fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Trudne pożycie związków

Fotorzepa
Im bliżej wrześniowego wspólnego protestu, tym więcej konfliktów między związkowcami.
Koalicja trzech central – NSZZ „Solidarność", OPZZ i Forum Związków Zawodowych – zaczyna trzeszczeć. Chociaż przygotowania do wrześniowej manifestacji dalej idą pełną parą, to związkowcy zdają sobie sprawę z tego, że chociaż deklarowali, iż będą walczyć z rządem „aż do zwycięstwa", walka raczej nie potrwa dłużej niż zapowiadane cztery dni.
Powód? Między członkami poszczególnych związków coraz więcej jest nieporozumień, animozji, a w dodatku brakuje im wspólnej wizji dalszej walki z rządem.

Każdy liczy, że to on wygra

– Lubimy mówić, że jedyne, co Donaldowi Tuskowi się udało, to zjednoczenie trzech różnych central związkowych. Ale to nieprawda, im bliżej manifestacji, tym więcej między nami rozbieżności – mówi nam nieoficjalnie związkowiec z „S".
– Wiadomo, że wspólna manifestacja generuje ogromne koszty. OPZZ natomiast stara się na wszystkim oszczędzać. Finał jest taki, że my mamy przywieźć do Warszawy parę tysięcy osób, a oni jedynie mała grupkę – twierdzi nasz rozmówca.
Związkowcom z OPZZ nie podoba się to, że „Solidarność" jest „zbyt bojowo nastawiona". – My wolimy brać wszystko na spokojnie, oni od razu chcą iść na wojnę – mówi działacz tej centrali związkowej.
Związkowcy kalkulują też, kto najlepiej wyjdzie na wrześniowej manifestacji.
– Wiadomo, że wkrótce wykreuje się lider. I każdy po cichu liczy, że to on na tym proteście wygra – mówi związkowiec z Forum Związków Zawodowych.
Dla mediów liderem komitetu strajkowego jest Piotr Duda, szef „Solidarności". Pozostali związkowcy nie chcą jednak, by był ich przywódcą, bo tak naprawdę „S" jest najmniejszą z trzech central związkowych. Stąd OPZZ i Forum pilnują, by decyzje podejmowane były wspólnie.
– Brak jednego lidera to problem. W sytuacji, gdy jest trzech przywódców, decyzje podejmuje się trudno – mówi Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Ale do rozłamu na razie dojść nie powinno. – Na pewno nie przed wrześniową manifestacją, później najprawdopodobniej tak – przewiduje ekspert.
Podobnego zdania jest także politolog Rafał Chwedoruk. – Dziś siłą polskich związków zawodowych jest to, że działają razem. Każdy z osobna nie ma większego znaczenia, bo systematycznie spada liczba związkowców. Wydaje mi się, że w tej sytuacji, nawet jeśli nie są szczególnie zadowoleni ze współpracy, zacisną zęby i będą robić dobrą minę do złej gry – tłumaczy Chwedoruk.

Od debat do marszu

Kolejne spotkanie Międzyzwiązkowego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego zajmującego się przygotowaniem wrześniowej manifestacji zaplanowano na najbliższy poniedziałek. Tego dnia ma być ostatecznie dopięty scenariusz jesiennych wydarzeń.
Na razie wiadomo tylko, że protest potrwa cztery dni – od 11 do 14 września. Nie oznacza to jednak, że przez wszystkie te dni warszawskimi ulicami będą szły pochody niezadowolonych pracowników. Pierwsze trzy dni związkowcy zamierzają poświecić na kampanię informującą Polaków o tym, jak zmieni się system pracy, kiedy w życie wejdą przepisy o rocznym rozliczeniu czasu pracy. Będą to rozdawane na ulicy ulotki, informatory, zostaną też zorganizowane otwarte debaty i punkty konsultacyjne.
Wielka manifestacja odbędzie się dopiero ostatniego dnia. Wezmą w niej udział przedstawiciele poszczególnych branż. Plan jest taki, że każda z branż będzie ruszała spod właściwego dla siebie ministerstwa (np. nauczyciele spod Ministerstwa Edukacji, a górnicy z placu Trzech Krzyży, gdzie mieści się Ministerstwo Gospodarki). Wszystkie mają spotkać się pod Kancelarią Premiera i wspólnie przejść pod Sejm.
Plan będzie zrealizowany, gdy poprą go w poniedziałek związkowi liderzy, a władze Warszawy zgodzą się na taką manifestację.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA