fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Barbara Piwnik: Łatwiej być ministrem

Barbara Piwnik
Fotorzepa, Darek Golik
Barbara Piwnik sędzia, były minister sprawiedliwości w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" mówi m.in. o tym, czy trudno było wrócić do orzekania.

Rz: Czy trudno było założyć sędziowską togę po tym, gdy była pani ministrem sprawiedliwości?

Barbara Piwnik: Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Wróciłam do orzekania w pierwszej instancji, tak jak zapowiadałam. Większe wrażenie wywarło to jednak na otoczeniu. Wiele osób najwyraźniej spodziewało się, że awansuję, i nie będę już orzekać w sądzie okręgowym.

Spotykała się pani z otwartymi reakcjami na pani powrót?

Okazało się po prostu, że w wydziale, w którym wcześniej orzekałam, nie jestem mile widziana. Na szczęście udało mi się znaleźć nowe miejsce.

Czym się pani naraziła?

Czas mojego ministrowania był zbyt krótki, żebym wprowadzała daleko idące reformy. Proponowałam jednak zmiany w ocenianiu pracy sędziów kandydujących na wyższe stanowiska. Chciałam, by oceniali ich wizytatorzy z innych sądów. Przedstawiłam ten pomysł prezesom sądów apelacyjnych. Jeden z nich stwierdził, że jest absurdalny, gdyż sędziowie w danej apelacji najlepiej wiedzą, z kim chcą pracować, a z kim nie. Nikt nie poparł mojego pomysłu. Chyba środowisko nie było po prostu gotowe na sędziego-ministra. Nadal na tym stanowisku są obsadzani politycy.

Czy po powrocie do sądu nie była pani przez kolegów odbierana jako polityk?

Nie. Wszyscy ci, którzy mieli ze mną kontakt, widzieli, że pracuje tak jak oni.

Co pani dał czas spędzony w ministerstwie?

Wiele. Zawsze uważałam, że sędzia powinien być człowiekiem z szerokim horyzontem – otwartym na ludzi, wiedzę i świat. Im więcej doświadczeń, tym lepiej. Bez nich sędzia nie mógłby właściwie wykonywać swojej pracy. Możliwość obserwacji pracy władzy wykonawczej i ustawodawczej sprawiła, że poznałam jej mechanizmy.

Czyli nie żałuje pani swojej decyzji o przyjęciu teki ministra?

Nie, choć może jedno bym zmieniła. Swojemu współpracownikowi – premierowi Millerowi bardziej starałabym się wytłumaczyć, że nie można przesadnie wsłuchiwać się w głos mediów i ulegać presji. Jeśli jest się przekonanym o słuszności swoich działań, trzeba mieć grubą skórę.

Gruba skóra przydaje się chyba i sędziemu, i ministrowi.

Polityk musi być gruboskórny, a sędzia musi umieć bez zbędnych emocji orzekać. Z drugiej strony trzeba mieć dużo wrażliwości i empatii. Każdego z należytą uwagą i szacunkiem należy wysłuchać, a wyrok uzasadnić tak, by każdy zrozumiał, dlaczego jest taki, a nie inny.

Uważam, że bycie ministrem jest łatwiejsze niż bycie sędzią. Minister ma doradców i grono osób, z którymi może się konsultować, podejmując decyzje. Sędziemu przychodzi podejmować samemu decyzje dotyczące losów konkretnych ludzi, stając z nimi twarzą w twarz.

Czy nie brakuje pani tempa życia i splendoru, który towarzyszył sprawowaniu funkcji ministra?

Ministrowanie w moim wydaniu wyglądało tak, że od rana do nocy pracowałam w ministerstwie. Nie miałam nawet czasu wrócić do domu, by przebrać się na oficjalne wieczorne wyjście. Panowie z ochrony dbali o to, żebym o pierwszej w nocy miała coś do zjedzenia. Być może z boku wydaje się, że bycie ministrem jest atrakcyjne ze względu na bankiety i spotkania. Tak nie jest.

Teraz zapewne ma pani mniej zajęć.

Skądże! Właśnie piszę uzasadnienie do wyroku w sprawie, której akta mają 120 tomów. Nawet nie mam gdzie ich rozłożyć. Często pracuję wieczorami, w weekendy i święta. Średnio 12 godzin dziennie – od świtu do nocy. Na nudę więc nie narzekam. Bycie sędzią i bycie ministrem to, kolokwialnie mówiąc, porównywalna orka. Oczywiście, jeśli podchodzi się do swoich zadań z właściwą odpowiedzialnością.

— rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA