fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Nowelizacja ustawy o IPN: na kimś chyba czapka gore

Pixabay
Po co nas źle kojarzyć z Holocaustem

Zdarzyło mi się kiedyś prowadzić sprawę o ochronę dóbr osobistych kobiety, która została skrzywdzona przez wydawcę lokalnej książki telefonicznej. Owa pani prowadziła działalność gospodarczą w postaci obwoźnego wesołego miasteczka. Kiedyś nawet wykupiła zamieszczenie swojego numeru telefonu z imieniem i nazwiskiem oraz adresem w rubryce „Wesołe miasteczka". Owa publikacja nie przyniosła rezultatów, bo w następnym roku nie ponowiła zamówienia. Jednak wydawnictwo, czy to przez pomyłkę, czy aby książka telefoniczna nie była zbyt chuda, opublikowało jej ogłoszenie w tym samym miejscu. Zapomniało jednak o tytule rubryki i moja klientka ze swoimi danymi znalazła się bezpośrednio pod adresami i numerami telefonów usytuowanymi pod nagłówkiem „Agencje towarzyskie". Oczywiście o takiej „bonusowej" publikacji jej nie poinformowało. Po pół roku gehenny, jaką z nieznanych jej przyczyn przechodziła, dowiedziała się przypadkiem o owej publikacji i przyczynie nachodzenia jej przez różnych mężczyzn w pilnej potrzebie. Potem zwróciła się do mnie. W trakcie sprawy wydawnictwo przedstawiło propozycję ogłoszenia, że Pani X (czyli moja klientka) zamieszkała pod wspomnianym adresem nie prowadzi agencji towarzyskiej, tylko wesołe miasteczko. Propozycję potraktowaliśmy jako kpinę, do tego dalej powodującą jej nieuzasadnioną stygmatyzację.

Prowadząc sprawy o ochronę dóbr osobistych innych osób nieraz rezygnowałem z przeprosin z tego samego względu. Jak publicznie przeprosić ofiarę zgwałcenia, której zdjęcia zrobione przez sprawców w trakcie przestępstwa opublikował tabloid, czy też dziewczynę, którą chłopak nagrywał w trakcie pożycia intymnego, a potem, gdy się z nim rozstała, opublikował w internecie wraz z jej imieniem, nazwiskiem, uczelnią, rokiem i kierunkiem studiów? Każde publiczne przeprosiny dalej stygmatyzowałyby ofiarę. To rozumie każdy prawnik procesowy, czy to adwokat czy sędzia. Rozumieli zresztą doskonale i pozwani wydawcy.

Proste odpowiedzi

Dlaczego o tym piszę? Bo wspomniane sprawy jako pierwsze przyszły mi do głowy, gdy przeczytałem o nowelizacji ustawy o IPN, a zaraz przyszło zdziwienie, że takiej refleksji zabrakło twórcom rzeczonych przepisów. Jest to tym bardziej kuriozalne, że rządząca partia ma na sztandarach wypisane prawo, należałoby zatem zakładać, że coś z niego rozumie i nie traktuje prawa tylko jako deklaracji politycznej.

Zapytałem swojego aplikanta, czy jego zdaniem w Polsce jest jakikolwiek spór, że nie istniały polskie obozy śmierci i, że Państwo Polskie nie było zaangażowane w Holocaust? Odpowiedź była jasna: nie. A czy można by jakiegokolwiek publicystę z USA, Kanady, Izraela, Ameryki Południowej czy innego państwa świata ukarać za wynikające zazwyczaj z ignorancji lub nieuprawnionych skrótów myślowych napisanie „polskie obozy koncentracyjne". Odpowiedź brzmiała: nie.

Żaden z autorów ustawy i żaden z polityków PiS, którzy się o całej tej awanturze wypowiadali, nie wyjaśnił, jak często art. 55 ustawy o IPN byłby stosowany. Czyli nie wyjaśnił, po co sięga się po przepisy karne. A także po co ośmiesza się Polskę i Polaków oraz na trwale wiąże z negatywnymi skojarzeniami z Holocaustem.

Można, ale po co

Doskonale znane jest u nas powiedzenie, że na złodzieju czapka gore, czy: uderz w stół, a nożyce się odezwą, albo: nie ma dymu bez ognia. Prawnicy mają swoje: że jeżeli ma się dobrą sprawę, to należy się trzymać faktów, a dopiero kiedy fakty stają się niewygodne, należy się zająć prawem. Wszystkie pokazują, że gdy ktoś zbyt nerwowo reaguje lub zbyt się zagłębia w argumentacji prawnej, to jakby miał coś do ukrycia. Te powiedzenia mają odpowiedniki w innych językach, a ludzie nimi mówiący tak samo postrzegają tych, którzy pozornie bez powodu chowają się za prawem. Dlatego tworzenie nowego przestępstwa, by karać za ignorancję, błędne lub głupie skróty myślowe, złe wspomnienia, niepodobające się polskim prokuratorom oceny i tym podobne, jest i bezcelowe, i szkodliwe. W takiej sprawie instrumenty prawa karnego mogą jedynie zaszkodzić.

Wracając do wskazanych na wstępie przykładów. Co z tego, że każda z moich trzech klientek miała prawo zażądać przeprosin i ich publikacji w prasie, i to za grube pieniądze? Co z tego, że gdyby tego tylko zażądała, to każda by wygrała? Każda z nich mogłaby postawieniem na swoim zrobić sobie krzywdę.

Podobnie oczywiste jest, że Polska jako kraj suwerenny może zakazać wszystkiego, co się jej, a w każdym razie większości sejmowej podoba. Tylko co z tego? Ile takich spraw będzie wobec mieszkańców Polski? Moim zdaniem żadnej. Ile będzie wyroków skazujących cudzoziemców? Sądzę, że też żadnego. Uchwalać zatem kolejny przepis karny tylko dlatego, że można i chce się postawić na swoim? Oczywiście można. Tylko po co?

Autor jest adwokatem z Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA