fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Nie watować prawdy o Wołyniu

prof. Tomasz Nałęcz: – Nie rozumiem, jak można gromić IV Rzeczpospolitą, deklarować przywiązanie do wolności, praw obywatelskich i jednocześnie gloryfikować PRL
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
- Będą osobne obchody rocznicy rzezi, państwowe i obywatelskie – mówi doradca prezydenta
Czy przed 70. rocznicą rzezi wołyńskiej stoimy przed wyborem: albo mówimy o prawdzie historycznej, albo realizujemy polski interes geostrategiczny, czyli wciąganie Ukrainy do Europy i odpychanie jej od Rosji?
prof. Tomasz Nałęcz, historyk, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego: Ja takiego dylematu nie widzę. Wyostrzając, można powiedzieć, że to tak, jakby wybierać między prawdą o Katyniu a relacjami polsko- -rosyjskimi albo prawdą o Oświęcimiu a relacjami polsko-niemieckimi. Żaden naród szanujący swoją teraźniejszość i przyszłość nie może zrezygnować z mówienia prawdziwym językiem o swojej przeszłości.
Jak pan nazwie to, co wydarzyło się 70 lat temu na Wołyniu?
Wyjątkowo potworna zbrodnia. Historycy polscy są dosyć zgodni, że zginęło około 100 tysięcy Polaków.
Doszło do ludobójstwa?
To była czystka etniczna, realizowana metodą ludobójstwa, niecofająca się przed ludobójstwem. To nie było jednak klasyczne ludobójstwo.
Bo?
Ono polega na wytępieniu całej społeczności tylko z powodu przynależności etnicznej. Potworna strategia ukraińskiego nacjonalizmu na Wołyniu i innych terenach Rzeczypospolitej zakładała przepędzenie polskich mieszkańców, a metodą było brutalne mordowanie tych, którzy trwali na tej ziemi. Zbytnio nie przeszkadzano ucieczkom i przenosinom. Chodziło o całkowite wyczyszczenie etniczne terytorium, do którego Ukraińcy aspirowali i uważali za jedną niepodzielną, niepodległą Ukrainę.
Przed 70. rocznicą zbrodni realizowany jest najgorszy możliwy scenariusz, czyli spór polityków. Kłócą się o treść uchwały sejmowej. Ostatnia swój projekt przedstawiła PO. Na tle innych jest najbardziej zachowawczy. Zabrakło w nim słowa „ludobójstwo", a liczba ofiar jest oszacowana na jedynie kilkadziesiąt tysięcy.
Byłem posłem przez osiem lat i jako zawodowy historyk zajmowałem się wieloma historycznymi uchwałami Sejmu. Cechą wyróżniającą nasz parlament jest duża częstotliwość zajmowania się takimi sprawami. Powinno być ich mniej, by brzmiały jak dzwon Zygmunt. Prace nad takimi uchwałami rodzą kłopoty, jak choćby chęć rozstrzygnięcia w głosowaniu o liczbie ofiar.
Tej liczby nie powinno być w uchwale?
W moim przekonaniu jest niepotrzebna. Czemu ma to służyć? Ma zastąpić prace historyczne? Być dla nich wytyczną?
A powinno znaleźć się tam słowo „ludobójstwo"?
Historyk, nawet najbardziej ważąc słowa, jeśli nie chce kłamać, musi mówić o czystce etnicznej realizowanej metodą ludobójstwa. Ale świat polityki rządzi się swoimi prawami. Rozumiem, że posłowie, pracując nad treścią uchwały, chcą dostrzegać w zbrodni wołyńskiej i przestrogę historii, i argument na rzecz jak najlepszego ułożenia współczesnych stosunków polsko-ukraińskich. Zbrodnicza strategia nacjonalistów ukraińskich polegała na tym, by wielką rzeką krwi dwa narody od siebie oddzielić. Ta rzeka krwi, polskiej i ukraińskiej, została rzeczywiście przelana. Byłoby jednak rzeczą nie do wybaczenia, gdyby również współcześnie dzieliła Polskę i Ukrainę.
Jak powinny wyglądać obchody rocznicy rzezi?
Najwłaściwsza wydaje mi się łączona, państwowo- -obywatelska formuła. Byłoby rzeczą niewytłumaczalną, gdyby państwo się w te obchody nie włączyło. Ale z drugiej strony władze państwowe: prezydent RP, Sejm i Senat, rząd nie mogą ulegać emocjom, które są naturalne i zrozumiałe w przypadku inicjatyw obywatelskich. Dlatego niezbędna jest ich autonomiczność. Niezbędna także po to, by uniknąć wzajemnych polemik nielicujących z tragizmem tamtych historycznych wydarzeń. Tu trzeba wzajemnej tolerancji, zrozumienia, że inną miarą oceniane są zachowania władz państwowych i przedsięwzięcia obywatelskie.
Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert organizuje obchody na skwerze Wołyńskim w Warszawie. Prezydent się na nich pojawi?
Nie jest jeszcze chyba do końca przesądzony scenariusz tych uroczystości. Ale prezydent Komorowski chciałby wziąć w nich udział i oddać hołd wszystkim ofiarom tej zbrodni.  Przyjęliśmy zasadę, że Kancelaria Prezydenta nie jest bezpośrednio organizatorem uroczystości, ale gdzie jest to możliwe, udziela im wsparcia. Przykładowo, pierwszy dzień konferencji naukowej IPN na temat zbrodni wołyńskiej odbędzie się w Pałacu Prezydenckim. Pan prezydent będzie też aktywnie uczestniczył w uroczystościach religijnych, służących pojednaniu polsko-ukraińskiemu. Z życzliwością odnosi się również do inicjatyw obywatelskich, szanuje ich autonomiczność, gwarantowaną demokratycznym charakterem naszego państwa. Ale nie wszystkim inicjatywom i wygłaszanym sądom może patronować.
Przykładowo?
Znam z mediów pomysł inscenizacji na Podkarpaciu ataku na polską wieś. To dosyć drastyczny pomysł. Społeczny komitet obchodów zabiegał o ogólny patronat prezydenta dla wszystkich swoich działań. To dyskusyjna formuła, także dlatego, że wymagałaby ona uzgadniania każdego przedsięwzięcia z Kancelarią Prezydenta RP. Tymczasem środowiska kresowe mają święte prawo mówić to, co uważają za słuszne, ale lepiej, jak czynią to na własną odpowiedzialność.
Będzie wspólne oświadczenie prezydentów Polski i Ukrainy?
Spotykają się uczeni z obu krajów, są możliwe spotkania na uroczystościach religijnych. Pan prezydent nie forsuje jednak wspólnych oświadczeń głów obu państw.
Bronisław Komorowski jest w bliskich relacjach z Wiktorem Janukowyczem i często zajmuje się sprawami ukraińskimi. Czy w sprawie rocznicy Wołynia rozmawia ze swym odpowiednikiem, mówiąc, że nie chcemy, by historia dzieliła, ale też że chcemy godnie upamiętnić tę rocznicę?
Wybaczą panowie, nie mogę zdradzać kuchni dyplomatycznej. Szefowie obu kancelarii, ministrowie są w stałym kontakcie i obie strony znają swoje stanowiska. Powiem tyle: nie możemy dziś nie uwzględniać tego, co działo się pięć i dziesięć lat temu, za prezydentury Lecha Kaczyńskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas obchody zdominowały uroczystości międzypaństwowe, niezwykle ważne z punktu widzenia dzisiejszej polityki mającej na celu zbliżenie dwóch narodów. Ale taka formuła, jak pokazało doświadczenie, działa ograniczająco na stronę obywatelską. Wspólne międzypaństwowe obchody sprawiły, że oczekiwania Kresowian doznały uszczerbku. Prezydent Komorowski pamięta o tym doświadczeniu i stara się postępować tak, by nie pomnażać rozżalenia środowisk kresowych.
Pojawia się w sprawie Wołynia argument mówiący, że skoro Sejm chce uczcić rzeź, niech w ramach prawdy historycznej odniesie się również do akcji „Wisła". To dobry pomysł?
Rozumiem, że w polityce czy dyplomacji potrzebna jest zasada wzajemności. Ale jako historyk jestem jej przeciwny. Przenieśmy się na moment na inny grunt, gdzie dobrze widać zawodność tej metody. Niektóre czynniki rosyjskie od dłuższego czasu namawiają Polaków, by przyjąć zasadę wzajemności w sprawie Katynia i uznać polską odpowiedzialność za eksterminację żołnierzy Armii Czerwonej w czasie wojny 1920 roku. A przecież są to rzeczy nieporównywalne. Nie było eksterminacji jeńców w 1920 roku. Owszem, była wysoka śmiertelność w obozach jenieckich, ale nie zbrodnia.
Podobnie i w tej kwestii nie możemy budować sztucznej równowagi. Powinniśmy w słowach niewatowanych dyplomacją mówić o zbrodni wołyńskiej, podobnie jak sprawiedliwie powinniśmy mówić o akcji „Wisła". Ale symetryczności tu sobie nie wyobrażam. Zbyt różne są to wydarzenia. Warto przy okazji odnotować, że suwerenna Polska jedną z pierwszych historycznych uchwał odrodzonego Senatu akcję „Wisła" stanowczo potępiła.
Czy podoba się panu profesorowi pomysł TVP, by pokazać polskiej publiczności niemiecki film, „Nasi ojcowie, nasze matki", w którym m.in. polskie podziemie zostało uznane za antysemickie?
W tej sprawie walczą we mnie dwie dusze. Z jednej strony polska godność: nie będę tracił kilku godzin na marną niemiecką produkcję. Ale z drugiej strony ludzka i historyczna ciekawość każe mi ten film obejrzeć. Historyk nie może wypowiadać się na jakiś temat, nie mając o nim elementarnej wiedzy.
Mimo wszystko wolałbym, by polski widz mógł ten film zobaczyć. Choć nie jestem ekspertem od mediów – może nie powinien on być wyświetlany w kanale ogólnym, może w jakimś tematycznym, ale wtedy pojawiłoby się pytanie o jego dostępność.
Za nieuprawnioną uważam argumentację, że skoro polski ambasador protestował przeciw wyświetlaniu tego szkalującego Polskę filmu w amerykańskiej telewizji, to nie powinniśmy go móc obejrzeć w Polsce. Rzeczywiście, widz amerykański może zostać wprowadzony w błąd, uznając, że to prawdziwy obraz historii. Ale Polacy, nawet najmniej wyrobieni historycznie, będą wiedzieli, jaka była prawda historyczna.
W lipcu oprócz rocznicy Wołynia przypadają też 90. urodziny gen. Wojciecha Jaruzelskiego, do której niektóre środowiska przygotowują się nie mniej pieczołowicie. SLD wspiera finansowo hagiograficzną konferencję na temat generała. Jeśli prezydent dostanie zaproszenie na taką imprezę, jak zareaguje?
Mogę mówić o moim własnym kłopocie z tą rocznicą. Nie mam prawa być krytycznym wobec gen. Jaruzelskiego, bo do końca byłem członkiem PZPR. Nie krytykowałem go wtedy, nie będę tego robił teraz. Ale myślę, że organizowanie takiej fety to niedźwiedzia przysługa wyrządzona generałowi.
To wykorzystywanie Jaruzelskiego?
Tak. Kiedy spotykam się z gen. Jaruzelskim, odnajduję w nim człowieka, który raczej dokonuje obrachunku całego swojego skomplikowanego życia, niż oczekuje takich fet na swoją cześć. W dodatku różne środowiska lewicowe wydzierają sobie tę rocznicę, jedni robią imprezę rano, inni po południu – to po pierwsze. A po drugie, każda akcja ma swoją kontrakcję. Gdy widzimy człowieka 90-letniego, zmagającego się ze swoją ciężką chorobą, pewnie większość Polaków nie wykazałaby wobec niego zbyt krwiożerczych nastrojów. Ale jeśli będą patrzeć na wielodniowe obchody, wielką pompę na jego cześć, wywoła to reakcje sprzeciwu, pikietę pod jego domem lub inne negatywne emocje, czego oczywiście nie życzę. I chcąc nie chcąc, organizatorzy tych uroczystości będą ponosili odpowiedzialność także za te złe emocje.
Ale urodziny generała to niejedyny przykład nowej polityki historycznej lewicy, szczególnie lewicy. Wcześniej obchody związane z Edwardem Gierkiem, próba blokowania uchwały na cześć Przemyka, dość wybiórczy „Niezbędnik historyczny lewicy". Jak pan to ocenia?
Za długo sam w czynny sposób uprawiałem politykę, by nie wiedzieć, jak silną pokusą jest odwoływanie się do PRL. Wielu ludzi, którzy wtedy żyli, byli młodzi, wspomina go całkiem nieźle, oczywiście inaczej niż ci, którzy byli wtedy represjonowani czy siedzieli w więzieniu. Ale odwoływanie się do PRL-owskiego sentymentu tak naprawdę nie ma sensu. Polska lewica ma dwie wykluczające się tradycje. Piękną, patriotyczną, pepeesowską i drugą komunistyczną.  I dziś, w XXI wieku, wiadomo, która z tych wizji historycznie zbankrutowała. Dlatego martwi mnie to, co się dzieje na lewicy. Nie rozumiem, jak można gromić IV Rzeczpospolitą, deklarować przywiązanie do wolności, praw obywatelskich i jednocześnie gloryfikować PRL.
Niepokoi mnie też inne zjawisko. Niezbędnik historyczny to dzieło ludzi młodych, czego już pojąć nie mogę. Dlaczego zamiast odwoływać się do pięknej tradycji PPS i np. 1905 roku, ci młodzi, którzy nic z tego czasu nie pamiętają, biorą się za chwalenie PRL. Rozumiem sentyment osób starszych, ale trzydziestolatków? Nie rozumiem, jak oni mogą w demokratycznym państwie tęsknić za komunistyczną dyktaturą, która tu wtedy panowała.
Prezydent Komorowski zachęca do świętowania 4 czerwca, ale jak świętować tę datę, która doprowadziła do upadku PRL, skoro dziś okazuje się, że ten PRL nie był wcale taki zły, wręcz przeciwnie, dla niektórych był wspanialszy od III RP.
Tu na szczęście moi koledzy z lewicy są niekonsekwentni. Podoba im się PRL, ale jeszcze bardziej podoba im się Okrągły Stół, który przecież okazał się gwoździem do PRL-owskiej trumny. I chwała im za to!
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA