratuj maluchy" prowadzoną przez Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców. Domagają się oni przeprowadzenia referendum w sprawie przyszłości systemu edukacji.

Pięć chytrych pytań

Czego konkretnie chcą inicjatorzy tej akcji oraz popierający ich obywatele? Domagają się, by w referendum zapytać Polaków o pięć spraw. Dwie dotyczą obowiązku edukacji – przy urnach mamy rozstrzygnąć, czy chcemy obowiązkowego wysyłania do szkół sześciolatków oraz pięciolatków do zerówek. Kolejne pytanie dotyczy przywrócenia w liceach „pełnego kursu historii", a następne – czy jesteśmy zwolennikami powrotu do systemu edukacji w formule osiem lat szkoły podstawowej i cztery lata średniej. Odpowiadając na ostatnie pytanie, najmniej jasne i nieco kuriozalne, mamy rozstrzygnąć, czy jesteśmy zwolennikami ustawowego zakazu likwidacji publicznych szkół i przedszkoli.
Pytania zostały dość sprytnie skonstruowane przez inicjatorów akcji. Nie dotyczą jedynie sześciolatków, ale także żywotnych interesów sporych grup społecznych. Z likwidowanymi szkołami identyfikują się tracący pracę nauczyciele, spór o historię rozpala emocje w kręgach konserwatywnych. Rządowy atak na inicjatywę referendum może być przez nich odebrany osobiście.
Taka konstrukcja pytań, ogromna liczba głosów poparcia, jednoznaczne wsparcie wszystkich ugrupowań opozycyjnych od PiS po Twój Ruch oraz bardzo niewielka przewaga w Sejmie koalicji rządowej każą przypuszczać, że referendum się odbędzie. To tym bardziej prawdopodobne, że głosowanie publicznie poparli trzej posłowie PSL: Eugeniusz Kłopotek, Mirosław Pawlak i Andrzej Dąbrowski. Wciąż niepewni, co zrobią, są tylko byli posłowie partii Palikota zrzeszeni w kole Inicjatywa Dialogu.

NIK miażdży rząd

Oliwy do ognia dolał opublikowany w minioną środę raport Najwyższej Izby Kontroli, który wręcz zmiażdżył resort edukacji, zarzucając mu kompletne nieprzygotowanie szkół na przyjęcie najmłodszych dzieci.
Wynika z niego między innymi, że ze sprawdzonych w ubiegłym roku placówek zaledwie 12,5 proc. spełniało wymagane warunki. W blisko 80 proc. stwierdzono naruszenia w zakresie bezpieczeństwa i higieny, blisko 60 proc. nie zapewniało młodszym uczniom miejsca zabaw, ponad 56 proc. nie spełniało wymogów opieki świetlicowej, a połowa – zalecanych wymagań dla sal lekcyjnych. Izba wytyka rządowi, że nie podjął w pełni skutecznych działań wspierających gminy w przygotowaniu szkół do reformy obniżającej wiek szkolny. Ponadto kwestionuje politykę informacyjną MEN dotyczącą reformy, a także częste zmiany prawa, które ją reguluje.
Trudno zatem będzie rządowi zbijać argumenty inicjatorów referendum, którzy akcentują, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie najmłodszych dzieci. Zwłaszcza że pod raportem NIK podpisał się prominentny polityk Platformy Obywatelskiej Krzysztof Kwiatkowski. Notabene dowodzi to tego, że faktycznie – tak jak zapowiadał przed swoją nominacją – stara się być prezesem obiektywnym, a nie malowanym. Nie stanowiłoby to dla niego zapewne wielkiego problemu, gdyby raport „przytrzymał" przynajmniej na czas po debacie w Sejmie.
W sprawie edukacji Polacy poszliby do urn referendalnych czwarty raz po 1989 roku. Do tej pory odpowiadali, czy chcą powszechnego uwłaszczenia, jak wykorzystać majątek państwa (w wypadku tych dwóch głosowań data była ta sama), czy są zwolennikami przyjęcia konstytucji oraz wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. To ostatnie referendum odbyło się ponad 10 lat temu.

Polityczna burza

Jeśli Sejm zdecyduje, że popiera referendum, wywoła polityczne trzęsienie ziemi. O tym, że tak może być, świadczą zabiegi PO w tej sprawie. Pierwotnie debata i głosowanie na temat referendum miały odbyć się w środę, ostatecznie debata odbędzie się dziś, a głosowanie na następnym posiedzeniu Sejmu. Platforma się boi, że nie zdoła zebrać w tej sprawie większości i przez dwa tygodnie będzie jej szukać.
Skąd ten strach? Koalicja „policzy się" w poważnym głosowaniu po raz pierwszy po odejściu z PO Jarosława Gowina, Jacka Żalka i Johna Godsona. Gdyby nie udało się zebrać większości, byłby to dla niej mocny sygnał ostrzegawczy.
Zwycięstwo obywateli przeciw sztandarowej reformie rządu byłoby też wyraźnym głosem sprzeciwu wobec jego polityki. Okresu przedreferendalnego nie omieszkałaby też zapewne wykorzystać opozycja. A rząd, zniechęcając do głosowania lub przekonując do odrzucenia obywatelskiej inicjatywy, traciłby poparcie. Już sama debata w Sejmie może być dla niego kłopotem. Jak zbijać argumenty o nieprzygotowaniu szkół czy chcieć wyrzucić do kosza inicjatywę popieraną przez milion obywateli?
Referendum ma się odbyć najpóźniej 90 dni od daty jego ogłoszenia. Może się zatem okazać, że przyszły rok będzie politycznie jeszcze gorętszy, niż zapowiadają to dwa pewne głosowania – do europarlamentu i samorządowe.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA