fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal w Wenecji

Wenecja 2015: Rosja Sokurowa i Łoźnicy

Kadr z filmu Sokurowa
materiały prasowe
- Jesteśmy wpisani w europejską kulturę — mówi mi Aleksander Sokurow.

Korespondencja z Wenecji

- Zawsze byliśmy. To był nasz świadomy wybór. Podobnie jak dobrowolnie i świadomie wybraliśmy chrześcijaństwo. Gdybyśmy wybrali inną opcję mogliśmy być silniejsi. Ale my chcieliśmy należeć do Europy. Nawet w czasach komunizmu, kiedy pomiędzy nami i zachodnią Europą była przepaść, mieliśmy fantastycznych tłumaczy i ukazywały się u nas wszystkie najważniejsze powieści zachodnich autorów. Natychmiast. Byliśmy zapatrzeni w kulturę Zachodu. Inny stosunek mieliśmy do Ameryki, ale Europę zawsze kochaliśmy. Jakikolwiek by w Rosji nie rządził tyran, byliśmy z Europą. Nie musieliśmy wchodzić w pierwszą wojnę światową – weszliśmy. Podczas drugiej wojny wzięliśmy na siebie straszliwy ciężar, wykrwawiliśmy się dla Europy. Problem w tym, że Europa nie kocha nas. A my jej rozpaczliwie potrzebujemy. Ja, podobnie jak wszyscy moi znajomi, jesteśmy tego samego zdania – dodaje.

Rozmawiamy przy okrągłym stole, razem ze mną naprzeciw Sokurowa siedzi czterech innych dziennikarzy. Japonka natychmiast wcina się z naiwnym pytaniem dotyczącym filmu. Wywiad znów wchodzi na bezpieczne tory. Nie ma miejsca na poważną dyskusję. Na przypomnienie historii. Choćby paktu Ribbentrop-Mołotow, Katynia, rosyjskich łagrów. Także dlatego nie podoba mi się „Frankofonia" Sokurowa, w Wenecji świetnie przyjęta przez krytyków zachodnich. I kiepsko przez dziennikarzy z naszej strony świata.

Mam duży szacunek dla twórczości Aleksandra Sokurowa, uważam go za znakomitego artystę, ale tym razem wyszłam z kina z bardzo mieszanymi uczuciami. „Frankofonia" to dokumentalna opowieść, której narratorem jest sam reżyser. Historia wojenna Luwru. Jej bohaterami są dwaj mężczyźni: dyrektor Luwru Jacques Jaujard i historyk szuki Franz Wolff-Metternich, który w czasie okupacji niemieckiej miał z ramienia Wehrmachtu „nadzorować" Luwr. Jaujard od 1938 roku, gdy pojawiła się groźba wojny, zaczął wywozić z muzeum cenne dzieła sztuki ukrywając je w zamkach nad Loarą. Metternich chronił Luwr mimo nakazu, by konfiskować wszelkie dzieła, które niegdyś „mogły należeć do Żydów i stały się niczyje".

„Frankofonia" została zrobiona na zlecenie dyrekcji Luwru. Francuzi zaprosili do współpracy Sokurowa znając jego twórczość, zwłaszcza nakręconą w Ermitażu „Rosyjską arkę". Powstał film na swój sposób ciekawy: o zderzeniu sztuki i polityki, o wartości, jaką niesie dzieło artystyczne. Ale jednocześnie ta opowieść jest potwornie pretensjonalna. Komentarz chwilami przypomina czytankę ze szkolnego podręcznika. Sokurow bombarduje widza banałami o przeszłości i przyszłości świata. A nad wszystkim unosi się rosyjska dusza: Francuzom nawet Niemiec pomagał uratować skarby kultury, zaś wykrwawiona Rosja, która Europę wyzwoliła, musiała walczyć do upadłego o skarby Ermitażu. A Europa i tak się od niej odwraca. Mieszanka tego kompleksu, patetyczności i morza komunałów dość skutecznie przykrywa ciekawą historię Jaujarda i Metternicha. O ile skromniej i bardziej dosadnie brzmi na Lido głos Sergieja Łoźnicy, który w „Wydarzeniu" na podstawie materiałów archiwalnych, nieznanych kronik i zdjęć odtwarza atmosferę sierpnia 1991 roku, gdy – w odpowiedzi na pucz moskiewski i próbę przejęcia władzy przez twardogłowych liderów KPZR z Janajewem na czele - tysiące ludzi wyległo na ulice Leningradu broniąc świeżej demokracji. W swoim filmie, podobnie jak przedtem w „Majdanie", Łoźnica pokazał zwyczajnych Rosjan. Ich determinację. Tłum, który staje się jednością. Bohaterem. Reżyser wyłowił z taśm i nagrań fragmenty przemówień, rozmów. Pojedyncze zdania, sztandar, na którym ktoś napisał: „Mój od dawna cierpiący narodzie, nie daj się oszukiwać". Ale i groźną ciszę, gdy ludzie solidarnie wznoszą w górę zaciśnięte pięści. Pokazał twarze. Głównie młode, ale nie tylko. W „Zdarzeniu", podobnie jak w „Majdanie", Łoźnica niczego nie inscenizuje, nie udaje. Robi film najprostszymi środkami, bez wielkich słów. Pokazuje siłę ludzi. Ich tęsknotę za wolnością, demokracją. Tak naprawdę to on przybliża Rosję do Europy. Widz wie, co zdarzyło się później. Ale w „Zdarzeniu" widzi, czuje duszę drzemiącą w rosyjskim narodzie.

Szkoda, że nie ma tym festiwalu filmu Nikity Michałkowa, gorącego zwolennika Putina i idei wielkiej Rosji. Mieszanka twórczości tych trzech twórców byłaby iście niebywała.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA