fbTrack
REKLAMA

Wspomnienia

Wojtek, Przyjacielu, do zobaczenia!

To jest długi tekst. Zdania czasem nieskładne, a i słowa może nie do końca takie, jak być powinny. Gdyby sam taki dostał do zredagowania, z pewnością westchnąłby i… zabrał się do pisania od nowa.

Wojciech Romański, nasz przyjaciel, redakcyjny kolega i wieloletni dziennikarz "Rzeczpospolitej" zginął w wypadku samochodowym pod Mszczonowem, w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Wojtek, takim Cię zapamiętamy… 

Bogusław Chrabota

Fantastyczna postać. Takim go zapamiętam. Pasjonat swojej pracy, ale daleki od jakiejkolwiek zawodowej furii. Pamiętam dziesiątki rozmów przy redagowaniu jego zawsze kompetentnych, acz czasem dość skomplikowanych komentarzy. Sugestie chwytał w lot, zmiany nanosił błyskawicznie. Świetny warsztatowiec. No i było coś jeszcze, co nas łączyło. Muzyka. Śpiewał w zawodowym chórze, myślałem nawet o włączeniu go do naszej, „Rzepowej” kapeli. Zrządzeniem Opatrzności nic z tego nie wyjdzie. Kolejna wyrwa w życiu.

Tomasz Krzyżak

Poznałem Wojtka na początku lat 90. poprzedniego stulecia. W nieistniejącym już dziś Technikum Kolejowym w Warszawie Jego mama uczyła języka polskiego. Wojtek – wtedy student polonistyki – od czasu do czasu pojawiał się w szkole w ramach praktyk. Po studiach przyjęli go do szkoły na etat. Młody, niedoświadczony ale pełen pasji, błyskawicznie złapał kontakt z uczniami. Do mojej klasy wpadał czasem na zastępstwa. Niemal zawsze spóźniony…

Zagadka tych spóźnień wyjaśniła się po latach. Wojtek – o czym sam opowiedział mi już wtedy, gdy byliśmy kolegami po fachu – szybko odkrył, że z nauczycielskiej pensji wyżyć się nie da. Błyskawiczny rozwój przeżywały media, które płaciły zdecydowanie więcej niż szkoła. Wojtek złapał kontakt z „Gazetą Wyborczą” i w przerwach pomiędzy lekcjami ze starego ebonitowego telefonu (komórek jeszcze wtedy nie było) w pokoju nauczycielskim dzwonił tu i ówdzie, zbierając informacje do artykułów dla „Gazety”. Ostatecznie z kariery nauczycielskiej zrezygnował i poświęcił się wyłącznie dziennikarstwu.

I dobrze. Był dziennikarzem z krwi i kości. Mijaliśmy się czasami, aż w końcu wylądowaliśmy w „Rzeczpospolitej”. Był Wojtek człowiekiem pełnym zapału, pasji, kochał motoryzację. O nowych modelach samochodów mógł opowiadać godzinami… Tak samo jak i o chórze, w którym śpiewał. Był człowiekiem pełnym ciepła i humoru. Zawsze chętny do pomocy i „kombatanckich” wspomnień. O wielu sprawach nie zdążyliśmy jednak pogadać… Wierzę, że kiedyś uda nam się to nadrobić.

Do zobaczenia, nauczycielu, kolego, przyjacielu!

Anna Wojda

Wojtek często siadał obok mnie na porannych planowaniach. Gdy cała reszta skupiała się na słuchaniu oceny gazety, my wymienialiśmy się uprzejmościami i uwagami, co do zdjęć zamieszczonych na Facebooku - kto komu dał pierwszy lajka (często w tej konkurencji wygrywałam) i dlaczego napisałam taki, a nie inny komentarz pod wrzuconym przez niego zdjęciem.

Nikt inny, tak jak Wojtek, nie witał się też ze mną w redakcji: rozkładał szeroko ramiona i wołał „jak miło cię widzieć”. Już nigdy tego nie usłyszę…

Ula Lesman

Zawsze jak był w redakcji przychodził do onlajnu chwalić się statami. I zawsze twierdził, że bije na głowę Cyfrową. Nie zawsze miał rację, ale lubił konkurować i robił to z zaciętym wdziękiem. Głośno tupał obcasami chodząc po korytarzu, wołał "no hej" na mój widok. No i przychodził pogadać. Tego będzie mi brakowało bardzo. Przechwałek, powitań i pogaduszek. I całej jego pozytywnej serdeczności życiowej. I jeszcze jednego: kwiecistych opisów do tekstów, które zgłaszał do publikacji na stronie. Bił wszystkich na głowę, a często nawet samego siebie. Nikt tak nie zachwalał tekstów ze swojego serwisu. Był jedyny w swoim rodzaju. Nie do zastąpienia.

Andrzej Krakowiak

Był czerwiec ubiegłego roku. Jechaliśmy zrobić wspólny wywiad do Olsztyna. Drogi w tamtą stronę nie pamiętam prawie w ogóle. Pamiętam za to, że na miejscu wszystko poszło bardzo sprawnie i po niespełna godzinie mieliśmy odpowiedzi, jakich potrzebowaliśmy.

Chociaż żar lał się z nieba, zaproponowałeś spacer po centrum miasta. Nie chciało Ci się wracać prosto do Warszawy. Zanim doszliśmy na rynek, uraczyłeś mnie oczywiście krótką historią o reaktywacji olsztyńskiego tramwaju. Możliwe, że słyszałem ją już wcześniej, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało – czas w Olsztynie płynął jakoś wolniej niż w Warszawie, i my też przestaliśmy się spieszyć.

W knajpce na rynku zamówiłem pierogi, nie pamiętam, na co Ty się zdecydowałeś. W końcu czas był ruszać w drogę. Ale zaplanowałeś jeszcze jeden przystanek. Spotkaliśmy się z Krzyśkiem w tym przytulnym butikowym hotelu nad Jeziorem Wulpińskim. I śmialiśmy się, że na początku lata, i to jeszcze w dniu, w którym musiało być grubo ponad 30 st. C w cieniu, każe modelkom opatulonym w zimowe kurtki paradować przed obiektywem w sztucznym śniegu. Ale logika oferty handlowej jest nieubłagana – zdjęcia kolekcji zimowej muszą być przecież gotowe przed zimą.

Siedzieliśmy tam z godzinę. Patrząc na jezioro na wyciągnięcie ręki, i popijając cappuccino i colę. Ty paliłeś, ja się powstrzymałem, chociaż miałem ochotę. Pamiętam, że pokazałem Ci kilka zdjęć niespełna rocznej wówczas Klary. I kolejny raz śmiałem się, jak cudownie byłoby przespać w końcu całą noc. A ty – ojciec dwóch córek – kolejny raz powtórzyłeś, że jeszcze za takimi „problemami” zatęsknię…

Zupełnie nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy w drodze do Warszawy. Ale przecież podobnych podróży odbyliśmy wcześniej i później sporo, myślę więc, że pogadaliśmy trochę o pracy. Pracowałeś w końcu ostatnio tyle (wiem, bo przecież wiele rzeczy robiliśmy wspólnie), że rzadko udawało się od tego tematu uciec. Na pewno rozmawialiśmy też o muzyce. Puszczałeś mi jakieś swoje nowe odkrycie, pewnie melodyjnego punka, koniecznie z folkowymi wpływami. A ja próbowałem Cię przekonać, że muzyka znacznie szybsza, cięższa i bardziej połamana niż Gogol Bordello też może być warta uwagi.

Jezu, a jak się nazywała ta kapela z Mongolii, której nigdy bym pewnie bez Ciebie nie usłyszał, a która tak nas zachwyciła? Szkoda, że nie pojedziesz jednak na ich berliński koncert, na który tak sobie ostrzyłeś zęby…

*****

Wczoraj w nocy obudziła mnie Klara. Zdziwiłem się trochę, bo przecież od jakiegoś czasu udaje jej się przesypiać całe noce. Zaspany odruchowo spojrzałem na zegarek. Była 2:45. Córeczka dość szybko dała się znowu utulić do snu. Ja z jakiegoś powodu jeszcze długo nie mogłem zasnąć…

Aleksandra Ptak-Iglewska

Wojtek miał fantastyczny dar opowiadania. Niemal każda nasza rozmowa przebiegała w ten sposób, że przypominał sobie jakąś anegdotę związaną z tematem, która prowadziła do następnej historii, która prowadziła do następnej. Papieros wypalony, autobus ucieka, ale trzeba stać i wysłuchać do końca, bo Wojtek opowiadał tak, że szkoda było przerywać. Mówiliśmy mu, żeby wykorzystał ten swój talent do snucia gawęd, od których trudno się oderwać, żeby napisał książkę. Mówił, że ma kilka zaczętych powieści w szufladzie i dokończy w wolnej chwili. Dziś siedzę i myślę, jaka ogromna szkoda, że nie zdążył. 

Grzegorz Siemionczyk

Wojtek był mistrzem motywowania zespołu do zgłaszania tematów, nikt nie robił tego z większą kreatywnością i finezją. Próbka poniżej. To był tylko jeden z wielu przejawów jego lekkości bycia, nieopuszczającego go nigdy poczucia humoru. Atmosfera w redakcji dziennika jest na ogół napięta, na wszystko brakuje czasu. Wojtkowi nigdy go nie brakowało na żarty, anegdoty. Zawsze zazdrościłem mu zdolności zarządzania własnym czasem, która pozwalała łączyć liczne obowiązki ze skłonnością do gawędziarstwa. Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego, zestresowanego zbliżającym się deadlinem. Jego luz udzielał się innym, dlatego nawet niedzielne dyżury w redakcji w Jego towarzystwie były przyjemnością. Nosił się niekonwencjonalnie, w stylu nieco motycyklowym, i z tej pozycji dworował sobie z mojego garniturowego sztywniactwa. Jeśli zdarzało mu się krytykować teksty dziennikarzy, to merytorycznie, taktownie, ale potrafił też pochwalić. Szczególnie doceniał dobre tytuły tekstów.

A poniżej kilka z Jego wezwań, żeby zgłaszać tematy do prowadzonego nie Niego wydania „Rz”:
 
"Kto nie zgłosił

Niech to zrobi

Bo wyrośnie

Mu róg krowi

Albo ogon długi bardzo

Albo łuską bardzo twardą

Się pokryje jego ciało

Bo mi zgłoszeń

Ciągle mało"
 
"Kto bez zgłoszeń wyjdzie stąd, tego w weekend kopnie prąd”
 
„Kto do gazet nic nie włoży, ten się nigdy nie położy”

„Kto na weekend tekstu nie da, tego szybko złapie bieda”

„Każdy, kto tu tekst przyniesie, ten niedzielę spędzi w lesie

Albo wino będzie pił, gdyż nie musi pruć swych żył"

Jacek Nizinkiewicz

Nie sposób żegnać kogoś, kto był tak pełen życia. Wojtek był przepełniony pozytywną energią, lekkością bycia, inteligentnym sarkastycznym podejściem… taki nasz easy rider. Ale był też rzeczowy, miał dużą wiedzę, celne uwagi i lekkie pióro. Potrafił napisać szybko komentarz na prawie każdy temat, nieszablonowo go ujmując i błyskotliwie puentując. Sztuka dana nielicznym. Przez jakiś czas był moim przełożonym w jednym z tygodników. Mimo, że czasem przysyłałem teksty na ostatnią chwilę, nigdy się nie wściekał, nie rzucał grubym słowem, nie paraliżował człowieka, na spokojnie potrafił postawić do pionu i wyegzekwować materiał. Bez kwasów. Miał w sobie dobrą siłę spokoju i luz, którego wielu może mu pozazdrościć. Był niepodrabialny i niewymuszony. Nawet papierosy palił ze stylem.

Trzymał rękę na muzycznym pulsie. Ilekroć Laibach przyjeżdżał do Polski, umawialiśmy się, że wspólnie pójdziemy na koncert.

Kiedyś złożyliśmy sobie życzenia urodzinowe z opóźnieniem. Od tamtego czasu, widząc się w pracy zawsze składaliśmy sobie zabawne życzenia. Na zapas, żeby przypadkiem znowu nie zapomnieć. Taki nasz radosny obyczaj. Zawsze rozpromieniał.

Najważniejsze, że nikt nie potrafiłby powiedzieć o nim złego słowa. Zawsze zazdrościłem kolegom z działu ekonomicznego, który sąsiaduje z krajowym, tej jowialnej atmosfery, za którą głównie Wojtek odpowiadał. Dzisiaj ściska mnie w gardle, gdy patrzę w tamtą stronę…

Ja Wojtka nie żegnam i nie godzę się z tym, że już go nie ma. Jeszcze pójdziemy na tego Laibacha, znowu złożymy sobie życzenia… Ja się po prostu nie godzę!

Andrzej Stec

Wojtek, jak się śmiał, a robił to często, słychać było na drugim końcu długiego newsroomu gospodarczego „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”. Pełen dystansu i profesjonalizmu, fan ekonomii i – coraz bardziej – motoryzacji. Wojtku, współpraca z Tobą to była przyjemność. Do zobaczenia!

Anita Błaszczak

Był jedną z niewielu znanych mi osób, które potrafią cieszyć się życiem. Był ciepłym, pełnym humoru facetem, który zachowywał spokój w wirze redakcyjnej gorączki.

Tomasz Sobiecki

Od kilku lat miał nową pasję – śpiewanie w chórze. Wiele razy zapraszał na występy („bilet tani, a radości co niemiara, także dla publiczności”), ale koncert był dla mnie zawsze albo za daleko, albo w niedogodnych terminach. – Lepiej przyjdź i posłuchaj te półtorej godziny, bo jak dam Ci płytę, to będziesz musiał słuchać codziennie – groził z uśmiechem. Dziwiłem się, dlaczego jako chórzysta wciąż nie rzucił palenia. - Rzucę, gdy będę miał głos jak Louis Armstrong – odpowiadał z poważną miną. Interesował się nie tylko klasyką. Ostatnio prowadził ożywione dyskusje z młodszym o ćwierć wieku kolegą o tym, dlaczego warto iść na koncert grającego połączeni polki, ska i tradycyjnej muzyki ludowej zespołu „Russkaja”.

Był skarbnicą anegdot. Często przy obiedzie opowiadał o praktykach studenckich w latach 80. w Niemieckiej Republice Demokratycznej czy Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej, ale także w polskich zakładach przetwórstwa owocowo-warzywnego. Młodsi dziennikarze o wiele lepiej niż z niejednej książki historycznej mogli się dowiedzieć, jak przekraczało się granice i co można było kupić w sklepach w Karl-Marx-Stadt. Słowem - co to znaczyło żyć i studiować w czasach realnego socjalizmu.

Zapamiętam też Wojtka jako redaktora, który – co rzadko się zdarza – prawie nigdy nie okazywał zdenerwowania. Nawet poganiany przez czas i kolegów, zawsze przychodził do sekretariatu spokojnym, dostojnym krokiem. A w chwilach największego pośpiechu spokojnie dowodził, że przecież „zawsze zdążamy, więc czemu teraz ma się nie udać”. W poniedziałek się nie udało.

Cezary Szymanek

Wpierw obcasy, potem tubalne „kochaniutki…”, a potem wchodził i… pewnie jeszcze długi czas będę odwracał głowę, myśląc, że to On idzie. Do zobaczenia, Wojti.      

Piotr Mazurkiewicz

Pasją, która zajmowała mu czas i uwagę była muzyka. Lubił się chwalić nagraniami swoich występów w chórze, który śpiewał choćby klasykę muzyki popularnej. Już planował także wyjazdy na koncerty, zazwyczaj zagraniczne, ponieważ w Polsce trudno było trafić na wykonawców których lubił. Bardzo cenił kompozytora Leoša Janáczka, jeździł za jego wykonaniami po Europie. Ale nie zapominał o bardziej współczesnych wykonawcach, szczególnie ciepło wyrażał się o Gogol Bordello, choć jego muzyczne horyzonty były bardzo szerokie.

Kasia Kucharczyk

Wojtek był mistrzem w zbieraniu zgłoszeń do prowadzonych przez siebie gazet. Przykłady?

Pierwszy:

"Krwawym się niebo zasnuje całunem

Jeśli tu zgłoszeń nie będzie piorunem

Wasz wieszcz"

Drugi:

"Na razie zamiast zgłoszeń dostałem dwukrotnie plan aktywności ministra Jakiego... Ja nie chcę takiej gazety... Dajcie coś lepszego".

Tomek Pietryga

Wojtka będę pamiętał jako uśmiechniętego i pozytywnie nastawionego do otoczenia człowieka w czerwonych butach, które zawsze będą mi się z nim kojarzyły. Jego obuwie było takim znakiem rozpoznawczym.  No i ten mały laptop przy nim, zawsze na biurku. Spokój, opanowanie profesjonalisty ze starej dziennikarskiej szkoły. Będzie go nam brakować.

Adam Woźniak

Znałem Wojtka jeszcze zanim obaj znaleźliśmy się w "Rzeczpospolitej". Zawsze podziwiałem jego opanowanie: w sytuacjach krytycznych, gdy przed zamknięciem wydania nastroje osiągały stan wrzenia, zachowywał niezmącony spokój. Praca z Nim dawała duży komfort, przy tym świetnie pisał. Latem tego roku poznałem Wojtka z kompletnie innej strony: namówił mnie na koncert zespołu, w którym śpiewał. Niepojęte, że Go już nie ma.

Wojtek Tumidalski

Nie każdy wie, że Wojtek oprócz motoryzacji kochał muzykę. Śpiewał w chórze Singin’ Warsaw. Głównie o tym gadaliśmy na redakcyjnym korytarzu, czy w bufecie. Z przejęciem opowiadał, że chór właśnie wybiera się na festiwal do Gdańska, mają też nagrywać płytę. Już bez niego, ale zaśpiewają dla niego…

Agata Łukaszewicz

Miły, fajny, dobry, sympatyczny, zakręcony człowiek. Nic dodać, nic ująć. 100 proc szczerości. Jak go zapamiętam? Z nieodłącznym uśmiechem na twarzy.

Iwona Trusewicz

Nie znamy dnia i godziny. To dobrze.

Ale kiedy śmierć uderza tak niespodziewanie, to boli bardziej.

Wojtka znałam ponad 10 lat. Od chwili kiedy - chyba w 2009 r. - po raz pierwszy pojawił się w Rzeczpospolitej. I choć nigdy nie spojrzeliśmy sobie w twarz, to często rozmawialiśmy i pisaliśmy do siebie. Był szybki w słowach, wymagający, bezpośredni w wytykaniu pomyłek, ale i rozumiejący rozterki innych. Opublikował mój reportaż o Ukrainie, gdy byłam w dole życiowym i bardzo mnie to podniosło na duchu. Zanim kilka lat temu, odszedł na swoje, opowiadał o domu postawionym pod miastem - tej przystani, do której wracał z utęsknieniem.

Ucieszyłam się, kiedy wrócił do "Rzeczpospolitej". Wziął na siebie dużo obowiązków, ale nawet do próśb o teksty przykładał się bardzo. Pisał je wierszem - z humorem i celnie.

Np. 12 marca napisał:

Jutro chmury skryją niebo

Koleżanko i kolego

Niech nie zgasi to inwencji

Niech nie daje konsekwencji

Bo czy słońce jest czy plucha

Waszych zgłoszeń pilnie słucham

Bo prowadząc jutro dział

Nie chcę wciskać żadnych chał.

Odpowiedziałam mu na to także rymowanką:

Chały bardzo smaczne

z rodzynkami piekę;

jak ich nie spróbujesz;

no to pożałujesz

a na obiad dzisiaj

proponuję ruskie;

weź je do gazety

lepsze niż kotlety

No i brał te „ruskie” chętnie.

Będzie mi brakowało tych Wojtkowych wierszowanych zachęt i naszej współpracy.

Śpij spokojnie Kolego.

Krzysztof Kowalczyk

Spotkałem Wojtka Romańskiego dobrze ponad ćwierć wieku temu, gdy rozwijał reporterskie skrzydła w Gazecie Stołecznej”, warszawskim dodatku „Gazety Wyborczej”. W pamięci utkwił mi zwłaszcza pisany na cztery ręce z jego kumplem Leszkiem Talko wielki reportaż o Wiśle, wówczas nieciekawej, mocno zanieczyszczonej rzece, do której nasze miasto odwróciło się plecami. Tytuł – jeśli dobre pamiętam – brzmiał „Temat rzeka”. Jakże pasjonujący to był tekst, także po względem formy - poszczególne rozdziały były opatrzono śródtytułami odnoszącymi się do kilometrowych słupków znaczących odcinki rzeki. I o każdym odcinku było coś zaskakującego. Zazdrościłem chłopakom tego tekstu, pomysłu, rozmachu.

Pamiętam też jak Wojtek brał udział w wielkim reporterskim teście mającym pokazać, jak działają w nocy warszawskie sklepy, knajpy czy apteki. A były to czasy, gdy podwoje otwierał po zmroku bodaj jeden wyznaczony sklep w dzielnicy, a amatorzy kafejek całowali na Nowym Mieści klamkę już o godz. 19.00. Do takich rajdów dziennikarskich trzeba było mieć zacięcie i być pomysłowym. Wojtek był.

Od tamtych czasów Warszawa przeszła rewolucję: Wisła odzyskała blask, walą nad nią wieczorami tłumy od wiosny po jesień. A knajpy działają późno w noc, o sklepach nie wspomniawszy. Ale Wojtek po staremu pozostał ciekawy świata.

Gdy w 1994 r. szukałem wsparcia do działu ekonomicznego „Życia Warszawy”, moja myśl padła na tego bystrego absolwenta polonistyki. To nic, że nie kończył uczelni ekonomicznej, wtedy dojrzewaliśmy wraz z polską gospodarką, nabieraliśmy doświadczenia. Liczyło się wówczas ostre pióro (a Wojtek jak nikt potrafił nim władać), zmysł obserwacji i ciekawość świata.

Po „Życiu” nasze ścieżki przecięły się w „Businessman Magazine”, miesięczniku wówczas mocno związanym z „Rzeczpospolitą”. W „Businessmanie” Wojtek przeszedł cały szlak bojowy od szeregowego redaktora do naczelnego. Po latach zawinął do „Rzepy”, gdzie znów współpracowaliśmy.

Na co dzień brał udział w redagowaniu działu ekonomicznego, ale jego ukochanym „rzepowym” dzieckiem stał się serwis motoryzacyjny moto.rp.pl. Wojtek dzisiaj odszedł, ale ja jeszcze słyszę, jak przekomarza się z kolegami, który serwis tematyczny cieszy się największą popularnością u internautów. Żegnaj, Przyjacielu.

Rafał Rybarczyk

Przyjacielski i otwarty – przede wszystkim; pamiętam jak w skraplaniu złotych myśli pomagała mu jego srebrzysta broda…

Jakub Kurasz

Mobilizator, aktywizator, pasjonat i profesjonalista a przede wszystkim wspaniały człowiek o dużym doświadczeniu. Otwarty na rzeczywistość i racjonalnie oceniający wszelkie przeszkody, których w życiu dziennikarza jest tak dużo. Dobry kumpel i wyśmienity redaktor - podpora działu ekonomicznego w walce o lepszą gazetę każdego dnia. W pogoni za newsem i rzetelną analizą - zawsze gotowy do pomocy. Tak go zapamiętam na zawsze. Odszedłeś za wcześnie...

Żegnaj Redaktorze!

Paweł Rabiej

Pracowaliśmy razem w "Businessman Magazine" i magazynie THINKTANK. Wojtek był jednym z filarów Businessman Magazine, pierwszego w latach 90. miesięcznika biznesowego. Zawsze byłem pod wrażeniem jego profesjonalizmu, warsztatu, dociekliwości, życzliwości i otwartości. Dużo się od niego nauczyłem jako dziennikarz, redaktor, a później wydawca, bo szczodrze dzielił się swoją wiedzą i zawsze znajdywał czas i uwagę dla drugiej osoby.

Eliza Więcław

Wojtek był jedną z pierwszych osób, która uczyła mnie jak pisać i jak poruszać się w dziennikarskim, wówczas „Gazetowym” świecie. Dla mnie, studentki ekonomii to był szok: pisanie tekstu w określonej wielkości, napisanie chwytliwego leadu, oddanie artykułu przed deadlinem. Wojtek był bardzo cierpliwy, chociaż niejeden raz dostawał do zredagowania „coś”, co do publikacji w ogóle się nie nadawało. I właściwie on pisał od początku, szybko – bo deadline.  Tłumaczył mi jak pisze się lead, jakie teksty redaktorzy najchętniej publikują. Był dobrym nauczycielem. Zawsze z uśmiechem, dowcipem. Dowcip był właściwie jego znakiem rozpoznawczym, czasami okraszony szpilą – ale taka sympatyczną. Po "Gazecie Wyborczej" spotkaliśmy się ponownie w "Rzeczpospolitej". Uśmiech zagościł w Ekonomii. Wojtek był redaktorem, którego dziennikarze nie tylko lubili, ale także szanowali. Świetnie redagował teksty, ale też podpowiadał tematy, mówił z kim porozmawiać, jak sprawić, żeby tekst był ciekawszy. Można było z nim o wszystkim pogadać, nie tylko na papierosie (jak jeszcze palił). Chyba każdy kto go znał, wiedział o jego niesłychanej miłości do psów.

Marcin Piasecki

Wojtka poznałem nie byle gdzie, bo w studio radia TOK FM, gdzie często pojawialiśmy się jako goście audycji ekonomicznej EKG. Trwały pierwsze lata XXI wieku, a my byliśmy szefami konkurencyjnych miesięczników, on – „Businessman Magazine”, ja „Profitu”, a potem „Forbesa”. Nie powiem, ten układ stwarzał okazje do drobnych złośliwości poza anteną, dotyczących prowadzonych przez nas tytułów. Ale ważniejsze rzeczy działy się na antenie. Wojtek był komentatorem świetnym, przenikliwie inteligentnym, bliskim mi również ze względu na liberalne poglądy na gospodarkę. Wielokrotnie wpadałem w rodzaj popłochu, co ja tu jeszcze mogę twórczego dodać do tych uwag wypowiedzianych głębokim barytonem. Dopiero całkiem niedawno dowiedziałem się, że Wojtek był członkiem profesjonalnego zespołu wokalnego.

Po latach zetknęliśmy się w redakcji „Rzeczpospolitej”. Ta sama inteligencja, wszechobecna lekka ironia, doskonałe umiejętności redaktorskie. Teraz pozostał tylko ból.

Paulina Biernacka

Wojtek, po prostu i aż Wojtek, człowiek w szaliku, z jego tanecznym, powłóczystym, charakterystycznym sposobem chodzenia… Zawsze uśmiechnięty, pomocny, otwarty, roztaczający aurę niesamowitej łagodności i spokoju. Zanurzony w kilkunastu tematach naraz, skutecznie opierał się ogólnemu biurowemu pośpiechowi i gorączce pracy w dzienniku… To Wojtek kontrolował czas a nie czas jego, zawsze z powodzeniem. „Kierowniczko… wszystko się zrobi…”. I robiło się.

Wojtek był prawdziwy, normalny, nie udziwniał, nie pozował, nie udawał kogoś innego…

Mam obraz Wojtka, jak stoi przed budynkiem redakcji, w swetrze, w swoim nierozłącznym szaliku, zawiązanym w węzeł francuski, jak nieśpiesznie pali papierosa i opowiada anegdoty…

Tak często kończyłam dzień pracy, „To see you tomorrow Wojtuś…”.

Tak, Wojtek, do zobaczenia!

Łukasz Korycki

Przez dobrych kilka lat pracowaliśmy „biurko w biurko” w redakcji „Rzeczpospolitej”. Błyskotliwość, nieprzeciętna inteligencja, ogromna wiedza, lekkie pióro i przede wszystkim ten niesamowity spokój w połączeniu ze wspaniałym poczuciem humoru, dzięki któremu trudne i nerwowe momenty wydawania ekonomicznych stron gazety okazywały się prostym zadaniem, realizowanym w świetnej atmosferze. Prywatnie wspaniały kompan do rozmów. Takim Cię zapamiętam, Wojtku!

Dział Konferencji i Szkoleń w „Rzeczpospolitej”

Ze smutkiem przyjęliśmy informację o tragicznej śmierci Wojtka.

Wojtek, nasz kolega z redakcyjnego korytarza zostanie nam w pamięci jako życzliwy, uprzejmy i pogodny człowiek.

Danuta Walewska

To jest mój ostatni tekst, jaki piszę dla Ciebie Wojtku i naprawdę w to nie wierzę. Że go nie przetrzymasz chwilę, po której powstanie zredagowana przez Ciebie perełka.

- Warto było poczekać ? - pytałeś wtedy.  Zawsze było warto.

Jak mało kto jednocześnie rozumiałeś newsa. - Nie cyzeluj, tylko pisz telegram. Potem się będziesz bawić a teraz musimy wrzucić to, co najważniejsze - mówiłeś. Nigdy nie zapomnę jak pracowaliśmy razem, pod presją, kiedy działo się coś ważnego. Jak chociażby wtedy, kiedy umarł prezes Fiata, Sergio Marchionne i byliśmy pierwsi w Polsce, którzy o tym napisali. Sam byłeś doskonałym dziennikarzem i dlatego potrafiłeś rozumieć innych piszących, także adrenalinę, jaka nam codziennie towarzyszy. Lubiłeś teksty był z pazurem, potrafiłeś to docenić, powiedzieć „dobra robota”. Wiedziałeś jak ważne jest to dla autora. Nie wyśmiewałeś też błędów, tylko jej poprawiałeś i gazeta jechała dalej.

Lubiłeś zadzwonić i pogadać po pracy o pracy, już na luzie, kiedy jechałeś do domu. Bo praca zawsze była najważniejsza. Nikt z nas jeszcze nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że Ciebie już nie będzie. Że nie oddzwonisz, że nie zażartujesz, nie każesz się pospieszyć. To nie ma żadnego sensu.

Magda Burkiewicz, Ania Zombirt

Dla nas był „Moto Wojtkiem”. Charakterystyczny głos, chód i nieodzowny szal u szyi. Wojtek był wyjątkowy. Bezpośredni, szczery, wesoły i ciepły. Niesamowicie dowcipny i z dobrym słowem dla każdego. Zabiegany, ale zawsze potrafił znaleźć chwilę, by z nami pożartować. Wkręcony w śpiewanie. Gdy pokazywał nam filmy z występów swojego zespołu Singin Warsaw, dało się czuć wielką pasję. Będzie nam go bardzo  bardzo brakować. 

Aneta Gawrońska

Wojtek, wolny duch. Człowiek orkiestra. Bez końca można było z Nim rozmawiać o literaturze. Widział piękno książek i umiał się tym pięknem dzielić. Pożyczyłam Mu kiedyś Juliana Barnesa. Zachwycał się "Zgiełkiem czasu" i "Cytrynowym stolikiem". Teraz, dużo za wcześnie, sięgnął po swoją cytrynę. Na pulpicie laptopa mam roboczą wersję książki Wojtka. Przesłał mi kiedyś. Pisał świetnie. Świetnie też śpiewał. Sekcja basów w w Singin' Warsaw. Widziałam go na scenie przed wakacjami.

Kiedy odchodzi ktoś tak przepełniony życiem, dobrocią i talentami, świat zmienia się na zawsze.

Do zobaczenia, Wojtku

Paweł Czuryło

Kiedy pracuje się z Kimś codziennie przez kilka lat w rytm gazetowych planowań, deadlinów, kolejnych wydań, często wiele rzeczy dostrzega się już po, z innego miejsca i z innej perspektywy. Ale w przypadku Wojtka Jego kolegom dane było doświadczać Wojtkowego dobra i spokoju na co dzień. Niezależnie od tego, czy do wysłania gazety do druku została minuta, czy też cały dzień. A czerpanie komentarzy z Jego tartaku wyrazów było przyjemnością.

Spoczywaj w Pokoju, Wojtku!

Artur Kotwica

Wszędzie go dziś słyszę, w pierwszym odruchu cieszę się na myśl o tej dobrej energii, którą zawsze ze sobą niósł i która mnie za chwilę choćby muśnie, by po chwili po raz setny uświadomić sobie tę ogromną stratę. Niepojęte to jest, nie zgadzam się na to. A jednak. Żegnaj, Wojtku, dobry, jedyny, nieodżałowany.

Michał Szułdrzyński

Bardzo lubiłem spotykać Wojtka w windzie lub przy obiedzie w stołówce na Prostej. I wtedy zaczynał snuć opowieść. Również o samochodach, o których lubił i umiał mówić. Obiady trwały wtedy w nieskończoność, bo nie dało się tak łatwo ich przerwać. Opowiadał o podróżach, weekendowych wypadach, wspominał pionierskie czasy polskiej prasy. Ale to nie znaczy, że żył przeszłością, przeciwnie. Zawsze miał jakieś ciekawe anegdotki o testowanych samochodach. Szczególnie zapamiętałem jedną, jak ledwo wrócił do domu nowym autkiem elektrycznym, bo pojazd miał baterię, która starczała na przejazd do pracy i z powrotem, ale bez klimatyzacji, z wyłączonym radiem i wszystkim, co dodatkowo zużywało energię.

Nie pamiętam by narzekał. Zawsze znalazł jakieś dobre słowo. I pewnie dlatego był zawsze duszą towarzystwa i przy obiedzie dosiadało się do niego wokół mnóstwo osób. I wszyscy do łez śmiali się z jego anegdot.

Ale był też świetnym dziennikarzem. Jego komentarze to była niezła literatura. Należał do tych, którzy naprawdę potrafili pisać, konstruować tekst, dobierać metafory i dodawać nieoczywiste pointy.

Artur Osiecki

Wojtka poznałem ponad 9 lat temu, już w "Rzepie", kiedy zacząłem pracować w dziale ekonomicznym. Był wtedy szefem sekcji gospodarka. To On zapoznał mnie z koleżankami i kolegami i pokazał moje biurko. Były to jeszcze czasy, kiedy pisaliśmy na zielone strony, a "Ekonomia & Rynek" była wydawana sześć razy w tygodniu, także w sobotę. Były to też czasy kiedy do późna w nocy, zawsze do 12, a czasem nawet do 1-2, sześć dni w tygodniu, w redakcji trwały dyżury, na których zbierało się informacje do tzw. trzeciego, ostatniego wydania „Rzeczpospolitej”. W Ekonomii dyżurował zawsze jeden redaktor i jeden dziennikarz. Mój pierwszy dyżur przypadł w piątek, kiedy to dyżurował i Wojtek. Wtedy wyjaśnił mi co trzeba robić na dyżurze. Stało się też tak, że akurat jedna ze światowych agencji prasowych podała ważny news, bodaj o decyzji Gazpromu, dotyczącej dostaw gazu do Polski. Stwierdziliśmy, że musimy o tym napisać. Teoretycznie miałem to pisać ja, ale Wojtek wiedział, że do tematyki gazowej mi daleko. Zadzwonił po prostu do koleżanki, która pisała wtedy o energetyce, choć było już dobrze po 22. Razem w ciągu godziny wytworzyli aktualny tekst, oszczędzając mi brnięcia w gazowe niuanse, których po prostu nie znałem. Wojtek był spokojny, wyrozumiały. Rozumiał, że nie każdemu każdy temat pasuje. Potem, przez kilka lat, poza codzienną pracą, wielokrotnie spotykaliśmy się z Wojtkiem na piątkowych dyżurach, bo i Wojtek, i ja je sobie upodobaliśmy. Nawet nie pamiętam już za bardzo dlaczego. Może dlatego, że nikt ich nie chciał brać i jakoś tak wychodziło z grafika, a może dlatego, że były względnie spokojne, bo urzędy, giełdy itd., zamykały na weekend swoje podwoje. A może dlatego, że w sobotę po dyżurze mogliśmy dłużej niż w tygodniu pospać. Te piątkowe dyżury były chwilami uspokojenia, refleksji, choć Wojtek zawsze do końca wypatrywał newsów, którymi można było uraczyć Czytelników w sobotę. Czasami, kiedy redakcja już opustoszała, puszczał też rockowe kawałki. Rozmawialiśmy wtedy o Claptonie i AC/DC. Dyżury z Wojtkiem były po prostu miłymi chwilami w pracy. Robota była wykonana, ale bez napięcia i niepotrzebnych nerwów. Teraz Wojtek odszedł niestety na wieczny dyżur. Wojtku, śpij w pokoju.

Źródło: rp.pl
REKLAMA