fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Osoby związane z farmą trolli na listach poparcia do KRS

YouTube
Na niektórych listach mogą powtarzać się nazwiska osób powiązanych z Ministerstwem Sprawiedliwości i byłym wiceministrem Łukaszem Piebiakiem, który po ujawnieniu afery hejterskiej podał się do dymisji - podaje Onet.pl.

Są duże wątpliwości co do tego, czy każdy z wybranych do KRS sędziów zebrał 25 podpisów. Maciej Nawacki, który ukarał sędziego Juszczyszyna, poparcia udzielił sobie sam. Co więcej, jeszcze przed głosowaniem w Sejmie swoje podpisy pod jego kandydaturą wycofało czworo sędziów - czytamy na Onet.pl. To właśnie na wniosek sędziego Nawackiego postępowanie ws. ujawnienia list wszczął prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych oraz były radny PiS Jan Nowak. Listy do dziś pozostają tajne.

- Do ministerstwa przynoszono listę, a potem ktoś chodził po gabinetach, głównie tych zajmowanych przez sędziów "sprawdzonych" i pokazywał: o, tu się podpisz. No i się podpisywali - tak zbieranie podpisów in blanco opisuje Emilia, czyli internetowa hejterka współpracująca z niektórymi sędziami. - Ja sobie nie wyobrażam, że mógłbym tak podpisy zbierać i nie zbierałem - deklaruje w rozmowie z Onetem szef nowej KRS. Podkreśla przy tym, że listy powinny zostać ujawnione.

Listy poparcia do Krajowej Rady Sądownictwa - do której sędziowską "piętnastkę" wybrali wbrew konstytucji politycy (głosami PiS i Kukiz'15-red.), a nie środowiska sędziowskie - powinny być jawne już od końca czerwca, gdy zapadł w tej sprawie prawomocny wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Wyroku nie wykonano, bo na wniosek członka KRS Macieja Nawackiego postępowanie w tej sprawie wszczął prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych oraz były radny PiS Jan Nowak. Trwa ono do dziś - a listy poparcia nadal pozostają tajne.

Przekazania nazwisk osób, które wsparły kandydatów do nowej Rady zażądał także 20 listopada 2019 r. sędzia z Olsztyna Paweł Juszczyszyn, który zastosował wprost wyrok unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Dzień wcześniej, czyli 19 listopada TSUE orzekł, że nowa KRS może nie spełniać unijnego wymogu niezależności od polityków.

Aby jej legalność zbadać - oraz by zbadać pewność i prawidłowość wyroków sędziów rekomendowanych przez nową Radę - sędzia Juszczyszyn zażądał od Kancelarii Sejmu przesłania do olsztyńskiego Sądu Okręgowego (do którego wtedy był delegowany-red.) listy poparcia.

Kancelaria Sejmu do prawomocnego postanowienia sądu po prostu się nie zastosowała, zaś sędzia Juszczyszyn drogo za swoją ciekawość zapłacił. Najpierw Zbigniew Ziobro w trybie pilnym odwołał go z delegacji do Sądu Okręgowego - czyli de facto zdegradował - a potem wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne.

Nie koniec na tym, bo wspomniany wcześniej Maciej Nawacki - członek KRS oraz prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie, czyli "macierzystego" sądu Pawła Juszczyszyna - na miesiąc zawiesił go w pełnieniu obowiązków. Wszystko po tym, jak sędzia zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia do KRS.

"Na listach są głównie parafki osób blisko związanych z Piebiakiem"

Każdego kandydata do nowej Krajowej Rady Sądowniczej musiało - zgodnie z nową ustawą - poprzeć co najmniej 25 sędziów lub dwa tysiące obywateli. Jak zapowiadała partia rządząca, cała procedura miała być w pełni transparentna, wszyscy mieli mieć wgląd w to, kto do nowej Rady startuje i przez kogo był popierany.

Potem jednak, na zasadzie sejmowej "wrzutki" pojawił się pomysł, by tzw. załączniki - czyli właśnie listy z nazwiskami osób popierających kandydatów - utajnić. I w takim właśnie kształcie ustawa została przegłosowana i podpisana przez prezydenta.

Politycy opozycji oraz organizacje pozarządowe od wiosny 2018 r. - czyli od czasu, gdy działać zaczęła nowa KRS - próbowały uzyskać wgląd w listy osób popierających nowych członków Rady. Ostatecznie prawomocny wyrok w tej sprawie pod koniec czerwca 2019 r. wydał NSA. Tyle że jak pisaliśmy, ujawnienie list zablokował PUODO.

Nie ucięło to pojawiających się od blisko dwóch lat spekulacji, że na listach poparcia są głównie osoby blisko związane z Ministerstwem Sprawiedliwości - a nie, jak obiecywano, sędziowie związani z kandydatami z tego samego lub bliskiego okręgu, dający im kredyt zaufania.

Jak informuje zamieszana w aferę hejterską Emilia, która do zeszłego roku była blisko związana z resortem Zbigniewa Ziobry - procedura zbierania podpisów pod listami poparcia wyglądała nieco inaczej, niż obiecywali rządzący.

- Z tego co mi opowiadały osoby powiązane blisko z MS, działo się to w sposób dość szczególny. Do ministerstwa przynoszono listę, a potem ktoś chodził po gabinetach, głównie tych zajmowanych przez sędziów "sprawdzonych" i pokazywał: o, tu się podpisz. No i się podpisywali - opisuje kobieta.

- Dlatego wiem, że nazwiska na tych listach w znacznej mierze będą się powtarzać, głównie znalazły się tam parafki osób blisko związanych z byłym wiceministrem Łukaszem Piebiakiem. To był zorganizowany proceder pod tytułem: ma się uzbierać tyle głosów, ile się da - mówi Emilia.

Jak nieoficjalnie podkreśla cześć prawników, mimo tej "zorganizowanej akcji", głosów na listach poparcia do KRS niektórym kandydatom i tak brakowało. - Wtedy, o ile wiem, były wiceminister Piebiak zmobilizował dwa "zaprzyjaźnione" sądy w mieście na wschodzie kraju. I tam wskazani sędziowie dopisywali się na listach poparcia - mówi Onetowi anonimowo jeden z prawników.

Sędzia Żurek: nie pokażą list, bo wyjdzie im zorganizowana grupa koleżeńska

- O tym scenariuszu i takim sposobie "dozbierywania" podpisów pod listami poparcia do KRS słyszałem od bardzo wielu osób w środowisku prawniczym - mówi nam sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik odwołanej w trakcie kadencji poprzedniej KRS.

Dlaczego PiS robi wszystko, by uniknąć ujawnienia list poparcia do Krajowej Rady? Jakie tajemnice mogą się na nich kryć?

- Przede wszystkim najpewniej może tam być pokazane, że zamiast głosów kolegów-sędziów z okolicy, będą tam podpisy zorganizowanej grupy koleżeńskiej, jednoznacznie powiązanej z Ministerstwem Sprawiedliwości - mówi były rzecznik KRS.

- Na paru listach mogą się pojawiać nazwiska osób usuniętych dziś z MS, czyli Łukasza Piebiaka lub Jakuba Iwańca. To oni wcześniej głośno krzyczeli o rzekomych "spółdzielniach sędziowskich", a sami stworzyli jakąś grupę. Do dziś nie stawia się im zarzutów, choćby dyscyplinarnych - i to mimo dowodów ujawnianych przez media - podkreśla były rzecznik KRS.

Jak dodaje, możliwy jest także scenariusz, że niektórym kandydatom po prostu zabrakło wymaganych 25 głosów - choćby dlatego, że część osób popierających danego sędziego wycofała swoje poparcie.

Tak właśnie było w przypadku Macieja Nawackiego, któremu poparcie cofnęły cztery osoby. On sam przyznał, że także udzielił sobie poparcia - czyli zdobył łącznie 28 głosów. Jednak przy wycofaniu czterech mogłoby się okazać, że sędziego Nawackiego powołano do KRS wadliwie, bo nie miał wymaganej liczby.

- W świetle tego prawa, które uchwalili rządzący to kadencja neo-KRS jest wspólna, więc wszyscy powinni być prawidłowo powołani. Więc nawet jeden kandydat powołany w sposób nieważny podważa legalność całej neo-KRS. Wtedy Radę należałoby natychmiast rozwiązać - kwituje sędzia Żurek.

Szef nowej KRS: Listy powinny być jawne. Nieetyczne byłoby ich podpisywanie in blanco

Czy scenariusz zbierania podpisów przedstawiony przez Emilię, który zakłada, że delegowani do ministerstwa sędziowie podpisywali się "w ciemno" pod wskazanymi listami, jest realny? Zapytaliśmy o to przewodniczącego nowej KRS sędziego Leszka Mazura.

- Cóż, jeśli chodzi o działalność ludzi to realnie rzecz biorąc nic nie jest wykluczone. Ale ja nie wiem, czy tak było naprawdę - mówi.

- Pewien jestem, że nie byłoby to do końca etyczne. Bo założenie było takie, że danych kandydatów popierać mieli sędziowie z danego okręgu, to miało odzwierciedlać skalę zaufania. Zaś podpisywanie list in blanco temu założeniu przeczy. Ja sobie nie wyobrażam, że mógłbym tak podpisy zbierać i nie zbierałem - deklaruje w rozmowie z Onetem szef nowej KRS.

- Jestem przekonany, że te listy poparcia powinny być jawne, bo mamy zasady jawności życia publicznego. I nawet ci podpisujący się pod tymi listami nie mieli wtedy wrażenia, że to wszystko stanie się tak poufne - podkreśla sędzia Mazur.

Jak zapewnia, na jego liście poparcia nie ma osób, które związane byłyby bezpośrednio z Ministerstwem Sprawiedliwości. - Dwie trzecie listy to sędziowie ze środowiska częstochowskiego. Jest też podpis sędziego Arkadiusza Cichockiego z Gliwic, ale pozostali, o ile wiem, nie mieli żadnych związków z resortem w ciągu minionych pięciu-dziesięciu lat - zaznacza.

Zdaniem szefa KRS, sankcje zastosowane wobec sędziego Pawła Juszczyszyna oraz dwóch sędzi z katowickiego Sądu Apelacyjnego, którzy podważyli legalność powołania nowych sędziów przez KRS, można uznać za zbyt pochopne.

- Nie wiem, czy tego rodzaju reakcje były uzasadnione na tym etapie. Tyle że rzecznicy dyscyplinarni mogli obawiać się, że tego rodzaju działania uruchomią lawinę, która może wprowadzić anarchię w polskim wymiarze sprawiedliwości - mówi sędzia Mazur. - Gdy sądy powszechne biorą się za ocenę prerogatyw prezydenta, zawsze może nam grozić chaos - kwituje szef KRS.

Wiceminister sprawiedliwości o zbieraniu podpisów in blanco: to niemożliwe, to jakieś absurdalne insynuacje

- To niemożliwe, by ktoś w ministerstwie zbierał podpisy pod listami poparcia do KRS in blanco. Pyta pani redaktor o jakieś absurdalne insynuacje. Trudno to komentować - mówi nam wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik.?

Czy listy poparcia do KRS powinny zostać ujawnione? Wiceminister ocenia, że nowa ustawa o Radzie dokładnie to reguluje.

- Jest tam przepis mówiący o załącznikach do list, którymi są nazwiska osób popierających kandydatów i które pozostają niejawne - zaznacza.

Przypominamy, że prawomocny wyrok nakazujący ujawnienie list z nazwiskami wydał w czerwcu NSA. - Ale przecież trwa postępowanie wszczęte przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych - mówi wiceminister Wójcik. - Do jego zakończenia wyroku NSA w mojej ocenie nie można wykonać. I nie chodzi o to, że ja nie szanuję orzeczeń sądów, ale PUODO jest po to, by chronić interesy także pani redaktor, by nie doszło do ujawnienia danych wrażliwych. Bo w takiej sytuacji Skarb Panstwa musiałby płacić odszkodowania - kwituje Wójcik.

Autorem tekstu jest Magdalena Gałczyńska

Źródło: Onet.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA