fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Harvey Weinstein. Upadek filmowego półboga

AFP
W rękach Harveya Weinsteina wszystko zamieniało się w złoto. Filmy produkowane w jego studiach dostały 300 nominacji do Oscara i 80 statuetek. Z powodu seksafery spadł z hukiem z piedestału, jak nikt dotąd w Hollywood.

Harvey Weinstein został wyrzucony z własnej firmy The Weinstein Company. Taką decyzję podjął zarząd firmy, gdy hollywoodzki gigant nie przyjął jego wcześniejszych propozycji, by sam zrezygnował ze stanowiska prezesa i otrzymał olbrzymią odprawę.

Kilka dni później wykluczyła go ze swoich szeregów Amerykańska Akademia Filmowa. Dyskusja na posiedzeniu 54-osobowego zarządu Akademii trwała trzy godziny. Decyzja została podjęta niemal jednogłośnie. Prezydent Francji Emmanuel Macron wystąpił o odebranie Weinsteinowi Legii Honorowej. Szefowa brytyjskiego rządu Theresa May stwierdziła, że producent nie jest godny posiadania Orderu Imperium Brytyjskiego. Na koniec jeszcze wystawiła Weinsteinowi z domu walizki żona Georgina Chapman, matka dwójki jego dzieci.

Jednego z najpotężniejszych hollywoodzkich producentów w jednej chwili pogrzebał artykuł, który 5 października ukazał się w „New York Timesie". Jego autorki Jodi Kantor i Megan Twohey ujawniły, że Harvey Weinstein przez 30 lat molestował seksualnie kobiety – swoje współpracownice ze studia, dziewczyny, które chciały zrobić karierę aktorską, a nawet młode gwiazdy. Były ich dziesiątki. Teraz, gdy ktoś pierwszy raz powiedział o tym głośno, codziennie przybywają nowe nazwiska. Tak naprawdę dziennikarki „NYT" napisały tylko to, co dotychczas było tajemnicą poliszynela: o seksualnych zapędach Weinsteina wiedzieli wszyscy. Tylko milczeli.

Bo wielki, zwalisty producent jeszcze trzy tygodnie temu był potęgą. Zdawałoby się – nie do ruszenia. Przyjaźnił się z Obamami, których starsza córka Malia odbywała w jego firmie staż. Wspierał kampanię prezydencką Hillary Clinton, był dobroczyńcą demokratów: sam przeznaczył na ich kampanię 750 tysięcy dolarów, drugie tyle zebrał. Sponsorował Amerykańskie Stowarzyszenie Planowania Rodziny i ufundował katedrę studiów feministycznych na Rutgers University.

Ale przede wszystkim trząsł amerykańskim kinem. I cokolwiek byśmy dzisiaj o nim mówili, zmienił oblicze Hollywoodu. Miał znakomity filmowy gust i udowodnił, że można odnieść olbrzymie sukcesy, nie proponując kina „dla średnio rozwiniętych czternastolatków".

Producent rockowych koncertów

Harvey Weinstein urodził się w 1952 roku w Nowym Jorku w żydowskiej rodzinie. Jego ojciec był szlifierzem diamentów. Harvey skończył szkołę średnią w Nowym Jorku, potem studiował na niedalekim Buffalo University, gdzie zresztą w 2000 roku jako słynnemu absolwentowi przyznano mu honorowy doktorat z nauk humanistycznych.

W latach 70. Weinstein razem ze swoim młodszym bratem Bobem i przyjacielem Corkym Burgerem produkował w Buffalo koncerty rockowe. Ale obaj bracia od dziecka kochali kino. I w 1979 roku, korzystając z pieniędzy zarobionych na muzyce, założyli małą firmę produkcyjno-dystrybucyjną Miramax, której nazwa pochodziła od imion ich rodziców – Miriam i Maxa.

Początkowo wprowadzali na ekrany filmy muzyczne i zapisy koncertów, na przykład „Rockshow" Paula McCartneya. Ale konsekwentnie pięli się w górę. Ich pierwszym poważnym sukcesem okazał się dokument Errola Morrisa „The Thin Blue Line" zrobiony w obronie Randalla Adamsa, skazanego na podstawie wątpliwych dowodów na śmierć za zamordowanie policjanta. W 1989 roku Weinsteinowie znów rewelacyjnie obstawili, firmując „Seks, kłamstwa i kasety wideo" i wprowadzając do kina jednego z dzisiejszych tuzów Stevena Soderbergha. Obrazem tym 26-letni debiutant zdobył jedną z najbardziej prestiżowych nagród świata – canneńską Złotą Palmę. I to był początek wielkich sukcesów Miramaxu.

Weinsteinowie dokonali cudu: przełamali hegemonię wielkich hollywoodzkich studiów, specjalizując się w produkcji i dystrybucji ambitnego kina niezależnego. Po dekadzie – nie żerując na łatwych, popularnych tematach, nie wprowadzając na ekran bohaterów komiksów, nie sięgając po efekty specjalne – byli już potęgą.

Na liście najważniejszych osiągnięć kompanii znalazły się takie tytuły, jak „Wściekłe psy" i „Pulp Fiction" Quentina Tarantino, „Fortepian" Jane Campion, „Sprzedawcy" Kevina Smitha, „Trainspotting" Danny'ego Boyle'a, „Angielski pacjent" Anthony'ego Minghelli. Weinsteinowie byli też koproducentem „Zwiąż mnie!" Pedro Almodovara. A symbolem sukcesu Miramaxu stał się „Zakochany Szekspir". Kostiumowy dramat Johna Maddena w 1999 roku dostał 13 nominacji Oscara, z których aż siedem zamieniło się w statuetki.

Bracia Weinstein stali się legendą. Rządzili światem kina. Z klasą. Z niezależnych, często niełatwych produkcji robili wydarzenia. Ze swoimi tytułami królowali na wyrafinowanym festiwalu canneńskim. Pamiętam, jak robiłam tam przed laty wywiady do jednego z ich filmów i zostałam zaproszona na bankiet Miramaxu. Różnił się od innych, nawet bardzo hucznych, festiwalowych przyjęć. Kilkaset osób, a jednak wszystko odbywało się przy kolacyjnych stołach. Bez VIP roomów. Gwiazdy siedziały tuż obok i, przyznaję, większą ich liczbę na metr kwadratowy można chyba było zobaczyć tylko na wręczeniu Oscarów i Złotych Globów. A nad całym tym zgiełkiem górował wielki, barczysty facet w czarnym smokingu. Ten sam, który przez lata organizował w Cannes pokazy dla dziennikarzy, prezentując zbliżające się premiery filmów swojej firmy. Tłok na tych projekcjach był ogromny, bo jaki krytyk nie chciał obejrzeć po dziesięć minut świeżo podmontowanych obrazów Tarantino, Scorsese czy Kevina Smitha?

Harvey Nożycoręki

Owszem, reżyserzy czasem na Weinsteinów narzekali. Bo im bracia byli silniejsi, tym bardziej Harvey wtrącał się do filmów. Zyskał nawet przydomek „Nożycoręki". Robił próbne pokazy, zmieniał, ciął. Nie tylko obrazy przez Miramax produkowane, ale także te, które brał do dystrybucji.

Krążyła nawet po Hollywoodzie opowieść, jak to Weinstein miał wprowadzić na amerykańskie ekrany „Księżniczkę Mononoke" Hayao Miyazakiego. Producent filmu wysłał mu samurajski miecz i napisał: „Żadnych cięć". Sam reżyser spotkał się z Weinsteinem w Nowym Jorku. Szef Miramaxu rzeczywiście żądał zmian. Miyazaki nie ustąpił. Ale wielu twórców ulegało.

Jeszcze w 1993 roku, gdy Miramax zaczął zdobywać silną pozycję, Weinsteinowie sprzedali go za 80 mln dolarów Disneyowi, zapewniając sobie w kontrakcie prawo do kierowania firmą. Jednak w roku 2005 ogłosili, że całkiem opuszczają Miramax i zakładają The Weinstein Company. Firma w ciągu ostatnich 12 lat dystrybuowała kilkaset filmów, wyprodukowała lub współprodukowała kilkadziesiąt, łącznie z wielkim przebojem „Władca pierścieni".

Dzisiaj członkowie zarządu zastanawiają się nad przyszłością TWC. Nie są pewni, jak będą wyglądały roszczenia poszkodowanych, jak zareagują inwestorzy. Czy wystarczy zmiana nazwy firmy? Czy kompania jest skazana na obumarcie? Na razie Bob Weinstein wydał oświadczenie: „Współpracujące z nami banki, partnerzy i udziałowcy okazują kompanii wsparcie. Nieprawdziwe są informacje, jakoby zarząd rozważał sprzedaż lub zamknięcie firmy". Ale co będzie dalej?

Na razie afera rozprzestrzenia się, zataczając coraz szersze kręgi.

„Dwie dekady temu producent Harvey Weinstein zaprosił Ashley Judd do hotelu Peninsula Beverly Hills. Aktorka sądziła, że będzie to śniadanie biznesowe, jednak z restauracji została odesłana do pokoju, gdzie producent czekał na nią w szlafroku. Poprosił, żeby zrobiła mu masaż i patrzyła, jak bierze prysznic" – tak zaczynał się artykuł Jodi Kantor i Megan Twohey w „The New York Times".

Takich historii było kilkanaście. Młode aktorki były zapraszane przez Weinsteina na spotkanie do hotelu, potem „przekierowywane" do jego pokoju, gdzie dostawały niedwuznaczne propozycje: masażu, kąpieli, spędzenia wspólnej nocy. Weinstein obmacywał im piersi, wkładał rękę pod sukienki, na ich się oczach masturbował.

Swoje przeszły też pracownice firmy. Jedna z nich napisała w dzienniku: „Mam 28 lat, próbuję zarobić na życie i zbudować karierę. Harvey Weinstein jest 64-letnim, słynnym na całym świecie mężczyzną i ta firma należy do niego. Równowaga sił wygląda tak: ja – 0, on – 10". Była przez szefa molestowana, przyznała również, że do jej służbowych obowiązków należały rozmowy „castingowe" z kobietami, które wychodziły z jego gabinetu.

Po artykule w „New York Timesie" zaczęły się ujawniać kolejne ofiary. W „New Yorkerze" ukazał się tekst napisany przez Ronana Farrowa, zresztą syna Mii. Jeszcze groźniejszy. Farrow wysłuchał zwierzeń kolejnych kilkunastu kobiet. Trzy z nich, wśród nich znana z filmów Tarantino, De Palmy czy Rodrigueza Rose MacGowan, mówiły już nie o molestowaniu, lecz o gwałcie. Dziś śledztwo w tej sprawie prowadzi policja.

Na odwagę zebrały się gwiazdy. Kate Beckinsale, Cara Delevingne, Lea Seydoux – śliczna Francuzka, która z „Życia Adeli" Abdellatifa Kechiche'a trafiła do Bonda. I jakby tego było mało, do chóru oskarżycielek dołączyła jedna z największych gwiazd współczesnego kina Angelina Jolie, wyznając, że też we wczesnej młodości miała z Weinsteinem trudne doświadczenie.

Codziennie w internecie pojawiają się nowe tweety i wpisy na blogach. Sarah Polley zrelacjonowała swoje spotkanie z Weinsteinem z detalami: „Miałam 19 lat, grałam główną rolę w filmie »Ginewra« produkowanym przez Miramax. Nagle, w czasie zdjęć, specjalistka od reklamy powiedziała, że za 20 minut mamy się stawić w biurze Harveya Weinsteina. »Skończyliśmy?« – spytałam. »Nie, ale Harvey chce cię widzieć« – odpowiedziała". Wizyta była taka jak zapewne wiele innych. Weinstein, w obecności rzeczniczki prasowej filmu i jednego ze swoich współpracowników, bez żadnego skrępowania powiedział Polley, że kilka lat wcześniej w tym samym fotelu co ona siedziała inna, starsza od niej aktorka. Miał z nią „bliskie relacje", dzięki czemu zagrała wiele wspaniałych ról i zdobyła znaczące nagrody. Zaproponował młodziutkiej dziewczynie podobny układ. Odpowiedziała, że nie ma aż tak wielkich ambicji. Potem stanęła za kamerą jako reżyserka, ale trzeba przyznać, że wielkiego aktorskiego sukcesu, mimo talentu, nie odniosła. Mira Sorvino, która też namowom Weinsteina nie uległa, przyznała, że jej kariera mocno potem zwolniła.

A sam Weinstein? To zaprzecza, to walczy, to zapowiada, że podważy decyzję rady TWC o wyrzuceniu go z firmy, to przyznaje się do romansów, ale nie gwałtów, to mówi o leczeniu i przyznaje rację żonie, która go wyrzuciła z domu, dodając zresztą, że ma nadzieję, iż kiedyś jeszcze się zejdą. Ale nie ulega wątpliwości, że potęga hollywoodzkiego giganta pękła jak przekłuty balon. Zakłamanie w całej sytuacji polega na tym, że to święte oburzenie wybuchło po 30 (!) latach uprawiania przez producenta jego procederu. Że wszyscy o nim wiedzieli, tylko nikt głośno nie mówił. Gwyneth Paltrow, która teraz oficjalnie przyznaje, że była przez Weinsteina molestowana, w 2001 roku pytana przez dziennikarza „New York Timesa" o stosunek producenta do kobiet, rzuciła wymijająco: „Myślę, że w odpowiedzi na każdą opowieść, w której Harvey będzie przedstawiany jako demon, znajdzie pan kilka innych, w których będzie się jawił jako świetny facet. Ludzie są skomplikowani. Nikt nie jest ani dobry, ani zły".

Wiedzieli i milczeli

Kobiety często bały się mówić. Urodzona w Rzymie Asia Argento, bohaterka m.in. filmów Sofii Coppoli czy Bertranda Bonello, stwierdziła expressis verbis: „Przez lata milczałam, bo bałam się, że mnie zniszczy".

Przede wszystkim jednak Weinstein nie był chłopczykiem, który molestował dziewczynki w samotni na skraju lasu. Żył w centrum świata filmowego, fotografował się na ściankach, brylował na festiwalach i przyjęciach. Z żoną mieszkał w Nowym Jorku, kobiety przyjmował w luksusowych hotelach Peninsula Beverly Hills, Savoy w Londynie, Hôtel du Cap-Eden-Roc w Antibes koło Cannes czy Stein Eriksen Lodge podczas festiwalu Sundance. I pracował na niego cały sztab ludzi. Życzliwi naganiacze, którzy podstawiali mu młode modelki i aktorki, nie tylko zresztą Amerykanki. I prawnicy, którzy negocjowali potem z kobietami sumy mające zamknąć im usta. Kwoty nie byle jakie, bo sięgające nawet 100 tysięcy dolarów. Adwokaci zresztą byli profesjonalistami: kobiety pieniądze dostawały, ale podpisywały klauzulę, że nie oznacza to przyznania się producenta do winy.

Była też cała armia ludzi zatrudnionych w TWC i przyglądających się temu procederowi z bliska. Wszyscy mieli w kontrakcie punkt, że nie będą krytykować liderów firmy ani udzielać komukolwiek informacji, które mogłyby szkodzić „reputacji biznesu" lub „osobistej reputacji ludzi pracujących w firmie". Jak się okazało, także tutaj były osoby, które przyjęły finansowe zadośćuczynienie za zachowanie milczenia na temat tego, co przeżyły lub widziały.

A wreszcie, na koniec, nie oszukujmy się: o tym, że Weinstein lubił piękne kobiety, wiedziało całe środowisko. Na każdym festiwalu pokazywał się z młodymi aktoreczkami. Niektóre oczywiście były zachwycone i z entuzjazmem chodziły z nim na charytatywne canneńskie przyjęcia Amfaru, gdzie wstęp kosztował 30 tysięcy dolarów, i fotografowały się ze „swoim chłopakiem" na czerwonym dywanie. Ale plotki o molestowaniu przez Weinsteina młodych dziewczyn też zawsze krążyły.

Są oczywiście gwiazdy zasłaniające się dziś niewiedzą. Meryl Streep, która podczas uroczystości wręczenia Oscarów wielokrotnie dziękowała Weinsteinowi, a kiedyś wręcz nazwała go bogiem, dziś odcina się od niego, mówiąc, że o niczym nie miała pojęcia.

Niemoralna fabryka snów

Bo na Hollywood padł strach. Nie chodzi już tylko o Weinsteina. Ameryka trudno wybacza amoralność. Nie przez przypadek to w tym kraju powstał prawie przed wiekiem Kodeks Haysa. Był reakcją na rozwiązłość, jaka zapanowała w Fabryce Snów, gdy w dość purytańskim kraju w latach 20. poprzedniego wieku na ekranie piękności kąpały się półnagie w pianie, a Mae West mówiła: „Nie liczą się mężczyźni w moim życiu, liczy się życie w moich mężczyznach". Ale też na falę przestępstw w Los Angeles. W 1921 roku o gwałt i morderstwo został oskarżony popularny komik Roscoe „Fatty" Arbuckle. Rok później w niewyjaśnionych okolicznościach życie stracił William Desmond Taylor. Jednocześnie opisywano skandale narkotykowe i alkoholowe aktorów – Wallace'a Reida i Jacka Pickforda, którego żona zmarła otruta w niewyjaśnionych okolicznościach.

A w listopadzie 1924 roku na jachcie „Oneida" należącym do prasowego magnata Williama Randolpha Hearsta zginął reżyser Thomas Ince. Rygorystyczny kodeks, który wówczas powstał i dokładnie określał, co można pokazywać na ekranie, a czego nie, był odpowiedzią na bojkot, jaki Amerykanie zgotowali przemysłowi filmowemu. Dziś wydaje się, że choć świat poszedł naprzód i coraz mniej się dziwi, cierpliwość Amerykanów też się wyczerpuje. Nie wszystkie afery daje się wyciszyć.

Kilka lat temu Corey Feldman, który jako dziecięca gwiazda zagrał m.in w filmach „Gremliny rozrabiają", „Wojownicze żółwie ninja", „Goonies" czy „The Lost Boys", w swojej książce oskarżył Hollywood o pedofilię. Napisał o „kanapach do castingu", na których lądowały nie tylko pełnoletnie aktoreczki, ale też dzieci. Przy okazji przypominano fragment dzienników Shirley Temple, która pisała, że mając 11 lat, przyszła z matką do szefa MGM Louisa Mayera. Ten zabrał gdzieś Gertrudę, a mała „ulubienica Ameryki" została zaprowadzona do gabinetu Arthura Freeda, producenta „Czarownika z Oz", który nagle obnażył się, pokazując dziewczynce penisa. Shirley zaczęła się histerycznie śmiać, co Freeda oburzyło. Wyrzucił ją z pokoju.

Inna afera skończyła karierę Billa Cosby'ego. Okazało się, że popularny komik całymi latami podawał kobietom środki nasenne, żeby uprawiać z nimi seks. Zaczęło się dziesięć lat temu od oskarżenia pewnej menedżerki kobiecej drużyny koszykówki, po czym o podobnych doświadczeniach z gwiazdorem opowiedziało kilkanaście innych kobiet. W 2014 roku Netflix nie zdecydował się na emitowanie nowego stand-upu Cosby'ego, TV Land odwołało powtórki „The Cosby Show", a NBC odstąpiło od przygotowywania nowego sitcomu gwiazdora.

Afery towarzyszą też zdobywcom Oscarów. Mel Gibson znęcał się fizycznie i psychicznie nad żoną, matką swojego dziecka. Caseya Afflecka uhonorowanego statuetką za rolę w znakomitym filmie „Manchester by the Sea" dwie kobiety, polska operatorka Magdalena Górka i producentka Amanda White, oskarżyły o agresywne molestowanie seksualne podczas kręcenia filmu „Joaquin Phoenix. Jestem, jaki jestem". Została wówczas zawarta ugoda, ale wpisy obu pań można do dzisiaj znaleźć w internecie.

BBC przypomina też listę menedżerów show-biznesu, którzy ostatnio zostali zwolnieni z pracy w związku z oskarżeniami o molestowanie; są wśród nich m.in. Roger Ailes, Bill O'Reilly i Eric Bolling z Fox News. Wszyscy, jak twierdzą, zostali skrzywdzeni i posądzeni o niegodne czyny niesłusznie.

Komik John Oliver powiedział ostatnio o Akademii: „Grupa, której aktualnymi członkami są Roman Polański, Bill Cosby i Mel Gibson, znalazła jednego faceta, który traktował źle kobiety, i go wyrzuciła. Gratulacje, Hollywood. Do zobaczenia na następnych Oscarach, gdzie (co jest prawdą) Casey Affleck wręczy nagrodę najlepszej aktorce".

Obecna afera Weinsteina już uruchamia kolejną lawinę. Na Facebooku kobiety zaczęły akcję #metoo. W ciągu kilku pierwszych godzin pojawiło się tam 30 tysięcy wpisów. Ujawniają się też aktorki. Z całego świata. Kilka dni temu Björk ogłosiła, że była molestowana przez duńskiego reżysera, w którego filmie grała. Chodziło oczywiście o Larsa von Triera – za rolę w jego „Tańcząc w ciemnościach" islandzka piosenkarka dostała nagrodę aktorską w Cannes. Zapewne to wierzchołek góry lodowej.

Niewiele osób ujmuje się za mężczyznami. Donna Karan, która wstawiła się za Weinsteinem, spotkała się z ogromnym hejtem. Wiele kobiet napisało w sieci, że przestają kupować projektowane przez nią ubrania.

Podobne protesty wzbudziła wypowiedź Woody'ego Allena, który w wywiadzie dla BBC w ostatnią niedzielę dał wyraz swojemu przekonaniu, że sprawa, która wstrząsnęła filmowym światem, ma wiele obliczy. To według niego tragedia molestowanych kobiet, ale też samego Weinsteina, który musi być człowiekiem chorym. Sam Allen miał przecież w życiu moment, gdy odpierał zarzuty o molestowanie własnej córki, adoptowanej razem z Mią Farrow. Twórca „Manhattanu" przestrzegł, żeby nie doszło do „polowania na czarownice". Żeby – jak powiedział – „każdy facet, który w biurze spojrzy na kobietę, nie musiał natychmiast dzwonić do swojego adwokata".

Ale fakt pozostaje faktem: zbyt często kobiety (a może nie tylko one) są w przemyśle filmowym traktowane przedmiotowo. Takie przypadki zdarzają się zapewne i w innych branżach, ale tu są wyjątkowo widoczne. Także dlatego, że kino żywi się młodością, seksem, stale potrzebuje dopływu nowych gwiazd. Ma otoczkę glamouru, stwarza okazje. Nie oszukujmy się: w świecie show-biznesu niemało jest kandydatek do sławy „gotowych na wszystko". Fanek jeżdżących za zespołami muzycznymi, dziewczyn kręcących się przy wytwórniach i na festiwalach. Ale to też niczego nie usprawiedliwia. Nie ma moralnej zgody na to, by kobiety były traktowane jak towar, upokarzane i wykorzystywane.

Afera Weinsteina może się stać przełomem. Doda kobietom odwagi w walce o godność. Niewątpliwie zaostrzy społeczne reakcje. Nie przysłuży się ciągnącej się od 40 lat sprawie Romana Polańskiego. Ba, w internecie pojawiają się już wpisy, że następna zemsta kobiet dosięgnie Donalda Trumpa, który w nagranej prywatnej rozmowie przechwalał się, że lubi „łapać za cip...". ©?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA