fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Sudan może skończyć jak Syria

Przedmieścia Chartumu uczestnicy protestu z 22 stycznia
AFP
Od ponad miesiąca trwają protesty przypominające arabskie rewolucje sprzed ośmiu lat. Dyktator Omar Baszir odpowiada nasileniem represji, ale w obozie władzy widać podziały.

Oficjalnie w Sudanie od 19 grudnia w demonstracjach, które rozprzestrzeniły się poza stolicę, Chartum, zginęło 27 osób (w tym dwóch funkcjonariuszy bezpieki), ale obrońcy praw człowieka mówią, że co najmniej 40.

Z Sudanu napływa niewiele informacji, bo reżim wrogo patrzy na korespondentów zagranicznych. Trudno o dokładne dane dotyczące skali protestów. Główne agencje międzynarodowe szacowały, że w największych demonstracjach (np. w ostatni piątek na starym mieście w Chartumie) bierze udział po kilka tysięcy osób. W całym 40-milionowym kraju około 50 tysięcy. Na czwartek zapowiedziano następne wystąpienia – w kilkunastu miastach. Opozycja ma nadzieję, że przełomowe.

Protesty rozpoczęły się od podwyżek cen chleba. Na stacjach benzynowych zabrakło paliwa, a w bankach i bankomatach – gotówki. Ale szybko pojawiły się hasła polityczne, w tym znane z rewolucji arabskich: Naród chce zmiany władzy.

Dyktator nie zamierza się jednak cofnąć o krok. Choć jeszcze niedawno wydawało się, że jest gotów na oddanie zdobytej przed trzema dekadami w wyniku zamachu wojskowego władzy.

Prawnuk Mahdiego

– Nie chce jej oddać, choć miał propozycję odejścia z gwarancją bezpieczeństwa dla niego i rodziny, mógł osiąść w Arabii Saudyjskiej czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich – mówił „Rzeczpospolitej" Adil Abdel Aati, mieszkający w Polsce od lat lider jednego z opozycyjnych ugrupowań sudańskich. Aati szykował się do kandydowania na prezydenta. W planowanych na kwiecień 2020 roku wyborach miał już nie brać udziału Omar Baszir, ale się rozmyślił. Zmienił ordynację, zakazuje ona teraz startu politykom, których członkowie najbliższej rodziny mają paszport innego kraju. Żona mieszkającego w naszym kraju opozycjonisty jest zaś obywatelką USA, a córka z pierwszego małżeństwa Polką. On sam nie przyjął innego obywatelstwa, bo spodziewał się, że kiedyś mu to zaszkodzi.

Nie wszyscy liderzy opozycji przebywają za granicą. W grudniu do kraju wrócił (ostatnio przebywał w Egipcie) sędziwy przywódca religijnej partii Umma, Sadik al-Mahdi, który był ostatnim premierem przed dyktaturą Baszira 1986–1989. Sadik al-Mahdi jest prawnukiem przywódcy powstania przeciwko Egipcjanom i Brytyjczykom z końca XIX wieku, znanego z „W pustyni i w puszczy" Henryka Sienkiewicza.

Przyjął postawę wyczekującą wobec protestów.

Spirala się nakręca

Demonstracje w grudniu miały pokojowy charakter. Ale protestujący się radykalizują wraz z narastającą determinacją Baszira do utrzymania się w pałacu prezydenckim. Do tłumów gromadzących się w wąskich uliczkach służba bezpieczeństwa strzela ostrą amunicją. Także pod meczetami po żałobnych modłach, co w kraju, którego prawodawstwo oparte jest na szariacie, może budzić zdziwienie.

Jeżeli ta spirala będzie się dalej nakręcać, to Sudan może skończyć podobnie jak Syria czy Libia, w których w lutym i marcu 2011 roku zaczęły się demonstracje przeciw tamtejszym dyktatorom, a potem wybuchła niekończąca się wojna domowa. Taki scenariusz przedstawia Luka Kuol, komentator niezależnego od władz portalu „Sudan Tribune", którego redakcja mieści się w Paryżu.

Kuol podkreśla, że Sudan ma tradycję narodowych buntów, które doprowadzały do nowych kontraktów społeczeństwa z władzą. Ale te wystąpienia, dodaje, są inne. Pod względem popularności, intensywności, długości i liczby ofiar.

Niektórzy analitycy dostrzegają jednak, że w szeregach władzy pojawiają się wątpliwości, część polityków partii rządzącej odważyła się krytykować decyzje gospodarcze, które wyprowadziły ludzi na ulice. Przede wszystkim zaś armia dotychczas całkowicie oddana byłemu wojskowemu Baszirowi zachowuje się neutralnie, a w niektórych miejscowościach nawet wspiera protestujących.

Za kraty trafiło około 900 osób – dziennikarzy, obrońców praw człowieka, opozycjonistów. W areszcie jest nadal dziesięciu lokalnych liderów ruchu Sudan Przyszłości, którego kandydatem miał być Adil Abdel Aati. W tym jego przedstawiciel w ojczyźnie Rudwan Dawud.

Oburzenie nie jest silne. UE wydała ostrożny apel w sprawie wolności zgromadzeń, ale jednocześnie odpowiedzialnością za rozwój wydarzeń obciążyła i protestujących. ONZ wyraziła „głębokie zaniepokojenie".

Brat wszystkich Arabów

Dyktator jest od dziesięciu lat bezskutecznie poszukiwany przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze za zbrodnie wojenne w prowincji Darfur. Prowadzi sprytną grę w regionie, dzięki czemu nikt nie jest zainteresowany jego upadkiem. Balansuje między stronami konfliktu wewnątrz świata muzułmańskiego – Arabią Saudyjską i jej sojusznikami oraz Katarem wspieranym przez Turcję i Iran.

Wysłał wojska na prowadzoną przez Saudyjczyków wojnę przeciwko proirańskim rebeliantom w Jemenie. Ale nie przyłączył się do narzuconej przez tych samych Saudyjczyków izolacji Kataru. Teraz pojawił się po raz kolejny w katarskiej stolicy Dausze. W środę miał dyskutować z emirem Tamimem ibn Hamadem as-Sanim o „braterskich stosunkach" między dwoma krajami – informowała oficjalna katarska agencja QNA. Po spotkaniu część arabskich mediów podawała, że Baszir nie uzyskał pomocy finansowej. Kilka dni wcześniej 300 mln dolarów pożyczki obiecały Zjednoczone Emiraty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA