fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Kiedy artyści stają się marionetkami władzy

„Powrót Tamary” Cezarego Tomaszewskiego na podstawie tekstu Michała Buszewicza. Scena zbiorowa. Premiera 15 sierpnia
materiały prasowe
„Powrót Tamary" przypomina superprodukcję sprzed 30 lat i pominiętą wtedy opowieść o narodzinach faszyzmu.

Premierę w 1990 r. na progu polskiej transformacji oraz kapitalizmu nazwano „peweks teatrem", a i wspierał ją istniejący jeszcze wówczas Pewex, czyli słynne w PRL przedsiębiorstwo eksportu wewnętrznego, oferujące obywatelom socjalistycznego kraju kapitalistyczne dobra za dolary lub bony dolarowe. Wtedy plan Balcerowicza uderzył w hiperinflancję. Upadały zakłady pracy, ale rodziły się też nowe fortuny i firmy.

Bilety za 400 zł

Znany z artystycznych spektakli Jerzego Grzegorzewskiego Teatr Studio, noszący imię Stanisława Ignacego Witkiewicza, zaproponował amerykańską superprodukcję z Los Angeles reklamowaną jako „opowieść filmowa na żywo". Zaprojektowana została przez scenarzystów Johna Krizanca i Richarda Rose'a jako kostiumowy spektakl rozgrywany symultanicznie. Cel był taki, by widz nie siedział w fotelu, tylko poruszał się po teatrze, sam wybierał jeden z wątków przypisanych do postaci, ale jednocześnie mógł w czasie całego wieczoru połączyć wszystkie wątki w jedną historię.

Za superprodukcję odpowiadał dyrektor Waldemar Dąbrowski, późniejszy minister kultury, a dzisiejszy szef Teatru Wielkiego Opery Narodowej, która zawdzięcza mu światowe koprodukcje m.in. z nowojorską Metropolitan Opera. Reżyserował Maciej Wojtyszko, mający na koncie rewelacyjną adaptację „Ferdydurke" w Teatrze Telewizji, również autor „Bromby i innych". Komercyjna produkcja – którą chcieli obejrzeć wszyscy, a nie każdy mógł – kończyła się kolacją przygotowaną przez kucharzy hotelu Holiday Inn. Bilety w przeliczeniu na dzisiejszą siłę nabywczą kosztowały 400 zł.

– Jeśli „Tamara" wprowadzała jakieś zamieszanie w tamtej rzeczywistości, to chyba przede wszystkim przez to, jak projektowała swoją publiczność – mówi Cezary Tomaszewski, choreograf, reżyser i autor „Cezary idzie na wojnę" czy „Turnus mija, a ja niczyja", łączący wyrafinowane klasyczne formy muzyczne z kulturą masową. – Dotąd domyślnym widzem polskiego teatru był inteligent. Pomysłodawcy i twórcy „Tamary" wyobrażali zaś sobie swoich widzów już jako przedstawicieli klasy średniej, jako mieszczan. Wynikały z tego zabawne nieporozumienia, bo ci wymarzeni mieszczanie najzwyczajniej w świecie jeszcze nie zdążyli się narodzić. W efekcie spektakl oglądali inteligenci i oceniali go po inteligencku. Widać to wyraźnie w relacjach z „Tamary". Mocno pracujemy z tymi wątkami w naszym przedstawieniu.

Reżyser podkreśla, że w ocenach teatru zbyt prosto buduje się opozycje.

– To, co popularne, nie musi być pozbawione intencji krytycznej czy przynajmniej analitycznej – podkreśla. – To skądinąd rzeczy bodaj najciekawsze we współczesnej kulturze: te, w których popularny język, flirtujący z kulturą masową, zostaje wykorzystany do przetransportowania bardziej skomplikowanych, niekiedy krytycznych treści. Niedawno zrobiłem we Wrocławiu spektakl, w którym głównym bohaterem uczyniłem gwiazdę internetu Gracjana Roztockiego. Czy to rozrywka? Tak. Czy wyłącznie? Mam nadzieję, że nie.

Twórca i ofiara faszyzmu

Z dzisiejszej perspektywy najbardziej frapujące jest to, że kostium amerykańskiej produkcji z tytułową bohaterką malarką Tamarą Łempicką, połączony z opowieścią o Gabriele D'Annunziu – włoskim artyście, polityku, ekscentryku i don juanie – był traktowany raczej jako historyczna dekoracja.

Mało kto po upadku komunizmu zastanawiał się, czym może być faszyzm współcześnie, tym bardziej w Polsce. Tymczasem po trzech dekadach taka refleksja nie jest pozbawiona sensu. Nacjonalizmy się odradzają, nawet u nas funkcjonują organizacje odwołujące się do nazizmu.

Lepiej też rozumiemy, jak z poczucia wielkiej wolności, którą dał narodom koniec I wojny światowej, nieoczekiwanie zrodziła się myśl, że wolność może być nieznośnym ciężarem, od którego uwalnia autorytaryzm i totalitaryzm. Z przerażeniem można zauważyć, że lekcja historii okupiona dziesiątkami milionów ofiar na niektórych nie robi żadnego wrażenia.

Ten wątek jest obecny w scenariuszu Michała Buszewicza, autora m.in. nagradzanych „Kowbojów" (o sytuacji w polskim szkolnictwie pokazanej przez pryzmat Dzikiego Zachodu). Mamy 1919 r. Gabriele D'Annunzio wraz z weteranami pierwszej wojny światowej zajął Rijekę i na niewiele ponad rok powołuje niezależną Regencję Carnaro, odpowiadając na aspiracje Włochów do tego regionu. Wpuszczają żołnierza-poetę do miasta i nazywają go swoim Il Comendante.

Wolne miasto Fiume staje się państwem, którego konstytucja zakłada organizację życia społecznego przez muzykę. Dni rozpoczynają się odczytami poezji z balkonu. Mieszkańcy sami siebie nazywają piratami, a co za tym idzie w modę wchodzą czarne koszule z trupimi czaszkami.

– D'Annunzio nie tyle dał się uwieść faszyzmowi, ile faszyzm wymyślił – mówi Cezary Tomaszewski. – A mówiąc ściślej: wymyślił język, cały symboliczny kod, którym później posłużył się Mussolini. Przemówienia z balkonów, czarne koszule, przejęte od piratów trupie czaszki na mundurach – to wszystko wynalazki z republiki Fiume, proklamowanej przez D'Annunzia w Rijece tuż po I wojnie. Ta historia jest raczej przestrogą niż wzorem do naśladowania: D'Annunzio, gdy go spotykamy w 1927 r., wiedzie światowe życie na koszt reżimu, równocześnie stać go tylko na wspominanie przeszłości i dość nieudolne próby ożywienia własnej męskości. Jego romans z władzą nie daje mu nic poza luksusem.

Tekst Buszewicza zderza więc fantazję państwa artystów w zajętej przez Gabriele D'Annunzio Rijece/Fiume z późniejszym upadkiem wolnościowych wizji, które zakończył faszyzm Mussoliniego.

– Myślę, że odnaleźliśmy w tym temacie wątki mocno rymujące się z aktualną sytuacją w Polsce – mówi reżyser. – Nasz spektakl jest bardzo gorzki, to opowieść o kresie złudzeń, o świecie, w którym rodzi się faszyzm, a wielki artysta okazuje się po części kolaborantem, po części kabotynem, a po części rozczarowanym loserem, który wie, że na nic już nie ma wpływu.

Walczewski i Peszek

Mamy 1927 r. Posiadłość D'Annunzia Vittoriale degli Italiani nad alpejskim jeziorem Garda, podarowaną mu przez Benita Mussoliniego, odwiedza polska malarka Tamara Łempicka. Prowadzący namiętną korespondencję z Tamarą poeta liczy na bliższe spotkanie. Wciąż najdroższa polska artystka na świecie jest w spektaklu bohaterką kryminalnej intrygi szpiegowskiej.

– Kimś w rodzaju Maty Hari. Bo nasz spektakl to w sporej części kryminał, trochę w stylu Agathy Christie – mówi reżyser.

W przedstawieniu Macieja Wojtyszki włoskiego artystę grał Marek Walczewski. Teraz w tej roli zobaczymy Jana Peszka.

Premiera 15 sierpnia w warszawskim Studio.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA