Plus Minus

Apetyt na arcydzieło

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Kiedyś Wiesław Myśliwski wydawał powieści, dziś tworzy arcydzieła. Te pierwsze bywały porywające, te drugie są tylko przyzwoicie napisane.
Wiesław Myśliwski jest twórcą przywracającym wiarę w sens i wartość prawdziwej literatury – zdanie z okładki powieści „Ostatnie rozdanie" to typowa twórczość działów promocji wydawnictw. Zazwyczaj stoją za tym mniej lub bardziej zręczne zabiegi speców od marketingu, ale w tym wypadku jest to prawda. Proza Myśliwskiego rzeczywiście przywraca niewiernym wiarę w literaturę.
Takie stwierdzenia są zawsze nieco ryzykowne, ale wydaje mi się, że wydany na początku lat 80. XX wieku „Kamień na kamieniu" to najwybitniejsza polska powieść ostatniego półwiecza. Przynajmniej ja ją za taką uważam, a nie jestem w tym odosobniony. Podobnie jak w przekonaniu, że tej chłopskiej epopei niewiele ustępuje wydany w połowie lat 90. poprzedniego stulecia „Widnokrąg". To właśnie po wydaniu tej książki pisarz, uważany już za żywego klasyka, został superklasykiem obsypanym nagrodami, w tym pierwszą w historii Nike. Ma to znaczenie o tyle, że dzięki zmasowanej promocji ceniony twórca, ale znany raczej elitom niż szerokiej publiczności, został wtedy autentyczną literacką gwiazdą z książką na czołówkach list bestsellerów. A jednocześnie pasowano go na autora, który pisze wyłącznie arcydzieła. Jeśli zaś tak się postawi sprawę, to nie jest aż tak trudno sprawić, żeby to stwierdzenie stało się samospełniającą przepowiednią. Wystarczy tak jak przy okazji wydania „Traktatu o łuskaniu fasoli" w 2006 roku dać twórcy wszystkie możliwe nagrody, a w recenzjach używać wyłącznie superlatyw, bo kto ośmieliłby się napisać w innym trybie o autorze arcydzieł.
Tym bardziej że mówimy o twórcy niekontrowersyjnym, którego artystyczna wielkość nikogo nie kłuje w oczy. Bo zasłużona literacka sława Myśliwskiego nie jest ani efektem taniego skandalu, ani działania jakiejś towarzyskiej koterii. Wynika po prostu z tego, że jest wielkim pisarzem. I używam tego stwierdzenia bez cienia ironii, jako stwierdzenia faktu.

Ekstatyczne pochwały

Ale kłopot w tym, że Wiesław Myśliwski nie tylko wielkim pisarzem jest, ale i został obsadzony w roli wielkiego pisarza. To, oczywiście, nie wynika z jakiejś świadomej strategii twórcy, tylko z tego, że nawet w czasach powszechnego zidiocenia mediów, takich jak nasze, istnieje pewne, stosunkowo niewielkie, zapotrzebowanie na autentyczną literacką wielkość. Że pewna część publiczności ma apetyt na arcydzieło, a dziennikarze starają się ten apetyt zaspokoić. To właśnie dlatego nie wskazano ewidentnych słabości „Traktatu o łuskaniu fasoli", powieści niedorównującej ani „Widnokręgowi", ani tym bardziej „Kamieniowi na kamieniu". Tak samo będzie zapewne z wydanym właśnie „Ostatnim rozdaniem", które już na okładce anonsowane jest jako„kolejne prozatorskie arcydzieło". Zresztą wybuch entuzjazmu rozpoczął się jeszcze przed ukazaniem książki, a salwą z „Aurory" była recenzja Janusza Drzewuckiego w „Rzeczpospolitej". W kolejnych prawdopodobnie przeczytamy równie ekstatyczne pochwały. Niestety, nie będą one w pełni zasłużone. Słusznie się państwo bowiem domyślili, że nowa powieść Myśliwskiego arcydziełem nie jest. Ale mam nadzieję, że powyższy wstęp wyjaśnił, dlaczego, zdaniem wielu, to właśnie ten pisarz jest zobowiązany do pisania arcydzieł.

Bohater bez właściwości

Jeśli nie „kolejnym arcydziełem", to czym „Ostatnie rozdanie" jest? Kolejną próbą opisania ludzkiego życia i odpowiedzi na pytanie, czym jest ludzki los. Kolejną po „Traktacie o łuskaniu fasoli". To książki podobne do siebie. Jeśli komuś przypadł do gustu „Traktat", to również nową powieść przeczyta z satysfakcją. Ma ona z grubsza te same zalety. Poleciłbym ją przede wszystkim komuś, kto lubi niespieszny tok tradycyjnej narracji. Myśliwski zawsze był odporny na literackie mody i tak jest również w nowej książce. Opowieść prowadzi nas krętymi ścieżkami ludzkich myśli. Oto bohater, człowiek, jak się domyślamy, w podeszłym wieku, sięga po swój notes, w którym od czasów licealnych gromadził adresy i numery telefonów. I tak, krok po kroku, odkrywa przed nami swoje życie, cofając się aż do czasów tuż po wojnie. Szuka najpierw w pamięci tych, których nazwiska nic mu po latach nie mówią. A potem, w ramach tej prywatnej archeologii, sięga do coraz głębszych pokładów, tam, gdzie są wspomnienia zawiedzionej miłości, ukochanej matki i najpoważniejszych życiowych wyborów czy może nawet błędów. Choć w tych kategoriach bohater „Ostatniego rozdania" nie patrzy na swoje życie. Jest pogodzony z losem. Choć samotny i niespełniony, nie ma poczucia życiowej porażki, być może dlatego, że tak właśnie widzi ludzką kondycję. Że jego zdaniem, nawet odnosząc największe sukcesy i mając świat u stóp, w ostatecznym bilansie skazani jesteśmy na klęskę. Czy łatwiej ją przyjąć komuś takiemu jak bohater, którego można wręcz określić mianem człowieka bez właściwości? Od Myśliwskiego nie usłyszymy jednoznacznej diagnozy. Cóż, nie byłby wybitnym pisarzem, gdyby nie rozumiał, że są pytania, na które nie da się udzielić odpowiedzi. A jego bohater wciąż rozważa i mnoży nierozwiązywalne kwestie, niejako obok toku narracji, stawiając pytania fundamentalne. Są zapewne tacy czytelnicy, których to urzeka, bo podobne frazy z „Traktatu o łuskaniu fasoli" nazywano rozważaniami metafizycznymi, medytacjami o naturze dobra i zła, szukaniem sensu życia. Można to pewnie czytać i tak, ale mnie takie fragmenty, od których aż roi się w „Ostatnim rozdaniu", nie wydają się przekonujące. A brzmią one np. następująco: „Mówi się, co prawda, być sobą. Mówi się w zuchwałym przekonaniu o stałości naszego ja. Powtarza to każdy. Lecz być sobą tak naprawdę nic nie znaczy. Aby być sobą, trzeba być kimś, to znaczy wiedzieć, kim się jest". Oczywiście, inaczej czyta się to w ramach całej opowieści, a inaczej wyrwane z kontekstu. W książce wydają się to poniekąd naturalne, bo przecież ktoś sumuje tam swoje życie, a cytowane oddzielnie, te słowa wydają się niezbyt odkrywcze, by nie rzec banalne. Ocenę pozostawiam czytelnikom, ale chcę powiedzieć, że dla mnie nie ta „metafizyczna nadbudowa" jest największą wartością „Ostatniego rozdania", tylko baza, mówiąc językiem Marksa, czyli te sekwencje, kiedy narrator dotyka zwyczajnego życia.

Powrót do korzeni

Najlepsze fragmenty powieści to dla mnie te, w których Myśliwski wraca do rodzinnego miasteczka bohatera w połowie XX wieku i szkicuje portrety najważniejszych osób w jego życiu: matki bohatera i jego ukochanej Marii. A także ludzi, z którymi zetknął go los, takich jak krawiec Radzikowski (i jego pracownicy) czy szewc Mateja. To w tych momentach opowieść najbardziej angażuje, jest żywa i emocjonująca, a im dalej bohater odbiega od czasów młodości i swoich korzeni, tym bardziej obojętnym pozostawia czytelnika. Jego nieudane romanse, interesy i kolejne życiowe wolty wydają mi się niezbyt zajmujące. Być może z powodu grzechu pierworodnego tej historii. Otóż mimo że przez ponad 400 stron czytamy zwierzenia i refleksje bezimiennego bohatera, w zasadzie nie dowiadujemy się, jakie są motywacje jego działania. Bo nawet uważna lektura nie rozwiewa wątpliwości dotyczących dwóch jego najważniejszych życiowych decyzji: porzucenia malarstwa i odrzucenia miłości Marii. Narrator tej historii, który uważany jest za człowieka utalentowanego, w zasadzie bez powodu przerywa studia na Akademii Sztuk Pięknych i wraca do rodzinnego domu, by tam uczyć się fachu krawieckiego. A wkrótce i to porzuci, bo od tego momentu będzie przed czymś całe życie uciekał. Kłopot w tym, że nie bardzo wiadomo przed czym. Ale jeszcze bardziej tajemnicze są przyczyny zerwania z ukochaną, co zresztą dokonało się mniej więcej w tym samym czasie. To uczucie trwać będzie całe życie, ona do śmierci będzie do niego pisać, wyznając mu miłość, on nikogo już nigdy nie pokocha. Ba, nie pozwoli nikomu zbliżyć się do siebie. Dlaczego? Jaki ma defekt? I z jakiej przyczyny, mimo że Maria jest dla niego kimś najbliższym, nigdy nie podejmie próby ponownego zbliżenia do niej? Trudno to zrozumieć i zaangażować się w tę historię. Można w „Ostatnim rozdaniu" docenić precyzję Myśliwskiego, który potrafi opowiadać jak niewielu polskich autorów, stylem, w którym nie ma żadnej maniery, ale nie sposób polubić jego bohatera. Ba, nie da się go też znienawidzić, bo on sam i jego działania nie wywołują żadnych emocji.

Zabrakło magdalenki

Czego brakuje w „Ostatnim rozdaniu"? Tematu. Konkretu. Podobnie zresztą jak w „Traktacie o łuskaniu fasoli". Tyle że tam jednak pokazał się kawałek powojennej historii Polski, a całość ubrana w formę monologu, którego wysłuchuje nie-wiadomo-kto, zapewne śmierć, układała się w opowieść o trudnym życiu bohatera. No i świetny, poruszający i wciągający, był początek poprzedniej powieści. W „Ostatnim rozdaniu" tak dobrze już nie jest. Warto jednak zadać pytanie, dlaczego w dwóch ostatnich książkach bohater Myśliwskiego jest bezimienny? Czyżby chodziło pisarzowi nie o to, żeby opisać konkretne życie, ale „życie w ogóle"? Byt nasz podniebny? Jeśli tak, to ten zamiar nie mógł się powieść. Paradoks wielkiej literatury polega na tym, że z detali, z drobiazgów, z przysłowiowych proustowskich magdalenek tworzy się uogólnienia. To dzięki konkretowi literatura wkracza w obszary arcydzielności. Szukanie historii po to, by dało się z niej stworzyć jakąś wyjątkowo nośną metaforę, to zaczynanie budowy domu od dymu z komina. I trudno się oprzeć wrażeniu, że tak jest w tym wypadku. Wiesław Myśliwski to pisarz, który ma wielkie ambicje i nie mniejsze możliwości, ale realizują się one w pełni tylko wtedy, gdy znajdzie odpowiednio nośny temat. Najważniejszym tematem prozy Myśliwskiego była kultura chłopska, jej przeszłość i nieuchronna klęska w zderzeniu z nowoczesnością. To był prawdziwy sens opowieści o braciach Pietruszkach z „Kamienia na kamieniu". To symbolem tej wielkiej cywilizacyjnej zmiany, która przeorała polską wieś, była budowa nowej drogi, od której historia się zaczyna. O tym traktowała również powieść „Pałac" i, najbardziej chyba udana spośród sztuk twórcy, „Klucznik". Choć tu akurat zmiana wiązała się z wojną, ale w gruncie rzeczy o to samo przecież szło. Drugi, równie ważny wątek twórczości Myśliwskiego to jego prywatna mitologia, czyli przede wszystkim dwie książki: „Nagi sad" o trudnej miłości ojca i syna oraz „Widnokrąg", który w zasadzie można nazwać bildungsroman. Bo przecież bohatera tej książki widzimy w kontakcie z ciężko chorym ojcem, który umiera w czasach jego dzieciństwa i z ukochaną matką. Myśliwski pokazuje go też w kontekście historycznym, bo mamy w powieści wątek zauroczenia komunizmem, no i jest tam też wspaniały wątek miłosny. Nie wspominając już o tym, że pisarz odkrył rodzinny Sandomierz, stworzył jego urzekający obraz, zanim komukolwiek przyśniło się, że kiedyś będzie tam kręcony serial „Ojciec Mateusz" i wiele lat przed tym, jak na pomysł opisania miasta w kryminale wpadł Zygmunt Miłoszewski w „Ziarnie prawdy". Z czego Myśliwski budował swoje powieściowe światy? Z detali właśnie. Do dziś pamiętam poruszający opis wędrówki w jednym bucie z „Widnokręgu" czy fascynującą opowieść Szymona Pietruszki o budowie wozu z „Kamienia na kamieniu". W wywiadzie, którego Wiesław Myśliwski kiedyś mi udzielił, sam pisarz zauważył, że to właśnie z takich konkretów, z opisów poszczególnych części tworzy się „metafizyka wozu". I, jak dziwnie by to nie brzmiało, miał rację. Tyle że w „Ostatnim rozdaniu" takiego konkretu, od którego pisarz mógłby się odbić, niestety, zabrakło. Dlatego trudno w tym wypadku mówić o artystycznym sukcesie. Gdyby tę powieść napisał ktokolwiek inny, uznałbym ją za całkiem udaną, ale Myśliwski pokazał już wielokrotnie, że potrafi pisać znacznie lepiej. I choć tytuł można by uznać za rodzaj pożegnania, miejmy nadzieję, że jeszcze kiedyś to pokaże. Bo twórców przywracających wiarę w sens i wartość prawdziwej literatury nie zostało nam w Polsce zbyt wielu.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL