fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Uchodźcy

Azylanci do weryfikacji

Imigranci z Afganistanu protestują przeciwko deportacjom do kraju w którymn trwa wojna (na zdjęciu protest w lutym tego roku w Düsseldorfie).
Rzeczpospolita
Na pierwszy ogień pójdzie 100 tysięcy przybyszów. Przed wyborami akcja ma uspokoić nastroje społeczne.

Federalny Urząd ds. Migracji i Uchodźców (BAMF) zapowiedział, że kontrola jest w zasadzie rutynowa i rozpocznie się niebawem, po uporaniu się z zaległościami w przyjmowaniu wniosków azylowych.

Tych jest zaś coraz mniej – w pierwszych czterech miesiącach tego roku było ich nieco ponad 76 tys. przy spadającym trendzie. Oznacza to, że w tym roku imigrantów będzie znacznie mniej niż w poprzednich dwu latach. Takie informacje wpływają kojąco na opinię publiczną, co przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu ma pozytywny wpływ na notowania obozu politycznego kanclerz Angeli Merkel.

Zapowiedź kontroli azylantów dobrze działa na zwolenników pani kanclerz, gdyż mieści się w ramach zaostrzenia przez nią polityki imigracyjnej. W końcu ci, którzy nie otrzymali azylu, nie powinni korzystać z gościnności Niemiec. Nie tak dawno Bundestag złagodził po raz kolejny kryteria umożliwiające deportację imigrantów, którzy nie uzyskali prawa azylu.

Sama pani kanclerz już wcześniej obiecała Niemcom, że nie będzie powtórki z września 2015 roku, gdy otworzyła granice Niemiec dla tysięcy uchodźców zmierzających z Węgier w kierunku Bawarii.

Bałagan w aktach

Bezpośrednią przyczyną kontroli tysięcy wniosków azylowych są wpadki BAMF, o czym świadczy skandal z udziałem porucznika Bundeswehry Franco A., który przygotowywał zamach na imigrantów. Zaopatrzył się nawet w dokumenty uchodźcy, podając się w jednym z urzędów za przybysza z Syrii szukającego schronienia w Niemczech. W ich zdobyciu nie stał na przeszkodzie nawet fakt, że porucznik nie znał arabskiego. BAMF uznał winę, ale dokonał jeszcze szybkiego sprawdzenia 2 tys. wniosków azylowych Syryjczyków i Afgańczyków.

Okazało się, że w wypadku Syryjczyków nie ma zastrzeżeń do 82 proc postępowań. W grupie Afgańczyków taki odsetek wynosi 54 proc. – Nie znaczy to jednak, że przy dochowaniu wszystkich procedur wynik postępowania byłby inny – broni się BAMF.

W dodatku urząd zmuszony był przyznać, że w wypadku pięciu tysięcy azylantów, których wnioski rozstrzygnął pozytywnie, w aktach brak było np. odcisków palców czy aktualnych fotografii.

Ważniejsze korki

Teraz ma się to zmienić. Zbliża się okres kampanii wyborczej i obie partie koalicji rządowej starają się, aby sprawa imigracji nie stała się głównym tematem, bo mogłyby jedynie stracić wyborców. Imigracja nie była także centralnym tematem w niedawnych wyborach w Nadrenii Północnej Westfalii (NRW), landzie zamieszkałym przez niemal 18 mln ludzi. Ważniejsze okazały się korki na autostradach czy ubóstwo dzieci. Wydawać się to może zdumiewające w landzie, przez który przewinęło ponad 300 tys. uchodźców i imigrantów, a pozostało co najmniej 200 tys.

– NRW jest reprezentatywna dla zachodniej części Niemiec. Mieszkańcy naszego landu mają za sobą dziesiątki lat doświadczeń z imigracją i nie reagują panicznie. W dodatku liczba przybyszów spada – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Thorsten Klute, sekretarz stanu w ministerstwie pracy, integracji i spraw socjalnych NRW.

Jego zdaniem dyskusja na temat imigracji zaczyna skupiać się na tym, jak traktować przybyszów, którzy przez lata mieszkali w Niemczech, i nagle zostają deportowani. Jak w przypadku 20-letniego ucznia w Norymberdze, po którego kilka dni temu przyszła do szkoły policja, aby wysłać go do rodzinnego Afganistanu. W jego obronie stanęło kilkuset uczniów.

Lepiej zapłacić

Po środowym zamachu w Kabulu w pobliżu niemieckiej ambasady, w którym zginęło co najmniej 90 osób, powróciło pytanie, czy nie jest naruszeniem prawa międzynarodowego deportacja osób w rejon konfliktu zbrojnego. Kanclerz Merkel nie ma wątpliwości, że nie powinno to wstrzymać deportacji do Afganistanu. Przybywa stamtąd coraz więcej uchodźców i stanowią w ostatnich miesiącach najliczniejszą po Syryjczykach grupę imigrantów.

Rząd nie przewiduje odstępstw od polityki grupowych wysiedleń. Teoretycznie procedura ta mogłaby objąć nawet 549 tys. osób, których wnioski o azyl zostały odrzucone. Największa grupa, bo aż 77 tys. pochodzi z Turcji , 68 tys. z Kosowa, a 50 tys . z Serbii. Do tego dochodzi prawie 170 tys. imigrantów na tzw. duldungu, czyli osób, które nie mają azylu, ale ich obecność jest w Niemczech tolerowana.

Ze względów proceduralnych i politycznych wszystko idzie jednak jak po grudzie. Bez problemów można jedynie deportować imigrantów kryminalistów, co przypomniała w środę pani kanclerz. Pozostałym lepiej zapłacić. Jest wiele programów, które oferują finansowe wsparcie dla tych, którzy zgodzą się na dobrowolny powrót. Wysłanie w ten sposób 2,3 tys. Afgańczyków do ojczyzny kosztowało w roku ubiegłym ponad 40 mln euro.

– Taka polityka sprawia, że obywatele nie postrzegają imigracji jako podstawowego problemu – mówi „Rz" Jochen Stadt, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Przy tym – jak wynika z badań Fundacji Bertelsmanna – niemiecka Willkommenskultur (kultura gościnności) uległa zasadniczej zmianie. Dwa lata temu 51 proc. badanych twierdziło, że Niemcy powinny przyjąć więcej uchodźców z przyczyn humanitarnych. Wiosną tego roku 37 proc. Niemców twierdzi, że Niemcy powinny przyjąć więcej uchodźców. zaś 54 proc. uważa, że została osiągnięta granica możliwości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA