fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wojna w Syrii

Bielecki: Putin uderza trzeci raz

AFP
Po Gruzji i Ukrainie Rosja na swoją korzyść przebudowuje Bliski Wschód.

Od kiedy w minioną środę rosyjskie samoloty rozpoczęły bombardowania syryjskiej opozycji, nie ma dnia bez spektakularnej eskalacji ofensywy Kremla. Dzisiaj przyszła kolej na uderzenie rakietowe z okrętów stacjonujących na Morzu Kaspijskim, półtora tysiąca kilometrów od teatru działań wojennych. Po, jak się zdaje, dość precyzyjnym wystrzeleniu 26 pocisków przez cztery rosyjskie jednostki Władimir Putin mógł na oczach świata gratulować swoim admirałom.

Jednocześnie rosyjskie myśliwce, to znowu precedens, koordynowały bombardowania w prowincjach Hama i Idlib z lądową ofensywą sił Baszara Asada. Nagle pojawiła się całkiem realna możliwość odzyskania przez reżim w Damaszku strategicznych miast niedaleko syryjskiego wybrzeża i odepchnięcia rebeliantów w głąb kraju.

Aby jeszcze bardziej oszołomić Zachód, rosyjskie samoloty, niemal na pewno umyślnie, wdarły się w przestrzeń powietrzną Turcji, kraju o drugiej największej armii w NATO.

Z Waszyngtonu i Brukseli posypały się ostre deklaracje.

– To jest niedopuszczalne, groźne, to jest bezwzględne zachowanie, które jeszcze bardziej zaostrza napięcie na Bliskim Wschodzie – grzmiał w CNN sekretarz generalny sojuszu Jens Stoltenberg.

– To jest błędna strategia, która zakończy się porażką – mówił z kolei o działaniach Kremla Ashton Carter, szef Pentagonu.

Wściekła jest także Turcja, Arabia Saudyjska i inne monarchie Zatoki Perskiej, bo wspierane przez nie oddziały mniej lub bardziej umiarkowanej syryjskiej opozycji nagle znalazły się w defensywie. Niektóre z nich, jak powiązany z Al-Kaidą Front An-Nusra, ogłosił nawet dżihad przeciwko Moskwie. A to może się skończyć atakiem na rosyjskie bazy w Tartus i Latakii, a nawet w samej Rosji.

Ale Putin ma asa w rękawie: żaden z zewnętrznych sojuszników rebeliantów nie zdecyduje się nie tylko na ofensywę lądową w Syrii, ale nawet na zbudowanie tu takich baz, jakie ma Rosja.

– Barack Obama już wiele lat temu podjął strategiczną decyzję o rezygnacji z działań lądowych na Bliskim Wschodzie, Arabia Saudyjska i Turcja co najwyżej ograniczą się do przekazania rebeliantom ręcznych wyrzutni rakietowych. One mogą być skuteczne, ale przecież nie zmienią wyniku wojny – mówi „Rz" David Butter, dyrektor na Bliski Wschód londyńskiej Economist Intelligence Unit.

O tym, że w Syrii może sobie pozwolić na wiele, Putin przekonał się latem tego roku, gdy mimo bezprecedensowego zalewu uchodźców zjednoczona Europa nie zdecydowała się na skuteczną interwencję wojskową. Jedynie Francja wysłała nad Syrię kilka myśliwców bombardujących, do których być może dołączy Wielka Brytania, jeśli zgodę na to wyda parlament w Westminsterze.

Powtarza się więc ten sam scenariusz, który widzieliśmy już w Gruzji w 2008 r. i na Ukrainie w 2014 r. Za wielkimi słowami Zachodu nie idą żadne czyny, Rosja zajmuje strategiczne tereny, jak Abchazja czy Krym, i po kilku–kilkunastu miesiącach w stosunkach między Moskwą a Waszyngtonem i Brukselą wszystko wraca „do normy".

Tak jak przy dwóch poprzednich konfliktach i tym razem Putin nie stawia sobie zresztą maksymalistycznych celów. Raczej wykluczone jest, aby Rosjanie zdecydowali się na lądową ofensywę w Syrii: pamięć klęski w Afganistanie sprzed 30 lat jest na Kremlu zbyt świeża. Rosjanie zdają sobie też sprawę, że siły Baszara Asada, które z 300 tys. pięć lat temu skurczyły się do 80 tys., nie będą w stanie odbić zbyt wielkiej części kraju. Putin, nawet gdyby chciał, nie wyrzuci więc Państwa Islamskiego z Syrii, najwyżej zepchnie je do niezamieszkanej, wschodniej części kraju. Rosjanom zapewne nie uda się także całkowicie zmarginalizować umiarkowanej, wspieranej przez Amerykanów opozycji.

Ale samo odbicie prowincji Hama, Idlib i Homs znacząco zmieniłoby układ sił na Bliskim Wschodzie. Po raz pierwszy od rozpadu ZSRR Moskwa nie tylko mogłaby wystąpić z pozycji siły w ważnym konflikcie poza granicami dawnego Związku Radzieckiego, ale także miałaby istotny głos w określeniu przebiegu nowych granic na gruzach Syrii i Iraku.

Narzuca się jednak pytanie: czy odnosząc trzy razy z rzędu tak znaczące sukcesy, Władimir Putin nie zechce uderzyć w nachodzących latach jeszcze raz? A jeśli tak, to gdzie? I czy odurzony sukcesem nie posunie się zbyt daleko?

Gdy rosyjskie lotnictwo setki razy łamało przestrzeń powietrzną krajów bałtyckich czy Skandynawii, wygodne kraje bogatej Europy nie zdecydowały się na twardą reakcję. Ale z Turcją może być inaczej. Jeśli prezydent Recep Erdogan zdecyduje się w końcu zestrzelić rosyjski myśliwiec, czy sytuacja nie wymknie się spod kontroli?

Unikając od pięciu lat zaangażowania zbrojnego w konflikt syryjski, Zachód nie tylko stworzył warunki dla rosyjskiej interwencji, ale dziś zachęca Putina do igrania z ogniem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA