fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Między nami pięknoduchami

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
O Zygmuncie Baumanie było ostatnio głośno za sprawą incydentu na Uniwersytecie Wrocławskim.
Oto pewnego czerwcowego dnia zgromadzona w sali grupa działaczy Narodowego Odrodzenia Polski i kiboli Śląska Wrocław chciała nie dopuścić do wykładu znanego socjologa. I zarazem przypomniała przeszłość uczonego, czyli jego aktywność w strukturach organów bezpieczeństwa PRL w okresie stalinowskim.
Tymczasem Bauman w swoich koncepcjach już od dawna odcina się od komunizmu. Uznaje go wręcz za trujący owoc oświeceniowego projektu. Ale – rzecz ciekawa – kiedy bywa pytany o to, czy żałuje tego, co robił w młodości, odpowiada, że nie. Nadal szczyci się tym, że będąc politrukiem Ludowego Wojska Polskiego, uczestniczył w wyzwalaniu Kołobrzegu i Berlina spod  jarzma III Rzeszy. I porównuje żołnierzy wyklętych do współczesnych terrorystów.
Prawą stronę polskiej opinii publicznej taki stosunek Baumana do własnej przeszłości rzecz jasna bulwersuje. A może sprawa wcale nie jest prosta. Jej złożoność widzi publicysta „Krytyki Politycznej" Maciej Gdula. Uważa on, że jeśli Bauman porównuje kogoś do współczesnych terrorystów, to bynajmniej nie po to, żeby uzasadnić konieczność walki z kimś takim. Gdula podsuwa tu pewien trop: skoro mędrzec z Leeds twierdzi, że pod pretekstem walki z terroryzmem Izrael prowadzi politykę eksterminacyjną wobec Palestyńczyków, to może także w tych kategoriach postrzega brutalną, haniebną rozprawę ubeków z żołnierzami wyklętymi.
Tak czy inaczej Bauman, broniąc swoich młodzieńczych zaangażowań politycznych – czy to się komuś podoba, czy nie – jest w pewnym sensie myślicielem odważnym i prowokacyjnym. Bo przecież mógłby wyrazić skruchę – lewica by takie zachowanie jakoś przełknęła, prawica by się odczepiła. A jednak on się przed tym powstrzymuje.
Niemniej jednak bardzo często się zdarza, że słynnemu socjologowi odwagi i prowokacyjności brakuje. Wszystko zależy od wyzwań, jakim musi sprostać. Kiedy stawia czoła rozmaitym lustratorom i dekomunizatorom, wówczas wznosi się na wyżyny i potrafi powiedzieć coś, czym wywoła burzę. Jeśli zaś jest zewsząd okadzany, to wchodzi w rolę autorytetu i na tym cała frajda obcowania z nim się kończy.
Książka „O Bogu i człowieku. Rozmowy" jest zapisem dyskusji toczonych przez Baumana ze Stanisławem Obirkiem. I może właśnie w tym tkwi problem. Były jezuita nie jest dla mędrca z Leeds żadnym polemistą. Mamy tu w gruncie wielostronicowy monolog rozpisany na dwa głosy. I tak oto para pięknoduchów, wymieniając się zacnymi banałami, gawędzi sobie o tym, jaki byłby piękny świat, gdyby panowała w nim tolerancja oparta na równoprawnym traktowaniu wszystkich religii i wszelkich światopoglądów.
A przecież i Obirek miał w swoim życiu chwile, w których – będąc jeszcze jezuitą – ośmielał się stawiać religijnie niepoprawne – jak na warunki polskie – tezy. Narażał się przez to swoim przełożonym w zakonie, lecz jednocześnie skłaniał do refleksji nad bolączkami nadwiślańskiego katolicyzmu. Tak było wtedy, kiedy wskazywał bałwochwalczy charakter nastawienia Polaków wobec Jana Pawła II.
Teraz Obirek jako świecki filozof nie ma już żadnych zakonnych przełożonych. A więc hulaj dusza, piekła nie ma. Z jakim skutkiem? Bez kościelnej dyscypliny były jezuita staje się intelektualnie miałki. W książce wypowiada się o papieżu Polaku w nieznośnie ciepłym tonie. I – cytując fragment jednego ze swoich tekstów – wręcz porównuje go do swojego rozmówcy. Oznajmia mianowicie, że Jana Pawła II z Baumanem łączy „wrażliwość na biedę". Jakie to odkrywcze...
Nie oznacza to jednak taryfy ulgowej dla katolicyzmu. Warto tu z kolei przytoczyć słowa Baumana: „każdy z nas czym innym sobie palce w młodości poparzył, na co innego zatem do dziś zwykł dmuchać. Ty na wiarę narzuconą; ja na deifikację człowieka. Naszych poparzeń nabawiliśmy się przy ogniskach rozpalanych we wrogich ponoć wobec siebie obozach – jednym w obozie Mesjasza, drugim Prometeusza; ale (pewnie się ze mną zgodzisz) oba ogniska w obu obozach rozpalano pod stosami układanymi dla spopielenia tego samego heretyka: człowieczej ograniczoności".
Mamy zatem postawienie znaku równości między Kościołem katolickim (mesjańskim obozem zbawienia ludzkości) a partią komunistyczną (prometejskim obozem naprawy świata) – instytucjami oskarżanymi przez Baumana i Obirka o to, że każda z nich występuje jako depozytariusz jednej jedynej prawdy. W ten sposób były komuch i były klecha mogą wspólnie zrzucić z siebie bagaż swoich wcześniejszych uwikłań. Kiedy to zrobią, pozostaną im już tylko nieustanne wątpliwości, czego zresztą nie kryją.
A przecież wyczekiwanie powtórnego przyjścia Mesjasza nie jest tym samym co prometejskie wykradanie ognia bogom. Dla Baumana i Obirka wartość szczególną stanowi niepewność. I rzeczywiście, ruchy dążące do budowy nowego, wspaniałego świata zawsze upatrywały w niej przeszkodę. Ale chrześcijanie? To mistycy Kościoła doświadczali rozmaitych ciemnych nocy wiary.
Bo spotkanie z Bogiem okazuje się możliwe tylko dzięki doświadczeniu własnej słabości. A jednym z jej przejawów jest grzeszność, z którą człowiekowi otwartemu na łaskę Bożą przychodzi się mierzyć. Pięknoduchy wolałyby chyba jednak o tym nie słyszeć.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA