fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ubezpieczenia

Każdy chce zarobić na PPK

123RF
Nawet 15–30 zł – takiej „prowizji" za każdego pracownika, potencjalnego uczestnika PPK, żądają pośrednicy od instytucji, które chcą zarządzać PPK.

Pracownicze plany kapitałowe to ogromne pieniądze. Rząd liczy, że co roku będzie do nich wpływać co najmniej kilkanaście miliardów złotych. Dlatego kolejka chętnych, którzy chcą na tym zarobić, stale się wydłuża. Ustawiają się w niej, co oczywiste, instytucje, które chcą zarządzać kapitałami gromadzonymi w tym systemie. Na pieniądze z PPK liczy giełda.

Uszczknąć coś dla siebie próbują też mniejsi gracze. Choćby firmy informatyczne. Oferują one przedsiębiorstwom, które będą uruchamiać u siebie pracownicze plany kapitałowe, programy do ich obsługi. Dzięki nim nawet duża firma ma sobie w ciągu zaledwie kilku dni poradzić z wciągnięciem pracowników do systemu PPK. Ale docierają do nas także niepokojące sygnały związane z PPK.

„Prowizja" za wybór

PPK ma udostępnić swoim pracownikom większość firm w Polsce. Będą musiały wybrać instytucje finansowe, które zajmą się zarządzaniem pieniędzmi pracowników. Rolę instytucji zarządzającej będzie mogło pełnić towarzystwo funduszy inwestycyjnych, zakład ubezpieczeń na życie czy towarzystwo emerytalne, które zwykle będą to robić za pośrednictwem swoich TFI. W pierwszej kolejności, w połowie roku, PPK muszą u siebie uruchomić największe firmy, które zatrudniają co najmniej 250 osób. To prawie 3600 przedsiębiorstw, w których pracuje łącznie 3,1 mln osób. W kolejnych krokach do PPK stopniowo włączane będą coraz mniejsze firmy i instytucje.

Te największe już przystąpiły do poszukiwań instytucji, które zajmą się zarządzaniem pieniędzmi, inwestując je w akcje czy obligacje. Powinny to robić w porozumieniu ze związkami zawodowymi lub, jeśli związków nie ma, z reprezentacją pracowników.

– Część firm zleca te poszukiwania na zewnątrz, głównie brokerom ubezpieczeniowym i kancelariom prawnym – mówi, zastrzegając anonimowość, osoba dobrze znająca problematykę PPK i rynku inwestycyjnego. – Brokerzy urządzają coś na kształt przetargów. Żądają od 15 do 30 zł „prowizji" za każdego pracownika, potencjalnego uczestnika PPK. Wybór na instytucję zarządzającą oferują temu, kto da więcej – mówi nasz informator. – Z usług działających w ten sposób brokerów korzystają nawet wielkie firmy, z pierwszych stron gazet, które zatrudniają dziesiątki tysięcy osób – dodaje.

W takich przypadkach „prowizja" za wybór na instytucję zarządzającą sięga kilkuset tysięcy złotych. Nasz informator twierdzi, że pieniędzmi brokerzy dzielą się z osobami, które zlecają wyszukanie instytucji zarządzającej. Wpłacane są one na konta powiązanych z nimi spółek, zwykle jako zapłata za fikcyjne usługi. Broker otrzymuje też oczywiście oficjalną zapłatę od firmy, która zleciła mu wybór instytucji zarządzającej.

To łamanie prawa

– To wszystko jest sprzeczne z założeniami ustawy o PPK. Zgodnie z nią dobrem nadrzędnym ma być interes pracownika, który wchodzi do tego systemu. Przy wyborze instytucji finansowej, która będzie zarządzać pieniędzmi gromadzonymi w PPK, pracodawca powinien więc brać pod uwagę jej doświadczenie, efektywność, wielkość i bezpieczeństwo, które zapewnia swoim klientom. Tymczasem decyduje wysokość „prowizji", którą potencjalny zarządzający gotów jest zapłacić – tłumaczy nasz informator.

Przekonuje też, że dochodzi tu do złamania prawa, bo brokerzy ubezpieczeniowi występują w tym przypadku w charakterze doradców inwestycyjnych, a takich uprawnień nie mają. – Problem będzie narastał. Stopniowo do PPK przystępować będą coraz mniejsze firmy, które mają mniej doświadczenia w wyborze współpracujących z nimi instytucji finansowych albo w ogóle go nie mają. Dlatego częściej będą próbowały szukać pośrednictwa przy wyborze instytucji zarządzających PPK – tłumaczy nasz rozmówca.

– Znam takie przypadki wyboru instytucji zarządzających PPK. Znam stawki „prowizji" za taki wybór – mówi Marcin Wojewódka, wiceprezes Instytutu Emerytalnego. – Moim zdaniem mamy tu do czynienia z łamaniem prawa.

Tłumaczy, że nie chodzi tu nawet o same „prowizje". – Broker to instytucja rynku ubezpieczeniowego. Od zakładów ubezpieczeń, które reprezentuje, pobiera wynagrodzenie za przyprowadzenie, obsługę i utrzymanie klienta. Nie ma uprawnień do prowadzenia doradztwa inwestycyjnego. Organizowanie przez niego przetargów związanych z wyborem instytucji zarządzającej PPK, wyznaczanie kryteriów takiego wyboru jest więc działaniem nielegalnym – przekonuje Marcin Wojewódka.

– Zwracamy uwagę na różne przypadki nieprawidłowości w działaniach brokerów. Dotychczas nie dotarły do nas żadne sygnały o ewentualnych nadużyciach w związku z PPK – zapewnia Marcin Karpiński, dyrektor generalny Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

– Osobiście nie słyszałem o takich przypadkach – mówi Michał Witkowski, dyrektor do spraw komunikacji w Polskim Funduszu Rozwoju, który pilotował prace nad PPK, a teraz dba o jego sprawne wdrożenie i promocję. Prosi o czas na zbadanie sprawy i przygotowanie stanowiska PFR. Do chwili zamknięcia tego wydania „Rzeczpospolitej" stanowiska jednak nie było.

Na nasze pytania o wątpliwe praktyki związane z PPK nie odpowiedziała też Komisja Nadzoru Finansowego, która ma nadzorować cały system.

Jak będą działać plany

Niemal każdy pracodawca (wyjątki są nieliczne) będzie musiał zaoferować swoim pracownikom możliwość udziału w PPK. Dotyczy to nie tylko osób zatrudnionych na umowę o pracę, ale też na umowy zlecenia, jeśli pracodawca odprowadza od nich składki do ZUS. Przepisy wprowadzają przy tym automatyczny zapis pracowników do PPK. Z udziału w programie można jednak zrezygnować. Tak naprawdę więc pracodawca nie będzie pytał pracowników, czy chcą do PPK przystąpić, lecz czy chcą w nim pozostać. Ci, którzy zostaną, co miesiąc będą odkładać w PPK na czas emerytury od 2 proc. do 4 proc. swojej pensji brutto. Pracodawca dołoży im do tego od 1,5 do 4 proc. pensji. Osoby z niskimi zarobkami (poniżej ok. 2,5 tys. zł miesięcznie) zamiast 2 proc. odkładać będą 0,5 proc. pensji. Swoje trzy grosze dorzuci też państwo. Z budżetu wpłaci każdemu oszczędzającemu 250 zł opłaty powitalnej oraz dodatkowo co roku 240 zł. Taki mechanizm oznacza, że pensje pracowników, którzy przystąpią do PPK, będą nieco niższe, zaś koszty ich zatrudnienia po stronie pracodawców nieco wzrosną. Po osiągnięciu wieku emerytalnego oszczędzający będzie mógł wypłacić swoje pieniądze z PPK. Jeśli od razu wypłaci 100 proc. zgromadzonej kwoty, zostanie ona obłożona podatkiem od zysków kapitałowych. Można też będzie jednak wypłacić jednorazowo 25 proc. zgromadzonych oszczędności, natomiast pozostałą kwotę wycofywać w ratach, na przykład przez 10 lat. Rząd ma nadzieję, że do pracowniczych planów kapitałowych przystąpi 8,5 mln z 11 mln pracowników (75 proc.). Zapowiada jednak, że na początku każdy wynik powyżej 5,5 mln uczestników programu uzna za sukces.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA