fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Kurdowie w ofensywie w północnej Syrii

Po zdobyciu Manbidżu kurdyjskie oddziały poszukują niedobitków dżihadystów.
AFP, Delil Souleiman
Umacniający się wzdłuż granicy z Turcją syryjscy Kurdowie liczą na autonomię, a nawet własne państwo.

Syryjskie miasto Manbidż przy granicy tureckiej jest ostatnią zdobyczą zbrojnej syryjskiej  opozycji zjednoczonej w ugrupowaniu o nazwie Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF), w których główną rolę odgrywają syryjscy Kurdowie. Mają swoją armię, czyli Powszechne Jednostki Ochrony (YPG).

Po dwu miesiącach walk udało im się odbić miasto z rąk dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. Oznacza to, że syryjscy Kurdowie rozciągają swą kontrolę na coraz to większe obszary w pobliżu granicy tureckiej.

Dzieje się to w chwili, gdy po   tureckiej stronie granicy toczy się prawdziwa wojna, którą prowadzi Ankara z bojownikami Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) walczącej o autonomię na zamieszkałych przez Kurdów obszarach. Kurdowie z YPG są przy tym ściśle związani ze swymi tureckimi braćmi i wspierają ich w walce. Dla Ankary  zarówno YPG, jak i PKK są współpracującymi z sobą organizacjami terrorystycznymi i największymi wrogami po oskarżanym o przygotowanie niedawnego puczu wojskowego Fethullahu Gülenie.

Panika w Ankarze

Ankara obawia się więc, że YPG wykorzysta powstałą sytuację, aby umocnić swą pozycję w całym przygranicznym pasie. Utrudni to zwalczanie powstania PKK w tureckim Kurdystanie. Tym bardziej że po zdobyciu Kobane syryjscy Kurdowie na dobre usadowili się na zachód od Eufratu. Po odbiciu Manbidż przesunęli granicę kontrolowanych przez nich obszarów kilkadziesiąt kilometrów na zachód.

Ankara postrzega to jako dodatkowe zagrożenie. – Oczekujemy, że YPG wycofa się na tereny na wschód od Eufratu – oznajmił w poniedziałek Mevlut Cavusoglu, szef tureckiej dyplomacji. Turcja ma nadzieję, że to Amerykanie zmuszą Kurdów do wycofania się. Do tego sprowadzały się w zasadzie  ustalenia z Amerykanami z maja tego roku, którzy wspierają YPG bronią,  pieniędzmi i swym lotnictwem w walce z dżihadystami.

Turcja postawiła wtedy dwa warunki: po pierwsze,  że  ofensywą na Manbidż kierować będzie koalicja grup zbrojnej opozycji syryjskiej, po drugie, że miasto po zdobyciu rządzone będzie przez przedstawicieli społeczności arabskiej. Pierwszego warunku nie udało się spełnić, gdyż uczestniczące w walkach o miasto siły kurdyjskie były zdecydowanie liczniejsze od zbrojnej opozycji.

Nie wiadomo obecnie, czy Kurdowie  nie pokuszą się o włączenie Manbidżu na stałe do swych terytorialnych zdobyczy i to wbrew stanowisku USA. – Manbidż jest historycznie miastem arabskim i oczekujemy, że takim będzie po wyzwoleniu – oświadczył w poniedziałek rzecznik Pentagonu Gordon Trowbridges.

Wzór w Iraku

Wiele wskazuje na to, że Kurdowie mają zgoła inne plany. Przez pięć lat wojny w Syrii zdołali utworzyć swego rodzaju nieformalny rejon autonomiczny. Mają swój rząd, chociaż nieuznawany przez nikogo. Na jego czele stoi kobieta Hevi Mustafa. W niedzielę zarządziła stan wyjątkowy, obawiając się reakcji Turcji, której siły nieraz bombardowały pozycje YPG, oskarżając syryjskich Kurdów o dostawy broni dla PKK.  Na kontrolowanym obszarze kobiety mają te same prawa co mężczyźni. Walczą zresztą w szeregach YPG. W syryjskim Kurdystanie zniesiono karę śmierci i obowiązuje swoboda wyznania.

– Jest to struktura przejściowa. Na jej funkcjonowanie na zasadach autonomii nie zgodzi się nigdy Turcja ani syryjskie władze, jakiekolwiek by powstały po zakończeniu wojny – zapewnia „Rzeczpospolitą" prof. Ilter Turan z uniwersytetu Bilgi w Stambule.

Jego zdaniem rząd w Ankarze ma także obietnice Waszyngtonu i Moskwy, że nie dopuszczą do powstania kurdyjskiej jednostki państwowej w Syrii. Jest  to zupełnie inna sytuacja niż w Iraku, gdzie Kurdowie wywalczyli autonomię już ćwierć wieku temu, po pierwszej wojnie w Zatoce. W Syrii chcą tego samego. Mają już nawet nazwę przyszłej autonomii: Rożawa.

Na razie znajdujące się w ich rękach Kobane od kontrolowanego przez Kurdów Afrinu dzieli obszar we władaniu tzw. Państwa Islamskiego. Może to się jednak wkrótce zmienić wraz z przygotowywaną przez SDF ofensywą na miasto Al-Bab.

Wtedy Kurdowie skonsolidują swe zdobycze na zachodzie. Są bez wątpienia sojusznikami USA w walce przeciwko dżihadystom. Równocześnie jednak w walkach o Aleppo walczyli przeciwko wspieranej przez USA opozycji wobec prezydenta Asada. Są też partnerami Rosji. Są waleczni, dobrze zorganizowani i zdeterminowani utworzyć własne, wielkie państwo na Bliskim Wschodzie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA