fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Cudów już nie ma

Miroslav Radović, jako jeden z niewielu piłkarzy Legii w dwumeczu ze Steauą nie zawiódł. Fot. Piotr Nowak
Nieznane
Mistrz Polski był źle przygotowany do walki o Ligę Mistrzów.
O Legii ostatnio pisało się tylko dobrze. Przegrywała w lidze z Ruchem i Lechią, ale to przecież był wypadek przy pracy, bo szykowała się do walki o Ligę Mistrzów. Nawet kiedy wygrywała z Pogonią Szczecin będąc drużyną gorszą, nikt nie zwracał uwagi na styl. Wiadomo – liczy się tylko wynik.
Dużo mówiło się o perfekcyjnej organizacji, przemyślanych transferach i długofalowej polityce. Na Ligę Mistrzów, jak mówi prezes Bogusław Leśnodorski „napinki nie było”, jednak przygoda Legii w kwalifikacjach tych rozgrywek każe trochę inaczej spojrzeć na działalność całego klubu.

Za dużo szczęścia

Ostatni gwizdek rewanżu ze Steauą zakończył sześcioetapowy wyścig piłkarzy z własnymi słabościami. Źle było już w drugiej rundzie, kiedy mistrzowie Polski grali z walijskim New Saints – po pierwszej połowie przegrywali 0:1 i blisko było kompromitacji. Wygrali 3:1, prosili by pamiętać tylko o drugiej części. W rewanżu wymęczone 1:0 odebrane zostało dobrze tylko w szatni. To teoretycznie była formalność, ale tamten mecz pokazał nieudolność Legii w ataku. Drużynie, która miała dominować w ekstraklasie, powinno zapalić się czerwone światło ostrzegawcze.
Źle było też z norweskim Molde, które powinno po pierwszej połowie meczu w Norwegii prowadzić 3:0. – Wtedy pomyślałem, że limit szczęścia w tych rozgrywkach został już wyczerpany i teraz zwyczajnie nie wypada nam już na nie liczyć. Trzeba zacząć grać – mówił „Rz” Jakub Wawrzyniak. Legia wyrównała po przerwie i wróciła do Warszawy z dobrym wynikiem. Warto dodać, że piłkarze prosili dziennikarzy, by nie przypominać im już pierwszej połowy. W rewanżu było 0:0, rywale mieli doskonałą okazję do zdobycia bramki w ostatniej minucie. Już wtedy mogło, a może i powinno być pozamiatane, ale jeszcze się udało.

Presja zjada

Trener zmieniał skład na każdy mecz, wtedy miał jeszcze dobre usprawiedliwienie – w lidze 3 zwycięstwa na 3 mecze, 12 goli strzelonych, 1 stracony. A jak wiadomo forma dopiero miała nadejść, w końcu kiedy gra się o kilkanaście milionów euro za awans do Ligi Mistrzów, nie można mieć chwili słabości.
Wtedy jednak wszystko się posypało. Porażka z Ruchem, szczęśliwy remis ze Steauą w Bukareszcie, porażka z Lechią, fatalny remis ze Steauą w Warszawie. Legia źle rozpoczęła oba mecze z Rumunami, ale dopiero po ostatnim gwizdku piłkarze przyznali się, że coś jest nie tak.
– Mamy problem, nie umiem racjonalnie odpowiedzieć dlaczego tak się dzieje. Słabo rozpoczynamy niemal każde spotkanie. To samo było w Bukareszcie. Taka drużyna jak Steaua nie wypuszcza z rąk szansy, kiedy strzela dwa gole w meczu wyjazdowym i ma awans w kieszeni. Staraliśmy się, goniliśmy, ale strata okazała się zbyt duża – mówił Miroslav Radović.
Legia nie wytrzymuje presji. Nie można mówić o chwilach bez koncentracji, to już reguła, która musi niepokoić. Na własnym boisku piłkarze Jana Urbana mają wszystko, by czuć się jak samce Alfa. Dzikie trybuny, głośny doping i poczucie, że ludzie w nich wierzą. Wierzą, chociaż nie powinni.

Same pudła

Bogusław Leśnodorski po przyjściu do klubu pozbył się odpowiadającego za transfery Marka Jóźwiaka. Prawo prezesa, panowie nie nadawali na tych samych falach. Legia przygotowania do Ligi Mistrzów zaczęła zimą, za zakupy odpowiada już cały komitet. Legia chwaliła się sprowadzonymi piłkarzami: Władimir Dwaliszwili i Tomasz Brzyski przyszli z Polonii, Tomasz Jodłowiec ze Śląska, Bartosz Bereszyński z Lecha Poznań. Już wtedy Urban pytał retorycznie: – Czy oni są lepsi od tych, których mam w składzie? Nie. Podnoszą konkurencję, ale ciągle Wawrzyniak jest lepszy od Brzyskiego, a Marek Saganowski od Dwaliszwilego.
Transferowa ofensywa Legii trwała latem. Henrik Ojamaa kosztował prawie pół miliona euro, Helio Pinto miał doświadczenie z Ligi Mistrzów i liczono, że poprowadzi swój nowy klub przynajmniej do grupy, Dossa Junior miał stworzyć obronę nie do przejścia. No i jeszcze Łukasz Broź – który negocjował długo, bo nie chciał zaakceptować pensji niższej niż 60 tysięcy miesięcznie. Wypożyczony został także Raphael Augusto, a z wypożyczenia wrócił Mateusz Cichocki.
Kto Legii przydał się w walce ze Steauą? Nikt. Pinto i Dwaliszwili nie znaleźli się nawet na ławce rezerwowych, Augusto nie zadebiutował, Dossa Junior w rewanżu pokazał, że nad obroną nie panuje, Ojamaa wszedł na pół godziny. Nadzieją jest Bereszyński, ale on akurat ma problemy z kontuzją. Legia przestrzeliła 90 procent transferów. Urban walczył o Ligę Mistrzów składem z poprzedniej jesieni.
Najlepsi na boisku w meczach ze Steauą byli Duszan Kuciak, Jakub Kosecki i Miroslav Radović – czyli stara gwardia. Występ w rewanżu Patryka Mikity pokazywał, jak bardzo komitet transferowy pomylił się w potrzebach drużyny. Jak piłkarz z dwoma meczami w ekstraklasie w życiu miał dać Legii Ligę Mistrzów? 34-letni Saganowski nie miał w ataku żadnego zmiennika, a Urban pola manewru.

Odpowiednie miejsce

Wierzyliśmy w pierwszy od 17 lat awans do fazy grupowej LM, bo z Bukaresztu Legia przywiozła lepszy wynik, niż jej gra. W rewanżu zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Radović po meczu z pochyloną głową mówił bolesną prawdę – odpowiednim miejscem dla mistrza Polski jest na razie Liga Europejska.
Kiedy będziemy marzyć za rok, może warto wydać więcej na transfery, może warto zatrzymać jedynego podstawowego obrońcę, który został ze starego składu, a nie puszczać go do Krasnodaru. Legia nie może mieć pretensji do losu. Może mieć tylko do siebie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA