fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Wojciech Fangor - romantyk i rewolucjonista

Wojciech Fangor (1922–2015).
Fotorzepa, Sadowski Michał
Wojciech Fangor, wybitny polski malarz, współtwórca polskiej szkoły plakatu, zmarł w niedzielę.

Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich twórców, u nas i na świecie. O ogromnym dorobku, wielu liczących się prezentacjach, przełomowych dokonaniach. Jakimi słowami najlepiej określić Wojciecha Fangora?

Nonkonformista. Rewolucjonista. Romantyk. Wszystko, do czego się zabierał, łączyło się z ryzykiem; wszystko robił bez kunktatorstwa, z nonszalancją i przekorą. W emocjonalnym crescendo. W takim stylu zakończył życie: zmarł w niedzielę, w szalonym dniu wyborów, dwa tygodnie przed swymi 93. urodzinami.

Wynalazca epoki

93 lata przeżyte w kilku systemach politycznych, w różnych krajach. Imał się wielu technik, stylistyk i dyscyplin ze sztuk wizualnych malarstwa, rzeźby, plakatu, projektowania, architektury wnętrz. Pasjonował się rozlicznymi naukami, ze szczególnym uwzględnieniem astronomii.

O takich jak on mówi się: świadek epoki. Ale to nie dotyczy Wojciecha Fangora. Jaki z niego świadek? On nie przyglądał się stuleciu – tworzył je, formował, nadawał wizualny kształt.

Tylko wielcy artyści potrafią twórczo połączyć własną wizję ze zbiorowymi oczekiwaniami. To swego rodzaju geniusze, zarazem mistycy. Mają patent na ducha czasów. Ich prace stają się symbolami. W dorobku Fangora takich „patentów" mniej wprawdzie niż u Thomasa Edisona, ale ranga porównywalna.

Przebył drogę od „Matki Koreanki" do abstrakcji i z powrotem do figuracji, i jeszcze raz ku sztuce znakowej; po drodze zaliczył dookolną trasę od plakatu i karykaturalnych rysunków prasowych do aranżacji wnętrz; od socrealizmu do wystroju II linii warszawskiego metra.

Zatrzymajmy się na jego najważniejszych przystankach. Urodzony w Warszawie, w 1922 roku; wojenne, prywatne studia plastyczne (u profesorów Pruszkowskiego i Kowarskiego); dyplom warszawskiej ASP tuż po wojnie (1946); praca na macierzystej uczelni w charakterze asystenta (1953-1961); wyjazd z Polski do USA via Francja i Anglia; powrót w 1999 r.

Po drodze minął jeszcze wiele innych stacji, lecz każdy odcinek odbył w indywidualnym tempie, nie zwalniając ani przyspieszając pod zewnętrznymi naciskami.

Za to dookoła niego zakotłowało się, mniej więcej od dekady. Pozycja artysty poszybowała w górę jak rakieta: sława, chwała i ogólny aplauz specjalistów, rosnące ceny na aukcjach, zarazem unikanie uczestnictwa w artystycznym życiu na rzecz wycofania się na prowincję. Posypały się propozycje wystaw, honory, nagrody, zaszczyty. O które nie zabiegał i które chyba cieszyły go mniej niż kolejne eksperymenty i realizacje nowych koncepcji. Największe zwycięstwo – ściany stacji II linii warszawskiego metra, których nazwy (i litery) zamienił w półabstrakcyjne kompozycje. Były problemy, walka, procesy. Wygrał, i całe szczęście – to jedna z niewielu okazji kontaktu z wysoką sztuką dla każdego podczas przemieszczania się po stolicy.

Honory i nagrody

Ostatni raz widziałam go w kwietniu tego roku, na wernisażu „Environment Starak" w siedzibie Fundacji Rodziny Staraków. Męczyły go przybyłe na otwarcie tłumy i... obce mu, celebryckie klimaty.

Nie uczestniczył w uroczystości przyznania mu honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, co miało miejsce miesiąc temu. Przed wernisażem w Sopocie (6 października) poczuł się kiepsko, trafił do szpitala. Stefan Szydłowski, historyk sztuki blisko związany z mistrzem, zapewniał, że to przejściowe niedomaganie. Za tydzień, 5 listopada, planowano kolejną fetę, tym razem w stolicy: wręczenie artyście Nagrody im. Jana Cybisa za rok 2014.

Nie zawsze tak było. Pamiętam rok 1990 i „Wystawę retrospektywną – 50 lat malarstwa" w Zachęcie. Wielka panorama, jeszcze przed powrotem artysty do Polski (co stało się dziewięć lat później). Wydarzenie. Imponująca frekwencja. I zdumienie: to on przestał malować opartowskie, pulsujące koła i fale? Wrócił do figuracji? Czyżby zabrakło mu weny?

Przeciwnie. Pokazane po raz pierwszy w Polsce „obrazy telewizyjne" były równie pionierskie – wkrótce mały ekran miał zawładnąć naszą wyobraźnią, świadomością, wyborami. Fangor to zauważył. Zachwycił się migotaniem punkcików na ekranie (taki impresjonizm XX wieku). Uchwycił też samotność ludzi i coraz intensywniejszą obecność szklanego gościa – następca Hoppera.

Większość znawców sztuki przywołuje „Studium przestrzeni" z 1958 roku. To było pionierskie w skali światowej: environment, czyli rodzaj instalacji, która ogarnia widza, zaprasza go do środka. Autorami byli Wojciech Fangor i Stanisław Zamecznik. Potem był wyjazd z Polski i samodzielne przedzieranie się przez meandry rynku sztuki.

Była połowa lat 60., w modzie op-art, prace Fangora podpadały pod trend, zarazem odbiegając od dokonań innych: określono je jako „romantyczne". Bo wyzwalały emocje nieczęste w przypadku sztuki abstrakcyjnej – jakieś niepokoje egzystencjalne, świadomość dobra, piękna, prawdy.

Nie chciał zdyskontować niebywałego sukcesu: indywidualnej wystawy w Guggenheim Museum (rok 1970). Pierwszy, i jak dotychczas jedyny, Polak, który dostąpił tego zaszczytu.

Tak jak nie ustąpił w sprawie stacji metra, tak nie ugiął się pod naciskami amerykańskich galerystów, którzy namawiali go na seryjną „produkcję" obrazów, dzięki którym zyskał sławę. Pomyśleć – co za brawura! Przybysz zza żelaznej kurtyny – która akurat po odwilży uniosła się nieco, pozwalając artystom na dłuższe, stypendialne pobyty na Zachodzie – ośmiela się odmawiać. Marszandom chodziło o kompozycje z kołami i falami, łudzące oko pulsowaniem, wibrowaniem, przenikaniem. Robił to pędzlem i farbą olejną, bez żadnych technicznych nowalijek.

Ktoś powiedział, że sukces miał wpisany w nazwisko: „fan-gor". Łatwe do zapamiętania na całym świecie. Kojarzące się z zabawą. Tak, wybitni artyści zawsze mają z pracy „fun", czegokolwiek by się imali.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA