fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Pociąg do FC Hollywood

Robert Lewandowski, Borussia i Bayern: końca nie widać
AP, Alastair Grant Alastair Grant
Może i saga o sprzedawaniu Lewandowskiego robi się nudna, ale czy Robert coś na tym traci – wątpliwe. Transfery to nie jest biznes, w którym się długo chowa urazę.
W dzisiejszym odcinku: Borussia Dortmund nie chce już puścić Lewandowskiego nie tylko do Bayernu, ale również do innej ligi. To zwrot akcji, bo w poprzednich odcinkach wykluczała tylko Bayern. – Robert w przyszłym sezonie na pewno będzie grał w Borussii. Potrzebujemy jasności, trzeba planować przyszłość – powiedział dyrektor klubu Hans-Joachim Watzke w rozmowie z „Sueddeutsche Zeitung".
Czy to oznacza koniec serialu, nie wiadomo. Transferowe lato dopiero rusza, nowi trenerzy dopiero się przedstawili w nowych klubach, jak Jose Mourinho w Chelsea i Manuel Pellegrini w Manchesterze City. Albo jeszcze na to czekają, jak Pep Guardiola w Bayernie i Carlo Ancelotti w Realu. A chodzi akurat o te kluby, które w przypadku Lewandowskiego wymieniane są najczęściej.

Sprzedawanie wirusa

Dziś Borussia mówi, że żadnych ofert już nie przyjmuje, ale przy robieniu transferów pada wiele słów, które szybko idą w zapomnienie.
– Jezu Chryste, naprawdę myślicie, że zawierałbym jakieś porozumienie z tym motłochem? Ja bym temu motłochowi nawet wirusa nie sprzedał – mówił Alex Ferguson pod koniec 2008 roku, gdy go pytano, czy Real Madryt ma jakieś porozumienie z Manchesterem United w sprawie sprzedaży Cristiano Ronaldo.
Porozumienie, oczywiście, było. Po tamtym sezonie Cristiano przeszedł do Realu. Ferguson uważał go wtedy, pewnie szczerze, za niewdzięcznika, który wzgardził jego ojcowską opieką i zapomniał, ile United dla niego zrobili: że go wypromowali, że w ich koszulce zdobył Złotą Piłkę i wygrał Ligę Mistrzów.
W Realu Cristiano Ronaldo nie dorównał sukcesom z Manchesteru. Ale Ferguson, teraz już jako działacz, a nie trener, nie triumfuje, że miał rację, tylko kusi go, żeby rozważył powrót do United. Cristiano w to graj, łatwiej mu dzięki temu trzymać Real w szachu. Nie chodzi o podwyżkę, bo tę już niedawno dostał, gdy ogłosił, że nie jest w Madrycie szczęśliwy. Teraz chciałby odzyskać całość praw do swojego wizerunku. Daje do zrozumienia, że rozważa transfer.
A gdzie wdzięczność? Przywiązanie do klubowych barw? Oczywiście, zdarza się w futbolu. Ale jako wyjątek, a nie reguła. To media i kibice chcą widzieć relację klub-piłkarz jako więzy rodzinne. Dla piłkarza klub to z reguły po prostu pracodawca. Jeśli jest mu w pracy dobrze, bo płacą mu tyle na ile, swoim zdaniem, zasługuje, rozwija się, a może jeszcze do tego jest lubiany, nie szuka nowych ofert.
Ale niech tylko poczuje, że klub jest dla niego o choćby pół rozmiaru za mały, a większe wyciągają po niego ręce, zrobi wtedy wszystko, by odejść. Albo wywalczyć podwyżkę, która mu to poczucie coraz większego niedopasowania do obecnego miejsca pracy zrekompensuje.
Dobrze to podejście opisał Simon Kuper w książce „Football Men" na przykładzie Wayne'a Rooneya. Gdy w 2004 roku Rooney odchodził z Evertonu do Manchesteru United, zostawiając klub, któremu kibicował cały ród Rooneyów, usłyszał od kibiców, że jest szczurem, zdrajcą, niewdzięcznikiem, grożono mu śmiercią.
Niespecjalnie go to zraziło na przyszłość, w 2010 znów poszedł na wojnę z kibicami i trenerem, tym razem w United, gdy dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany przedłużaniem kontraktu, bo chce śladem Carlosa Teveza odejść z Old Trafford do rywali z City. Znów mu grożono śmiercią, a Alex Ferguson wypominał Rooneyowi publicznie niewdzięczność, choćby za to, że klub wyciągał go nawet z problemów rodzinnych. Po czym sir Alex zaproponował potężną podwyżkę, a Rooney podpisał kontrakt na pięć lat.

Prośbą i groźbą

Ofertą z City szantażował kiedyś Chelsea John Terry, jeden z piłkarzy najbardziej rozpieszczanych przez Romana Abramowicza i najchętniej całujących klubowy herb. Podwyżka i tutaj zdziałała cuda, do tego na długo. A przynajmniej dłużej niż u Rooneya, który właśnie znów daje do zrozumienia, że chce przenieść się tam, gdzie trawa jest bardziej zielona.
Tevez, w którego ślady Rooney chciał iść, też już zdążył kilka razy znudzić się City, ogłosić, że nie jest szczęśliwy, że tęsknota za Argentyną jest nie do zniesienia. I znów, nic tak dobrze nie uśmierzyło rozterek jak podwyżka.
Tevez też prawdopodobnie zmieni klub w obecnym oknie transferowym, zresztą jeśli chodzi o transfery napastników, to zapowiada się wyjątkowe lato. Już zmienił pracę Falcao – kierując się oczywiście sportowymi ambicjami: Atletico z Ligi Mistrzów zamienił na Monaco, które nie gra nawet w Lidze Europejskiej – a równolegle do opowieści o odchodzeniu Lewandowskiego rozwijają się inne sagi. Edinsona Cavaniego, którego rodzice co drugi dzień mają coś ciekawego do powiedzenia o transferze syna z Napoli. Luisa Suareza, który poczuł, że nie może już dłużej żyć w kraju tak krwiożerczej prasy jak brytyjska i chętnie dałby się z tych opresji wyzwolić Realowi Madryt.
Zresztą każde lato musi jakąś taką sagę mieć. Poprzednie miało Robina van Persiego, który jak Robert zawziął się, by odejść mimo ważnego kontraktu i w końcu złamał Arsene'a Wengera, przechodząc z Arsenalu do Manchesteru United. I Lukę Modricia, który transfer z Tottenhamu do Realu wymusił w wyjątkowo żenujący sposób, posuwając się nawet do bojkotu treningów. Rok wcześniej odmową trenowania groził Cesc Fabregas i on też dopiął swego, odszedł z Arsenalu do Barcelony.

Ajax i teść Cruyffa

Gdy piłkarz poczuje zew zmian, najczęściej po prostu nie ma rady. Kibice mogą się pukać w czoło, drwić, ale piłkarz wie, że oni szybko zapominają. Kiedyś Franz Beckenbauer zamieniał Bayern, z którym trzy razy zdobył Puchar Europy, na Cosmos Nowy Jork. Czyli poważny futbol na piłkarski Disneyland, o którym wiedział tylko, że będą tam dobrze płacić. A do dziś pozostaje dla Niemców cesarski.
Johan Cruyff z wielkiego Ajaksu odszedł po tym, jak przegrał głosowanie na kapitana drużyny, a wcześniej jako pierwszy w amsterdamskiej szatni na negocjacje z szefami w sprawie pensji nie chodził sam, tylko zabierał teścia jubilera, żeby wyszarpywał dla niego podwyżki bez litości.
Wielu uważa, że Cruyff swoją chciwością i fochami rozbił tamten Ajax, z którym trzy razy wygrał Puchar Europy. W Barcelonie, choć został jej legendą, żadnego międzynarodowego tytułu jako piłkarz nie zdobył. A jednak do dziś krąży po świecie jako król piłkarskich romantyków.
Gwiazdy zawsze pozwalały sobie na wiele, i uchodziło im to płazem. A gdy Jean Marc Bosman w 1995 wysadził stary świat transferów w powietrze i dał nawet przeciętnym piłkarzom tak mocne karty w negocjacjach z klubem, jakie kiedyś mieli tylko geniusze, padły jakiekolwiek bariery. A sagi transferowe spowszedniały.
Robert Lewandowski nawet się w swojej walce o przejście do Monachium nie zbliżył do mistrzów gatunku. Trudno mu zarzucać hipokryzję, bo nigdy nie mówił, że Borussia to jego życie, a za Juergenem Kloppem pójdzie w ogień. Przeciwnie, wszyscy w Dortmundzie, również kibice, wiedzieli, że to dla niego tylko przystanek na drodze do innego klubu.
Nie stroił tam dotychczas fochów, by wyszarpywać podwyżki. Nie dostał takiej, jakiej oczekiwał on i jego menedżerowie, ale nikt mu nie może zarzucić, że z tego powodu mniej się do pracy przykładał. W pewnym sensie Lewandowski jest idealnym karierowiczem z książki Simona Kupera, w której to karierowiczostwo wcale nie jest koniecznie pejoratywnym określeniem.
Dziś wielu kibiców widzi w Robercie niewdzięcznika, któremu się przewróciło w głowie, powinien jak najszybciej przeprosić i wracać do pracy w Borussii, która mu tyle dała, a nie myśleć o bawarskim FC Hollywood. A Lewandowski uważa, że jeśli chodzi o to kto co komu dał i co wziął, jest równowaga. Dawał Borussii gole i swoją obsesję na punkcie doskonalenia się, ona dała mu możliwość rozwoju i podbijania Europy. A teraz chciałby zrobić następny krok, do klubu, który go kusi nie tylko pieniędzmi. Gdyby się głównie pieniędzmi kierował, to trzy lata temu poszedłby do Doniecka, a nie Dortmundu.
Robert zarzuca swoim szefom, że nie dotrzymali danej mu rok temu obietnicy puszczenia go z klubu. Dyrektor Watzke mówi, że to kłamstwo i w odpowiedzi sufluje niemieckim dziennikarzom informacje, że menedżerowie Roberta podpisali już w jego imieniu umowę, która zobowiązuje go, by jeśli już odejdzie z Dortmundu, mógł się przenieść tylko do Bayernu. Taka umowa byłaby złamaniem przepisów transferowych.
Obie opowieści wyglądają równie prawdopodobnie. I oba scenariusze również: Robert w końcu odchodzi za ogromne pieniądze, Robert zostaje na ostatni rok kontraktu, a obie strony uznają, że wszystko wybaczone.
Nie wiadomo tylko, w co gra Bayern. Dyrektor sportowy Bawarczyków Matthias Sammer niedawno dzwonił – według informacji „Sueddeutsche Zeitung" – do menedżera Borussii Michaela Zorca, swojego byłego kolegi z drużyny. – I co teraz z Lewandowskim? – pytał. – A co ma być? Jeśli Bayern chce złożyć ofertę, niech to robi na piśmie. W ciągu 48 godzin – usłyszał od Zorca. Od tamtej pory Bayern milczy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA