fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Krzyżak o Czarnym Proteście: Pod ścianą na własne życzenie

Tomasz Krzyżak
Fotorzepa, Waldemar Kompala
Można je zaostrzyć, ale nie w ten sposób.

Od wiosny – od czasu, gdy komitet „Stop aborcji" zapowiedział zbiórkę podpisów pod projektem ustawy o ochronie życia poczętego z kontrowersyjnym zapisem o karaniu kobiet, które jej dokonają – było wiadomo, że wybuchnie światopoglądowa wojna. Autorzy projektu, który stał się przedmiotem sporu, od początku nie ukrywali, że idą na całość.

Podejmowane w poprzedniej kadencji Sejmu próby wyeliminowania z obowiązujących przepisów jednej przesłanki dla aborcji (ze względu na ciężkie i nieodwracalne uszkodzenia płodu) skończyły się klęską. Dwa projekty ustaw w tej sprawie głosami PO i PSL zostały odrzucone.

PiS głosowało wówczas za tym, by podjąć nad nimi prace. Obrońcy życia wyszli więc z założenia, że przepisy można zmienić teraz, gdy partia Jarosława Kaczyńskiego przejęła pełnię władzy. Zadziałali jednak wedle metody: „teraz albo nigdy". I stawiając PiS pod ścianą, popełnili pierwszy błąd. Drugim był zapis o karach dla kobiet.

Błędy popełniło także PiS. We wtorek – dzień po „czarnym proteście" – premier Beata Szydło próbowała studzić emocje. Problem w tym, że wcześniej żaden z polityków PiS nie próbował tego robić. A było na to wystarczająco dużo czasu.

Kiedy projekt obywatelski ujrzał światło dzienne, politycy PiS kluczyli, unikali jednoznacznych wypowiedzi na ten temat. Mówili jedynie, że projektu obywatelskiego nie zlekceważą i z całą pewnością trafi on do prac w komisjach. Tak też się stało. Zabrakło jednak wyraźnego odcięcia się od inicjatywy „Stop aborcji". Podkreślania, że jest to projekt obywateli, że nikt w PiS nad zmianą prawa nie pracuje, że jest potrzebna poważna debata na ten temat, która uwzględni głosy z różnych stron.

Partia rządząca wyszła z założenia, że „jakoś to będzie". Oddała tym samym inicjatywę środowiskom proaborcyjnym oraz szeroko pojętej opozycji. To ich głos dominuje dziś w debacie. A ewidentne przekłamania dotyczące projektu ustawy Polacy przyjmują jako pewnik. Co rusz słyszę wypowiedzi osób, które najwyraźniej są przekonane, iż decyzja o zaostrzeniu przepisów aborcyjnych tak naprawdę jest już podjęta. I dlatego trzeba wyjść na ulice i protestować.

PiS jest dziś w ślepym zaułku na własne życzenie. I wyjście z niego będzie trudne. Jakikolwiek ruch w stronę zaostrzenia przepisów spowoduje kolejne masowe protesty. Nie tylko zwolenniczek liberalizacji prawa antyaborcyjnego, ale także tych, którzy chcą, by tzw. kompromis aborcyjny pozostawić w spokoju.

W poniedziałek na ulicach było ich prawie 100 tys., a prawdopodobnie drugie tyle w ramach protestu ubrało się na czarno.

Z drugiej strony przeciąganie w nieskończoność prac nad projektem obywatelskim lub pozostawienie ustawy z 1993 r. w niezmienionym kształcie może spowodować, że swoich zwolenników na ulice wyprowadzą organizacje pro-life. Wprawdzie nie raz i nie dwa byliśmy świadkami wielotysięcznych, pokojowych manifestacji w obronie życia, ale tym razem mogą one przybrać formę antyrządowych demonstracji oszukanych obywateli. W końcu pod projektem swoje podpisy złożyło ponad 450 tys. osób. Czy można je lekceważyć?

Rykoszetem dostaje się też Kościołowi, który tej wojny nie wszczynał. Biskupi pochwalili wprawdzie inicjatywę świeckich, stwierdzając, że kompromis z 1993 r. trzeba zmienić, ale jednocześnie zaznaczyli, że wykluczone jest karanie kobiet, które dokonają aborcji.

Na marginesie trzeba zaznaczyć, że od 1988 r., czyli od czasu gdy w Polsce na poziomie politycznym zaczęła się walka o ochronę życia poczętego, Kościół zrewidował swoje stanowisko w sprawie kar. Pierwszy projekt ustawy opracowany przez ekspertów episkopatu u schyłku PRL zakładał, że kobieta dopuszczająca się aborcji będzie karana. Sankcje przewidywał także projekt poselski z 1991 r. Wielu obecnych polityków PiS było orędownikami takiego rozwiązania. Protestował m.in. ówczesny biskup tarnowski Józef Życiński, który wytykał zwolennikom aborcji irracjonalizm, ale jednocześnie mówił: „Inną postać irracjonalnego działania stanowiłoby karanie matki podejmującej decyzję o przerwaniu ciąży".

W 1993 r., gdy uchwalano obecnie obowiązujące przepisy, zwyciężyło myślenie racjonalne. Wbrew pozorom zaostrzenie przepisów aborcyjnych jest dziś możliwe i zostałoby zaakceptowane przez dużą część społeczeństwa. Trzeba jedynie uruchomić myślenie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA