fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory prezydenckie 2020

Wybory prezydenckie: Kto zagra w kohabitację

Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Opozycyjni kandydaci mogą złożyć wyborcom ofertę prezydentury, która wspierając część dorobku „dobrej zmiany”, postawi tamę dalszemu upartyjnianiu państwa - pisze politolog.

Kampania prezydencka przyspiesza. Są busy, selfie, flesze, pierwsze przykłady brzydkiej gry. Kandydaci rozpoczęli maraton spotkań. W tym wszystkim nie słychać jednak na razie poważnych pomysłów na prezydenturę. Zwłaszcza liderzy sondaży nie odpowiedzieli ciągle na kluczowe pytanie: co właściwie ich prezydentura może poprawić w Polsce, którą po majowych wyborach dalej rządził będzie przecież PiS? A to właśnie dla wielu wyborców wahających się może mieć znaczenie decydujące.

Na początek rzut oka na historię. Prezydencka reelekcja, o którą walczy dziś prezydent Andrzej Duda, to sztuka bardzo trudna, która w Polsce po roku 1989 udała się tylko raz – Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w 2000 r. Szedł on jednak do wyborów nie tyle z ciężkim bagażem rządów swego lewicowego środowiska politycznego sprzed roku 1997, ile z politycznym kapitałem prezydentury niezależnej, która ręka w rękę z rządem Jerzego Buzka wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej, ostro dystansując się zarazem od problemów i słabości obozu AWS.

Zdobycie reelekcji było więc wtedy w znacznej mierze efektem dobrze opowiedzianych możliwości, jakie prezydentowi (choć niekoniecznie rządowi) daje w Polsce kohabitacja, czyli współrządzenie prezydenta i rządu z różnych obozów politycznych. Przy wszystkich blaskach i cieniach swego urzędowania prezydent Kwaśniewski przekonał wówczas wielu wyborców, że jego konkurencyjna, choć niekolizyjna wobec rządu AWS, prezydentura jest i będzie polityczną wartością dodaną. A jego wyborczy sukces już w pierwszej turze pokazał, jak wielu głosujących oczekuje od głowy państwa, że nie będąc „notariuszem” rządu, w sprawach najważniejszych będzie umiała z nim jednak współpracować. Twardo go kontrolując, ale nie blokując.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobna emocja i podobne oczekiwania kierują niemałą grupą wyborców także i dziś. Co więcej, wiele wskazuje na to, że takie oczekiwania mogą mieć wyborcy jeszcze niezdecydowani, a więc ci, którzy rozstrzygnąć mogą o wyniku ewentualnej drugiej tury.

Szansa opozycji

Jeśli bowiem przegląda się różne badania opinii publicznej i analizuje wyniki jesiennych wyborów parlamentarnych, to poza zdeklarowanymi zwolennikami i przeciwnikami dorobku „dobrej zmiany” widać sporą grupę tych, którzy, nie odmawiając Zjednoczonej Prawicy trafnych czasem diagnoz, a także legitymacji do przeprowadzania zmian, z narastającą rezerwą podchodzą do jej radykalnej często metody politycznej. Tych, którzy nie godzą się, by ceną za programy socjalne czy rozwój gospodarczy było oddawanie całego państwa w ręce jednej partii i rosnących ambicji jej polityków. Tych, którzy chcieliby dobrej zmiany, tyle że innej, lepszej.

I tu właśnie otwiera się kampanijne okno możliwości dla polityków opozycji. Nieobciążeni słabościami obozu rządzącego i nieskrępowani podległością prezesowi PiS pośród różnych opcji do wyboru mają także grę w powyborczą kohabitację. A więc ofertę prezydentury, która wspierając niekwestionowaną część dorobku „dobrej zmiany”, postawi jednocześnie skuteczną tamę dalszemu upartyjnianiu państwa, rosnącemu chaosowi wielu instytucji i nieograniczonym niczym politycznym ambicjom części obozu władzy.

Przekonująco po taki wyborczy koncept sięgnąć dziś mogą przede wszystkim kandydaci opozycji umiarkowanej. Zwłaszcza Władysław Kosiniak-Kamysz, a w mniejszym stopniu także Szymon Hołownia. Jeśli uda się jeszcze zbudować wokół tego polityczną emocję, punktującą błędy i słabości obozu władzy, choć niekoniecznie wszystkich jego polityków czy zwłaszcza jego elektoratu, to dla jednego z nich może być to droga kilkunastoprocentowego poparcia, a może i drugiej tury.

Teoretycznie ta opcja stoi ciągle także przed pozostałymi kandydatami opozycji, choć zwłaszcza sztaby Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Roberta Biedronia, z różnych zapewne powodów, zdają się ją wykluczać.

Z powodów oczywistych grę w powyborczą kohabitację bardzo trudno będzie podjąć urzędującemu prezydentowi, choć jego sztabowcy podejmować będą tu zapewne jakieś próby. Nawet jeśli bowiem kampania Andrzeja Dudy nie musi wejść dokładnie w koleiny kampanii jego poprzednika z roku 2015, to z punktu widzenia politycznej samodzielności ciążą nad nią te same polityczne cienie. Ani bowiem Bronisław Komorowski, ani obecny prezydent nie dali poznać się ze szczególnej politycznej podmiotowości i wyrazistości ani przed sprawowaniem swych urzędów, ani w ich trakcie. Ani jeden, ani drugi nie stworzyli też wokół siebie politycznego środowiska, które dawałoby szansę na jakąś autonomię wobec własnego obozu.

Co więcej, możliwości gry sztabu Dudy w ewentualną kohabitację (lub przynajmniej niezależność) mocno zdają się ograniczać już pierwsze dni kampanii. Z jednej strony wielka inaugurująca partyjna feta stawiająca na wizerunku kandydata „dobrej zmiany” mocny partyjny stempel. Z drugiej zaś trudne dla tego obozu tematy, od których urzędujący prezydent mocno odciąć się nie chce bądź nie potrafi.

Zadanie ponad siły?

Tak czy inaczej warunkiem skutecznej wyborczej gry w powyborczą kohabitację któregokolwiek z kandydatów jest ustawienie w centrum ich kampanii dwu, z daleka widocznych i czytelnych dla wszystkich, wyborczych tablic. Jednej z niekwestionowanymi zasługami i sukcesami obecnego obozu władzy, które przyszły prezydent będzie mocą swego urzędu rozwijał i wspierał. I tej drugiej z katalogiem politycznych słabości „dobrej zmiany”, przed skutkami których przyszły prezydent gotów jest chronić nie tylko swoich wyborców.

Sięgający po taki wyborczy koncept politycy opozycji zadbać powinni zwłaszcza o widoczność, czytelność i rozpoznawalność tablicy pierwszej. Dla urzędującego prezydenta szczególnie przydatna byłaby zapewne wyrazista i wiarygodna tablica druga. Choć wymyślenie jej, ustawienie, a zwłaszcza przekonanie do niej wyborców, jak już wspomnieliśmy wyżej, wydaje się dziś coraz bardziej na granicy marketingowych możliwości nawet najbardziej kreatywnego wyborczego sztabu.


Sławomir Sowiński jest politologiem, pracownikiem Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA