fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Kraśko czyli powiedz „trzy"

Anna Kozicka-Kołaczkowska
archiwum prywatne
Warto usiąść gdzieś na stronie i zapytać się samego siebie – „Czy trzy, czy raczej cztery?". To pytanie nie jest mniej doniosłe, niż szekspirowskie „Być albo nie być?".
Nadspodziewanie owocne jest zboczenie w te rejony sieci, w których możemy dowiedzieć się wreszcie, kim jest pani Jola Rutowicz. Ku naszemu zdumieniu, rozgłasza się też tam wieść, że to Piotr Kraśko wylansował podobno w naszym sarmackim kraju krawaty w kolorze liliowym. Fenks, pani Jolu. Czyli jest jeszcze gorzej. Mister elegantiorum w postaci Kraśki miał, niestety, do czynienia z wczorajszą, trzecią rocznicą prezydencką.
Język jest mową naszych matek. Muzykę jego brzmień poznajemy przez pół roku, zanim wydamy z siebie pierwszy krzyk. Język i trochę ziemi – tylko z tym wychodzimy naprawdę z polskiego, wspólnego tysiąca lat. To najcenniejszy depozyt. Sprawa poważna. Dzięki niemu mowa Mieszka z roku dziewięćsetnego jest dla nas zrozumiała, a mowa rówieśnika z kraju Basków niespecjalnie. Nasz język literacki jest standardem wykwintnym i użytecznym.
By pojąć działanie standardu dźwiękowego języka – kodu komunikacyjnego – wystarczy odpalić w sieci pierwszy lepszy odcinek serii BBC o detektywie Poirot. Snob, który w nas się panoszy może wówczas zaznać miłej nagrody. W filmie o genialnym imigrancie o wiele bardziej trafia do nas angielszczyzna arystokratycznej lady, niż język dozorcy czy listonosza. Zarazem, choć rzadko kto jest absolwentem Oksfordu, nikt nie wątpi, że Poirot Anglikiem nie jest. To słychać. W takiej chwili wprost za koszulę chwytamy standard – kod języka wysokich norm uczonych w szkole. Dzięki normom brzmieniowym języka literackiego szybciej, jako Polacy, zrozumiemy prezentera niemieckiej telewizji, niż kierowcę berlińskiego autobusu. Przemówienie Baracka Obamy, niż angielszczyznę marynarza żeglugi dookoła Korsyki.
Nasz język to dziedziczny system fonologiczny - zestaw brzmień najwyższej jakości do użytku wspólnego wykształconych Mazurów, Mazowszan, Podhalan, Kaszubów, Wielkopolan, Ślązaków... Jeden standard, jedna norma, jeden wzór. Co dzieje się z systemem wysokich norm, gdy nasze uszy, czy chcemy czy nie, łowią  z powietrza nieustannie wszystko, co wokół dźwięczy, a w mózgu pamięć i słuch fonematyczny niestrudzenie i bezkrytycznie zapisują, jak leci? W tym walczyku nie mamy szans. Będziemy mówić tak, jak słyszymy. Jeżeli słuchać będziemy mowy niechlujnej, nasz system zmieni się w kod niechlujny, prostacki. Nie mówmy złymi dźwiękami, nie takimi słowami, językiem ludów niepiśmiennych. Już bardzo dawno zeszliśmy z drzew i mamy swój język wypróbowany w ogniu wiekowej literatury. Obce, wadliwe dźwięki, słowa znikąd, z żadnego systemu, z żadnej kultury, z żadnej literatury niedopuszczalne winny być w mediach. Zwłaszcza w telewizji trzeba nam o mowę dbać. Bo nawet pismo jest tylko znakiem, często niedoskonałym zapisem żywego języka, co jest dla nas jasne w angielskim, ale z polskim jest przecież  tak samo.
Czy wobec powyższych argumentów, z których niejeden zapisany jest w Konstytucji, długo jeszcze trzeba czekać na czas językowej odnowy w „Wiadomościach" TVP I? Odrodzenia się modą feniksa z tego pogorzeliska? Mamy w dodatku nie tylko Ustawę o Języku Polskim, ale i tę O Radiofonii i Telewizji. Mówią w nich o wadze polszczyzny chyba nie na niby, dla żartu, dla picu, na odczepnego. Ludzie mediów otoczeni są nimbem ideału urody i szyku. Uszy i pamięć słuchowa każdego człowieka są jeszcze bardziej bezkrytyczne. Wobec fatalnych wzorów języka bezbronne są tym bardziej im bardziej właściciel pracowitego mózgu i zmysłu słuchu poddaje się przemożnemu urokowi modnisia z ekranu. To jest groźne, nawet gdy chodzi o słówka na pozór niewinne i krótkie.
Temat jakości dźwięków mowy w „Wiadomościach" TVP I jest jak przestwór oceanu, ale koniecznie trzeba skoczyć do tej lodowatej wody. Na początek dobrze byłoby poważnie potraktować przynajmniej słówko „trzy", które z powodu prezydenckiej rocznicy miało być wczoraj bohaterem wieczoru, lecz jego zaistnienie czyli brzmienie było czymś okropnym, żałosnym i szkodliwym. Zresztą, od lat z bezwstydną beztroską częstuje się nas w „Wiadomościach" dźwiękiem „czszy", ale to nie jest polski wyraz. Nasze „trzy" to jest przecież „tszy"!  Trójka! Niektórzy bracia - Słowianie wciąż jeszcze mówią „tri".
Gdy zamiast koła wstawimy do Land Rovera kółko od dziecięcego rowerka, to wygląda to absurdalnie i daleko nie zajedziemy. Jeżeli mówimy „czszy" zamiast „tszy", to, po prostu musimy, mówić także –„paczszy, wieczszy, czszeba, Pieczszak, czszymać, wyczszymać, czszydzieści "- i wypowiadać legion innych jeszcze koszmarków z tej rodziny zamiast mówić po polsku. Cały powyższy repertuar wyczerpuje na pohybel naszych bezbronnych uszu mister elegantiorum - prezenter Kraśko. Tak mówi, objaśniając nam świat w telewizji - uświadamiając, że jest upał jak fiks, albo że jeden ważniak z drugim się przekomarzają - a nie wożąc nas autobusem, ani nie dobywając emerytury z wielkiej torby. Niestety, kolor jego krawatów społeczeństwu nie zwisa. Dlatego z lekkim sercem można wybaczyć i zmilczeć, gdy pan od klimatyzacji radzi w „Wiadomościach" „popaczszeć optycznie", ale darować Kraśce? Nigdy! Tak jak jego wczorajszej „czszeciej" rocznicy i tira z przyczepą językowych grzechów przeciw narodowi.
Bo, spróbuj Polaku na tej równi pochyłej postponowania bezpretensjonalnego słowa „trzy" się zatrzymać! Stąd wyrzuca cię już, również bez litości, na niekończące się bezdroża. Także do „czeba", „poczeba" i najróżniejszych wyrazów jeszcze bardziej dzikich, nieskażonych twoją słynną kulturą. A czy to takie trudne usiąść sobie gdzieś na stronie i zapytać się samego siebie – „Czy trzy, czy raczej cztery?". Najpierw w duchu, a potem koniecznie na głos. Takie pytanie warto sobie zadać. Zadawać je sobie do zbawiennego skutku. Pod słowem honoru twierdzę, że nie jest ono mniej doniosłe dla narodu, niż szekspirowskie „Być albo nie być?".
Warto je zadawać sobie także, mając na uwadze elegancję. Z pięknym krawatem nie licuje chociażby paskudna masakra wiersza Beaty Obertyńskiej, gdzie „ czułe serce strzały jeszcze czeka". Skończmy więc, odważnie i bezkompromisowo, raz na zawsze z podobnym codziennym, systematycznym puentowaniem tych wszystkich rewelacji Bridget Jones, medycznych okropieństw i instrukcji użytkowania klimatyzacji. Połóżmy kres dobijaniu nas pożegnaniem do jutrzejszej (tzn. do „jutszejszej") dziewiętnastej „czszydzieści".  Przynajmniej tyle zróbmy w ramach misji. Mówmy: Do zobaczenia o dziewiętnastej „tszydzieści"! Słuchają „Wiadomości" przecież małe, polskie dzieci i po co, i jakim prawem marnować im życie człowieka kulturalnego, masakrować ich spadek po przodkach? Przysłowiowej sroce one nie wypadły, a, biedne, zmuszane są do naśladowania słów plemion nieuczonych. Nie dziwota, że potem robią to same w reklamie sklepów firmy, która na billboardach udaje Polaków.
„Cz" to jest „cz", a nie „trz". Dlatego szczur nie jest „sztszurem". Gdy mówimy „cztery", to nie mamy na myśli wyrazu „trztery" Warto nabrać chęci do językowych przemyśleń i ćwiczeń. O ile się orientuję, ten temat frapuje nawet niejednego kierowcę autobusu, który zaledwie raz w życiu wystąpił w mediach – w filmie z własnego ślubu. Wtedy może łatwiej będzie o wybaczenie dziennikarstwa informacyjnego podpatrzonego u niezrównanej Bridget Jones, gdyż faktycznie, była to całkiem śmieszna komedia, podczas której można było zapomnieć o tym całym bałaganie. Bo jednak trzy to nie to samo co cztery.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA