fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory prezydenckie 2020

Migalski: cztery warunki pokonania Andrzeja Dudy

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Wyniki wyborów parlamentarnych pokazały, że Andrzej Duda jest do pokonania. To zaskakujący efekt październikowej elekcji, ale dokładne przyjrzenie się rozkładowi głosów prowadzi właśnie do takiej refleksji.

Na wszystkie trzy ugrupowania prodemokratyczne (KO, SLD, PSL) oddano w sumie 8.958.824 głosów, natomiast na siły parademokratyczne (PiS, Konfederacja) niewiele więcej, bo 9.308.888 (zaś samo PiS otrzymało ich jedynie 8.051.935). To pokazuje, że obecny prezydent nie może spać spokojnie, jeśli opozycji uda się wprowadzenie do drugiej tury dobrego kandydata.

Na początku odrzućmy pomysły wystawienia przez całą opozycję jednego, wspólnego kandydata już w pierwszej turze i zagranie na niego od samego początku. To scenariusz mało realny, bowiem partie mają swoje interesy i logika procesów politycznych jest bezlitosna, a ci, którzy ją lekceważą, ponoszą poważne i negatywne tego konsekwencje. Ikonicznym przykładem takiej postawy jest zachowanie Unii Wolności w 2000 roku. Po prostu – partie, by zachować się w pamięci wyborców, muszą korzystać z każdej okazji by im się przypominać, a wybory prezydenckie są ku temu świetną okazją.

Pojawiające się tu i ówdzie pomysły prawyborów w całej opozycji są zatem typowym bujaniem w obłokach. Zacznijmy od spraw technicznych – kto niby mógłby w nich uczestniczyć? Członkowie wszystkich partii opozycyjnych? To już można by było gratulować sukcesu prezesowi PSL, bowiem partia ta ma więcej członków, niż wszystkie pozostałe ugrupowania razem wzięte? Schetynie można zapewne wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że nie potrafi policzyć do stu tysięcy. A może mieliby w owych „primaries” wziąć udział obywatele deklarujący swoje poparcie dla opozycji? Wystarczyłaby w takim przypadku akcja PiS nawołująca wyborców tej partii do udziału w tym wydarzeniu (wszak nie byłaby możliwa weryfikacja deklarowanych poglądów) i pewniakiem byłaby posłanka Jachira. Pozostaje zatem układanie się liderów pięciu partii opozycyjnych przy zielonym stoliku. Ale to ma mało wspólnego z ideą (i praktyką) prawyborów, prawda?

Załóżmy jednak, że jakoś udałoby się opozycji wyłonić jednego wspólnego kandydata. Przecież to prosta droga do zwycięstwa A. Dudy już  w pierwszej turze! Bo z jakiejkolwiek byłby ów kandydat partii, to wyborcy i działacze pozostałych ugrupowań mieliby małą motywację do popierania go (o działaniach na jego rzecz i finansowaniu kampanii w pieniędzy własnych i partyjnych nie wspominając). Jaki niby interes miałaby PO i osobiście Schetyna wspierając, na przykład, Władysława Kosiniaka-Kamysza? I ile entuzjazmu wzbudziłby kandydat Platformy wśród wyborców lewicy? Scenariusz „jednolitofrontowy” przećwiczono w eurowyborach, z fatalnym dla opozycji skutkiem. Nie należy powtarzać tego samego błędu po raz kolejny – chyba, że chce się uzyskać ten sam wynik. Start wielu kandydatów opozycji gwarantuje obecność wszystkich antypisowskich wyborców przy urnach, a to implikować będzie brak szans Dudy wygrania w pierwszej turze.

Pozostaje zatem scenariusz wystawienia przez wszystkie ugrupowania opozycyjne swoich kandydatów i umówienia się, że w drugiej turze poprą tego, kto się do niej dostanie jako konkurent obecnego prezydenta (zaś w kampanii w pierwszej turze zachowany byłby pakt o nieagresji). Ale tu pojawia się inny problem – jest oczywiste, że zasada solidarności partyjnej sprawi, że pewniakiem w takiej sytuacji będzie reprezentant PO. Ktokolwiek nim będzie. Mówiąc krótko – nawet najgorszy kandydat Platformy pokona w pierwszej turze najlepszych kandydatów PSL i lewicy. Dlaczego? Bo wyborców PO jest o wiele więcej, niż połączonego elektoratu ludowców, SLD, Razem i Wiosny. Ktoś może nad tym ubolewać, ale tak wynika nie z sondaży, lecz z wyników wyborów zaledwie sprzed miesiąca.

Zatem to na liderach PO ciąży znalezienie takiej osoby, która nie tylko pokona konkurentów w opozycji (bo to łatwizna), ale także będzie w drugiej turze łatwa do poparcia przez PSL i lewicę, oraz – trzeci warunek – będzie w stanie pozyskać choć trochę elektoratu Dudy i – czwarty wymóg – nie działać jak czerwona płachta na byka na zwolenników kandydata Konfederacji. 

Niełatwa układanka, prawda? Ale możliwa do wykonania. Jakie zatem warunki musiałby spełniać ów polityk? Po pierwsze, nie może być częścią aparatu PO, bo jako taki będzie działał odstręczająca dla wielu wyborców PSL i lewicy, o elektoracie PiS i Konfederacji nie wspominając. Po drugie, musi być raczej centroprawicowy niż centrolewicowy – bo takie właśnie poglądy ma większość Polaków. Po trzecie, powinien być osobą o małym elektoracie negatywnym, bo to właśnie ten element może okazać się kluczowy w drugiej turze. Po czwarte wreszcie, nie może to być osoba zawstydzająca wyborców, lecz raczej bliska im i postrzegana jako przyjazna, swojska, sympatyczna.

Pierwszy z wymienionych warunków eliminuje zatem Małgorzatę Kidawę-Błońską czy Radosława Sikorskiego; drugi sympatycznego skądinąd i kompetentnego Adama Bodnara; trzeci Donalda Tuska; a czwarty większość pojawiających się na giełdzie nazwisk kandydatów.

Obecny lokator Belwederu jest do pokonania. Przez ponad cztery lata leniuchował, nie był zmuszony do ciężkiej pracy i konfrontacji politycznej, otoczony jest pochlebcami, którzy nie są w stanie powiedzieć mu, jak żenujące są jego niektóre żarty, pozy, tyrady i zachowania. Duda jest politycznie otłuszczony – także wysokimi notowaniami. Dlatego właśnie może być szybko znokautowany, bo odwykł od sparingów i ciężkich walk.

Ale może tego dokonać tylko ktoś o centroprawicowym profilu ideowym, nie będący częścią platformerskiego aparatu, o małym elektoracie negatywnym i o umiejętnościach komunikowania się ze zwykłymi obywatelami (także z tymi z PiS, PSL, Konfederacji i lewicy, którzy nie podzielają do końca jego poglądów). Wcale nie musi być to ktoś bardzo znany – przed 11 listopada 2014 roku tylko fanatycy polityki znali nazwisko przyszłego prezydenta RP. Po to jest kampania wyborcza, by z nikogo zrobić kogoś. W maju nazwisko takiej osoby byłoby już znane każdemu, kto zdecyduje się na udział w wyborach (czyli tym 60-70 % wyborców). Zatem nie rozpoznawalność się liczy, lecz raczej obłość. Obły ideologicznie, ale jednak lekko centroprawicowy, kandydat opozycji versus otłuszczony politycznie kandydat władzy? Chyba można by to było tak określić.

Wybór kandydata opozycji to kwestia maksymalnie sześciu tygodni – Polacy muszą poznać jego/jej nazwisko przed Świętami Bożego Narodzenia. To zadanie liderów partii opozycyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem szefa PO. Pytanie tylko, czy chcą oni wygrać elekcję prezydencką, zablokować rządy PiS i – w efekcie – doprowadzić do przedterminowych wyborów, czy też jednak wykorzystać majowe starcie do rozwiązania swoich partyjnych, partykularnych problemów.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA