Społeczeństwo

Facet w barber shopie. Brzytwa, broda i męskie gadki

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Od dłuższego czasu faceci potrzebowali miejsca, do którego mogliby sobie wyskoczyć i spędzić czas w męskim gronie, odreagować, po prostu poczuć się sobą. Jednym z takich miejsc może być właśnie barber shop - mówi Kamil Turlej, fryzjer, sędzia na konkursach barberskich.

Plus Minus: Barber czy fryzjer męski?

Kamil Turlej: Dla mnie bez różnicy, to tylko różne nazwy osoby, która wykonuje te same czynności. Po prostu fryzjerzy męscy w Polsce praktycznie zniknęli, a teraz pojawili się ponownie w popularnych tzw. barber shopach. Są one nową odsłoną zakładów fryzjerskich tylko dla mężczyzn, w przeciwieństwie do wcześniejszych zakładów typu uniseks, dla których jeszcze cztery–pięć lat temu nie było alternatywy.

Po co więc zmieniać nazwę?

Ta nazwa wcześniej też się zmieniała: był przecież balwierz, cyrulik, golibroda – terminy określające osobę, która zajmowała się strzyżeniem męskich włosów. Słowo „barber" pochodzi od hiszpańskiego „barba" – broda. Ta nazwa ewoluowała i w różnych krajach mamy dziś barberów, barbierów itp. Dziś Polacy znów mają potrzebę chodzić do rzemieślnika, który będzie potrafił całościowo zająć się ich głową; powróciła moda na brodę, mężczyźni chcą wyglądać znowu męsko, więc za tą potrzebą pojawiły się barber shopy – pod nazwą, pod którą funkcjonują na Zachodzie. Znak czasów.

To wszystko więc przez modę na „drwaloseksualność"?

Myślę, że to był punkt zapalny. Umówmy się, gdy jeszcze kilka lat temu przedstawiałem się nowo poznanym ludziom, że jestem fryzjerem męskim, to patrzyli na mnie z politowaniem. A w tym momencie wielu moich znajomych, pracujących w prestiżowych korporacjach, chce rzucać karierę, zmieniać swoje życie i strzyc włosy (śmiech). Zawsze mam ogrom chętnych na szkolenia; młode chłopaki przychodzą do nas do zakładu i chcą terminować, bo wydaje im się to fajnym pomysłem na życie.

Moda na barber shopy pokazuje, jak bardzo jako społeczeństwo się wzbogaciliśmy. U zwykłego fryzjera można ostrzyc się kilka razy taniej, a i tak fotele u was są oblegane.

Taki fryzjer pewnie może w tym samym czasie, jaki my poświęcamy jednemu klientowi, obskoczyć czterech lub pięciu. Jakość, indywidualne potraktowanie i dobrze zrobiona fryzura muszą kosztować. Ale coś za coś: jeśli ktoś chce być zadbany, to musi poświęcić na to trochę czasu i pieniędzy.

Nigdy pan nie słyszał, że zadbany facet to nie facet?

Kiedyś mężczyzna miał pachnieć potem, alkoholem i maksymalnie szarym mydłem. Potem pojawiła się moda na bycie zadbanym, czasem nawet aż za bardzo. A teraz panowie zobaczyli, że można być zadbanym, ale jednocześnie męskim. I to się przekłada na większą pewność siebie, a dalej na zainteresowanie ze strony kobiet.

I to już nie „pedał"?

Kilka razy, gdy stałem pod zakładem, słyszałem, jak jakiś starszy pan, przechodząc obok, rzucił pod nosem: „pedały" (śmiech). OK, tak mówią ludzie, którzy nigdy u nas nie byli. Zdarza się jednak, że nielubiący dbać o siebie facet jednak z jakiegoś powodu do nas w końcu przychodzi, np. zaciągnięty przez przyjaciela. I zmienia całkowicie zdanie, bo u nas nikt się z nim nie pieści, panuje męska atmosfera, męskie gadki. Zupełnie inaczej niż w dawnych zakładach fryzjerskich typu uniseks. A do tego, wstając z fotela, czują się jeszcze bardziej męsko.

Widziałem kiedyś u pana w zakładzie, jak przyszedł młody facet z dziewczyną. I menedżer przyjmujący zapisy zdecydowanie tę dziewczynę wyprosił, mówiąc, by poczekała na chłopaka w domu, bo on na pewno poradzi sobie sam u fryzjera, a chyba klucze do domu ma...

Od dłuższego czasu faceci potrzebowali miejsca, do którego mogliby sobie wyskoczyć i spędzić czas w męskim gronie, odreagować, po prostu poczuć się sobą. Jednym z takich miejsc może być właśnie barber shop. Widzimy, że faceci rzeczywiście zachowują się inaczej, dużo swobodniej, naturalniej, jak są wśród samych facetów. A gdy tylko pojawia się kobieta, sytuacja się zmienia. Wiele razy widziałem tę przemianę: nagle panowie stają się jakby grzeczniejsi, zdystansowani... Kobieta zmienia atmosferę.

Dlaczego dawniej nie zapuszczaliśmy brody?

Broda była kojarzona z czymś nieestetycznym – nosili ją np. panowie spod budki z piwem, ale też nie było rzemieślników, którzy potrafiliby się długą brodą zaopiekować, bo zwyczajnie nie było na kim się tego nauczyć. To błędne koło. Dopiero musiała do nas z Zachodu przyjść moda na dłuższy zarost, by odżyło fryzjerstwo męskie. Na przestrzeni setek lat broda pojawiała się i znikała – powracając w różnych wydaniach. Nosili ją filozofowie, była wyznacznikiem wysokiego statusu społecznego, ale nie lubili jej wojskowi dowódcy.

Podobno Aleksander Macedoński zakazał żołnierzom jej noszenia, bo łatwo było za nią złapać i sprowadzić wojownika do parteru.

No właśnie, a przechodząc do naszych czasów, to I i II wojna światowa wyrugowały brodę z kultury na długie dziesięciolecia. Skoro żołnierz, archetyp męskości, nie nosił brody, to mężczyźni nie chcieli jej zapuszczać. Oczywiście pojawił się bunt wobec zmilitaryzowanej kultury, ale objawiał się raczej długimi włosami w kontrze do krótkich, wojskowych, a nie zapuszczaniem brody. Potem przyszły lata 70. i moda na wygląd metroseksualny: na Zachodzie panowie golili się bardzo dokładnie, dbali o długie włosy, w ogóle o swój wygląd. I facet zaczął tracić pewne naturalne męskie instynkty.

A teraz wróciliśmy do fryzur krótkich, głowy wygolonej po bokach, włosów na sztywno ułożonych pomadą. Jak na wojnie. Przypomina się żartobliwe powiedzenie, że naziści byli źli, ale mieli świetny styl.

Akurat modne są znowu te fryzury, których apogeum popularności przypadało na lata 40. XX w. One bazowały na maszynce elektrycznej, która powstała w latach 30. i szybko zrobiła furorę – wszyscy zaczęli jej używać. Przyszła wojna i facet musiał wyglądać dobrze w mundurze, jednocześnie fryzura musiała się sprawdzać na polu bitwy. W barber shopach, w których jeszcze dwie dekady wcześniej strzyżono nożyczkami długie włosy, nagle zaczęto robić zupełnie inne fryzury.

A po wojnie?

Na początku lat 50. ton męskiej modzie zaczęło nadawać rozwijające się Hollywood. Pojawili się James Dean czy Johnny Cash, którzy nosili fryzurę w stylu pompadour, tylko była ona już luźniejsza, bardziej naturalna, łatwiejsza w ułożeniu. Faceci zaczęli nosić luźniejsze fryzury.

Czym jest pompadour?

Mówiąc obrazowo, to fryzura a la Elvis Presley: charakterystycznym jej elementem jest mocno zaczesana do góry i wyeksponowana grzywka. Ale spójrzmy na ewolucję fryzury Elvisa, bo ona się zmieniała wraz z ówczesną modą. Presley najpierw zapuścił długie włosy i zaczesywał je do tytułu przy niezliczonej ilości pomady, potrzebnej, by tak długie włosy utrzymać na sztywno. Robił to w opozycji do mody na krótko przystrzyżonego żołnierza, w opozycji do tych wszystkich mężczyzn w garniturach, w rządzie itd. Od tego ogromu pomady jego i podobnych mu buntowników nazywano „greasers" (z ang. nasmarowańce), i stąd właśnie tytuł musicalu „Grease". Ale z czasem fryzura Elvisa też zaczęła być luźniejsza. A potem w latach 60. pojawili się The Beatles, The Rolling Stones... A także brytyjski stylista Vidal Sassoon ze swoją szkołą stylizacji prostych, geometrycznych fryzur.

I faceci zaczęli wyglądać jak kobiety.

Zaczęli eksperymentować ze swoim wyglądem. Krótkie włosy z przedziałkiem zaczęły być staromodne. Młodzi szukali nowej tożsamości i chcieli jakoś wyrazić się wyglądem zdecydowanie innym niż ich rodzice. Fryzury zaczęły być ekspresjami różnych subkultur; czy to hipisi, czy później punki – każda subkultura miała swój kod fryzur. Włosy zaczęły być wyznacznikiem przynależności do grupy.

A barberzy zaczęli robić luźniejsze fryzury, strzyc dłuższe włosy?

No właśnie nie. To był moment, w którym barber shopy zaliczyły na Zachodzie upadek, bo barberzy odmówili przystosowania się do wymagań klientów; chcieli robić tylko te fryzury, w których czuli się dobrzy, czyli np. side part – fryzura z przedziałkiem, która może być w nieco dłuższym wydaniu lub z mocno wygolonymi bokami. Generalnie barberzy zamknęli się na fryzury, które miały charakterystyczny, kwadratowy kształt. Dobrym przykładem jest tzw. flat top, czyli fryzura, z której słynie np. detektyw Krzysztof Rutkowski. Mamy też slick back, czyli włosy gładko zaczesane do tyłu, czy undercut – głowa wygolona po bokach i z tyłu. Tę fryzurę spopularyzował David Bowie. I barberzy nie chcieli robić innych fryzur, a od końca lat 50. mężczyźni oczekiwali już innych usług.

I zaczęli chodzić do fryzjerów damskich?

Powstały zakłady damsko-męskie, gdzie fryzjerzy zajmowali się dłuższymi włosami, strzygąc je bardziej kreatywnie. Facetom to odpowiadało, więc barber shopy zaczęły się zamykać, bo nie miały klientów. I jeżeli dziś spojrzymy na modę jako odtwarzanie czegoś, co już było w przeszłości, może tylko w jakiejś odświeżonej formie, to ta historia powinna dać barberom do myślenia.

Bo obecna moda na klasyczne fryzury niedługo się skończy?

Sceptycznie podchodzę do tego określenia, zamiast „klasyczne" wolę mówić: „fryzury modne w latach 40.". Polacy zaczęli używać produktów do stylizacji, których wcześniej nie było. Zwracamy większą uwagę na to, co się dzieje na naszych głowach i jak układają się włosy. I to już się raczej nie zmieni. Ale rzeczywiście moda na fryzury z lat 40. powoli gaśnie. Mężczyźni zaczynają dostrzegać, że nie każdemu pasują włosy gładko zaczesane do tyłu przy użyciu dużej ilości pomady. Niektórzy potrzebują fryzury, która będzie się łatwiej układała. Powoli te idealnie ostrzyżone fryzury, świetnie wyczesane ustępują popularności luźniejszym, bardziej matowym, naturalnym. Bo zwyczajnie nie każdy chce spędzać nie wiadomo ile czasu przed lustrem, by ułożyć sobie włosy.

Czyli jesteśmy w podobnym momencie jak wtedy, gdy barber shopy na Zachodzie zaczęły upadać.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie znowu zaczną być modne dłuższe włosy. Widzę, że faceci już zaczęli je zapuszczać i chcą luźniejszych fryzur – chcą eksperymentować, bo zobaczyli, że w dłuższych też mogą wyglądać dobrze i męsko.

I co się stanie z setkami barber shopów, które w polskich miastach wciąż wyrastają jak grzyby po deszczu? Jeśli w średniej wielkości mieście pójdę do barbera i poproszę o luźniejszą i dłuższą fryzurę, to zrobi mi ją dobrze?

Myślę, że nie do końca. Większość barberów zwyczajnie słabo sobie radzi z wychodzeniem poza schematy. Ich praca w zdecydowanej większości opiera się na maszynce elektrycznej. Kiedy muszą popracować nożyczkami i szczotką, pojawia się problem. Dlatego to, czym zajmuję się dzisiaj, to uczenie barberów nowych technik pracy, by wiedzieli, kiedy i jak należy ich użyć. Klienci zaczynają oczekiwać dziś indywidualnego podejścia, a nie fryzury takiej samej jak mają inni. Nie chcą być ostrzyżeni maszynowo, tylko by fryzjer poświęcił im należytą uwagę. Jeszcze niedawno uczyłem stylistów i fryzjerki damskie, jak być lepszym barberem...

...czyli jak zająć się brodą i pracować maszynką.

A dzisiaj zaczynam uczyć barberów, jak być lepszym stylistą fryzur: jak pracować nożyczkami, jak zrozumieć włosy i kreować indywidualny wizerunek każdego klienta. Z pewnością fryzjerstwo wchodzi dziś na wyższy poziom, tego jeszcze nie było. I jestem przeszczęśliwy, że jako fryzjer męski żyję w takich czasach. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, widzimy, co jest modne w Nowym Jorku, co w Londynie czy Moskwie. Ale to też ma swoje minusy. Mamy globalizację fryzur: wszędzie zaczynają wyglądać one dość podobnie. Świetnym tego przykładem jest Instagram, który stał się kółkiem wzajemnej adoracji barberów z całego świata. Mamy tam konkurs strzyżenia tej samej fryzury. Gdy tylko ktoś wrzuci coś innego, jest krytykowany... To na szczęście powoli zaczyna się zmieniać.

Podobno jak chce się zostać w Polsce barberem, to nie ma ani jednej szkoły, w której można by się tego fachu nauczyć. W polskich szkołach fryzjerskich nie ma choćby jednej klasy fryzjerstwa męskiego.

To prawda, nie ma. Dawniej był podział na klasy męskie i żeńskie, później wszystko zostało wrzucone do jednego wora i w szkole fryzjerzy dziś uczą się strzyc praktycznie jedynie kobiety. Sam w szkole miałem bardzo mało zajęć z męskimi włosami, a posługiwania się brzytwą nauczył mnie dopiero pan Leszek w zakładzie przy ul. Tamka. Myślę, że w szkole fryzjerstwo męskie to 5–10 proc. materiału, ale to ma szansę się zmienić, bo jest projekt stworzenia od września dwóch klas fryzjerstwa męskiego, jednej w Poznaniu, drugiej w Warszawie. Bardzo ten pomysł popieram i mam nadzieję, że uda się go wprowadzić w życie.

A jeśli dziś ktoś chce zostać barberem, co musi zrobić?

Niektórzy chodzą na szkolenia, inni praktykują w barber shopach, a jeszcze inni niestety po prostu kupują maszynkę i niewiele umiejąc, zaczynają robić fryzury. Oczywiście chciałbym, by każdy miał odpowiednią wiedzę i umiejętności, by nie psuł ludziom wyglądu. Jakiś certyfikat by się jednak przydał.

Jest pan jurorem na różnych konkursach barberskich. Jak ocenić, która fryzura jest lepsza, lepiej zrobiona?

Oceniamy różnorodność użytych technik, stopień zrozumienia włosów, czystości pracy czy znajomości stylizacji. Ale to już są detale, które są w stanie docenić jedynie profesjonaliści. Myślę, że dla klienta nie ma różnicy pomiędzy dobrą a bardzo dobrą fryzurą. Ma ona się po prostu dobrze układać; facet musi się w niej dobrze czuć.

A kiedy wiadomo, że klient czuje się w niej dobrze?

Kiedy wstaje z fotela i wychodzi z zakładu parę centymetrów wyższy. To widać, że czuje się pewniejszy siebie, bardziej zdecydowanie idzie. Wtedy wiem, że zrobiłem fryzurę dla klienta, a nie dla własnego widzimisię. Tak powinniśmy pracować, bo to są usługi.

rozmawiał Michał Płociński

Kamil Turlej jest fryzjerem męskim, prowadzi szkolenia i sędziuje na konkursach barberskich. Jest edukatorem marki American Crew w Polsce. Szkolił się m.in. w Miami i Barcelonie. Pracuje w jednym z warszawskich barber shopów

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL