Reklama

Wybory prezydenckie: Kto zagra w kohabitację

Opozycyjni kandydaci mogą złożyć wyborcom ofertę prezydentury, która wspierając część dorobku „dobrej zmiany”, postawi tamę dalszemu upartyjnianiu państwa - pisze politolog.

Aktualizacja: 29.02.2020 11:46 Publikacja: 27.02.2020 18:27

Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL

Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL

Foto: Fotorzepa/ Jerzy Dudek

Kampania prezydencka przyspiesza. Są busy, selfie, flesze, pierwsze przykłady brzydkiej gry. Kandydaci rozpoczęli maraton spotkań. W tym wszystkim nie słychać jednak na razie poważnych pomysłów na prezydenturę. Zwłaszcza liderzy sondaży nie odpowiedzieli ciągle na kluczowe pytanie: co właściwie ich prezydentura może poprawić w Polsce, którą po majowych wyborach dalej rządził będzie przecież PiS? A to właśnie dla wielu wyborców wahających się może mieć znaczenie decydujące.

Na początek rzut oka na historię. Prezydencka reelekcja, o którą walczy dziś prezydent Andrzej Duda, to sztuka bardzo trudna, która w Polsce po roku 1989 udała się tylko raz – Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w 2000 r. Szedł on jednak do wyborów nie tyle z ciężkim bagażem rządów swego lewicowego środowiska politycznego sprzed roku 1997, ile z politycznym kapitałem prezydentury niezależnej, która ręka w rękę z rządem Jerzego Buzka wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej, ostro dystansując się zarazem od problemów i słabości obozu AWS.

Zdobycie reelekcji było więc wtedy w znacznej mierze efektem dobrze opowiedzianych możliwości, jakie prezydentowi (choć niekoniecznie rządowi) daje w Polsce kohabitacja, czyli współrządzenie prezydenta i rządu z różnych obozów politycznych. Przy wszystkich blaskach i cieniach swego urzędowania prezydent Kwaśniewski przekonał wówczas wielu wyborców, że jego konkurencyjna, choć niekolizyjna wobec rządu AWS, prezydentura jest i będzie polityczną wartością dodaną. A jego wyborczy sukces już w pierwszej turze pokazał, jak wielu głosujących oczekuje od głowy państwa, że nie będąc „notariuszem” rządu, w sprawach najważniejszych będzie umiała z nim jednak współpracować. Twardo go kontrolując, ale nie blokując.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobna emocja i podobne oczekiwania kierują niemałą grupą wyborców także i dziś. Co więcej, wiele wskazuje na to, że takie oczekiwania mogą mieć wyborcy jeszcze niezdecydowani, a więc ci, którzy rozstrzygnąć mogą o wyniku ewentualnej drugiej tury.

Szansa opozycji

Jeśli bowiem przegląda się różne badania opinii publicznej i analizuje wyniki jesiennych wyborów parlamentarnych, to poza zdeklarowanymi zwolennikami i przeciwnikami dorobku „dobrej zmiany” widać sporą grupę tych, którzy, nie odmawiając Zjednoczonej Prawicy trafnych czasem diagnoz, a także legitymacji do przeprowadzania zmian, z narastającą rezerwą podchodzą do jej radykalnej często metody politycznej. Tych, którzy nie godzą się, by ceną za programy socjalne czy rozwój gospodarczy było oddawanie całego państwa w ręce jednej partii i rosnących ambicji jej polityków. Tych, którzy chcieliby dobrej zmiany, tyle że innej, lepszej.

Reklama
Reklama

I tu właśnie otwiera się kampanijne okno możliwości dla polityków opozycji. Nieobciążeni słabościami obozu rządzącego i nieskrępowani podległością prezesowi PiS pośród różnych opcji do wyboru mają także grę w powyborczą kohabitację. A więc ofertę prezydentury, która wspierając niekwestionowaną część dorobku „dobrej zmiany”, postawi jednocześnie skuteczną tamę dalszemu upartyjnianiu państwa, rosnącemu chaosowi wielu instytucji i nieograniczonym niczym politycznym ambicjom części obozu władzy.

Przekonująco po taki wyborczy koncept sięgnąć dziś mogą przede wszystkim kandydaci opozycji umiarkowanej. Zwłaszcza Władysław Kosiniak-Kamysz, a w mniejszym stopniu także Szymon Hołownia. Jeśli uda się jeszcze zbudować wokół tego polityczną emocję, punktującą błędy i słabości obozu władzy, choć niekoniecznie wszystkich jego polityków czy zwłaszcza jego elektoratu, to dla jednego z nich może być to droga kilkunastoprocentowego poparcia, a może i drugiej tury.

Teoretycznie ta opcja stoi ciągle także przed pozostałymi kandydatami opozycji, choć zwłaszcza sztaby Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Roberta Biedronia, z różnych zapewne powodów, zdają się ją wykluczać.

Z powodów oczywistych grę w powyborczą kohabitację bardzo trudno będzie podjąć urzędującemu prezydentowi, choć jego sztabowcy podejmować będą tu zapewne jakieś próby. Nawet jeśli bowiem kampania Andrzeja Dudy nie musi wejść dokładnie w koleiny kampanii jego poprzednika z roku 2015, to z punktu widzenia politycznej samodzielności ciążą nad nią te same polityczne cienie. Ani bowiem Bronisław Komorowski, ani obecny prezydent nie dali poznać się ze szczególnej politycznej podmiotowości i wyrazistości ani przed sprawowaniem swych urzędów, ani w ich trakcie. Ani jeden, ani drugi nie stworzyli też wokół siebie politycznego środowiska, które dawałoby szansę na jakąś autonomię wobec własnego obozu.

Co więcej, możliwości gry sztabu Dudy w ewentualną kohabitację (lub przynajmniej niezależność) mocno zdają się ograniczać już pierwsze dni kampanii. Z jednej strony wielka inaugurująca partyjna feta stawiająca na wizerunku kandydata „dobrej zmiany” mocny partyjny stempel. Z drugiej zaś trudne dla tego obozu tematy, od których urzędujący prezydent mocno odciąć się nie chce bądź nie potrafi.

Zadanie ponad siły?

Tak czy inaczej warunkiem skutecznej wyborczej gry w powyborczą kohabitację któregokolwiek z kandydatów jest ustawienie w centrum ich kampanii dwu, z daleka widocznych i czytelnych dla wszystkich, wyborczych tablic. Jednej z niekwestionowanymi zasługami i sukcesami obecnego obozu władzy, które przyszły prezydent będzie mocą swego urzędu rozwijał i wspierał. I tej drugiej z katalogiem politycznych słabości „dobrej zmiany”, przed skutkami których przyszły prezydent gotów jest chronić nie tylko swoich wyborców.

Reklama
Reklama

Sięgający po taki wyborczy koncept politycy opozycji zadbać powinni zwłaszcza o widoczność, czytelność i rozpoznawalność tablicy pierwszej. Dla urzędującego prezydenta szczególnie przydatna byłaby zapewne wyrazista i wiarygodna tablica druga. Choć wymyślenie jej, ustawienie, a zwłaszcza przekonanie do niej wyborców, jak już wspomnieliśmy wyżej, wydaje się dziś coraz bardziej na granicy marketingowych możliwości nawet najbardziej kreatywnego wyborczego sztabu.

Sławomir Sowiński jest politologiem, pracownikiem Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama