fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Szaleństwa tego świata

Michał Szułdrzyński: Apokalipsa na co dzień, ale nie koniec świata

Fotorzepa, Ada Michalak
Gdy wszyscy korzystali z pięknej jesieni i przeglądali oferty firm turystycznych z najmodniejszymi kurortami Włoch, Austrii czy Szwajcarii w poszukiwaniu najlepszego miejsca na spędzenie ferii narciarskich, bo powolutku zbliżała się zima, oni się martwili. Wszystkie wskaźniki pokazywały, że jest dobrze i jeszcze długo będzie, ale oni ostrzegali. Gdy wszyscy się cieszyli, oni mieli smutne miny. I wciąż mówili o katastrofie. I straszyli, że żyjemy na kredyt, że wkrótce może nastąpić zagłada, jeśli radykalnie nie zmienimy swojego życia. Dziś widzimy, że mieli rację. I nie mieli zarazem.

Mieli rację, mówiąc, że nie powinniśmy spać spokojnie. Że wcale nie jest tak, iż wszystko zmierza w dobrym kierunku i że żyjemy w najlepszym ze światów. Mieli rację, czując w powietrzu katastrofę, gdy wszyscy inni byli zajęci budowaniem nowej gospodarki, tworzeniem startupów, kreatywnością i innowacjami. Mieli rację, że zamiast szaleć, świetnie się bawić, trwonić czas i marnować czas młodości, snuli apokaliptyczne wizje. Nie mieli racji, przepowiadając, że zaraz spotka nas klimatyczna katastrofa. To znaczy – jeszcze nie mieli racji. Bo być może wkrótce katastrofa klimatyczna nadejdzie.




Na razie jednak nadeszła inna apokalipsa – epidemiczna. Cały świat został wyrwany ze swojej drzemki i stanął wobec wyzwania, które przerosło nie tylko oczekiwania największych dotychczasowych katastrofistów. I choć niby wszyscy pamiętają ostrzeżenia Billa Gatesa, że XXI wiek będzie czasem, gdy częściej zabijać nas będą nowe zarazki niż wojny i konflikty zbrojne, i choć zapewne wielu czuło, że Amerykanin ma rację, to jednak zupełnie inaczej wygląda zapowiedź apokalipsy, a zupełnie czym innym jest obserwować ją każdego dnia po otwarciu komputera, włączeniu telewizji, podczas przeglądania wiadomości na smartfonie, a nawet kiedy wyglądamy przez okno.

Dlaczego nie chcieliśmy tych młodych słuchać? Dlaczego padali – w najlepszym wypadku – ofiarą szyderstw?

Może nie lubimy słuchać, gdy przemawia do nas Kasandra? Nie lubimy, gdy ktoś nas wyrywa z naszego snu o spokoju? Przecież duża część naszego życia to wielki intelektualny i emocjonalny wysiłek polegający na tym, by odsunąć od siebie lęk o przyszłość. Meblujemy cały świat, projektujemy nań swoje klisze, budujemy metafory, za pomocą których chcemy potem objąć, zrozumieć, a przede wszystkim oswoić rzeczywistość. Wszystko po to, by odsunąć od siebie ten podstawowy lęk, który wydziera zza tych wszystkich mebli, którymi staramy się go wypełnić, by nie widzieć pustki, która nieustannie się pojawia. Nic więc dziwnego, że nie lubimy, jak ktoś usiłuje zburzyć nam tę konstrukcję, którą tak starannie wznosimy, by poradzić sobie z tym lękiem. Nie lubimy ani agentów ubezpieczeniowych, którzy przypominają nam o naszej śmierci, nie lubimy lekarzy, którzy nachalnie uświadamiają nam, że nasze nawyki doprowadzą nas do śmierci.

Nic więc dziwnego, bo kiedy licealiści chodzili ulicami, ostrzegając przed katastrofą, my patrzyliśmy w zupełnie innym kierunku. I jak mówili, że koniec świata jest już teraz, byliśmy zajęci śledzeniem wykresów pokazujących, jak świetnie i nieustannie rośnie gospodarka. Byliśmy zajęci przewiązywaniem pomidorów, nie chcąc się wcale zastanawiać, jak będzie wyglądał koniec świata, czy będzie pełen błyskawic i anielskich trąb, czy też przyjdzie w postaci wirusa, którego nikt z nas nie widział na własne oczy, ani go nie dotknął własnymi zmysłami.

Nie, to jeszcze nie koniec świata. To nie ostateczna zagłada. Ale na pewno takiego świata, jaki znaliśmy wcześniej, jeszcze długo nie będzie.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA