fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Miałeś, Pawle, złoty róg

Po nadziei na realne zmiany, jakiej nabrali wyborcy Pawła Kukiza, został tylko antyestablishmentowy bluzg i klepanie pacierzy o JOW – uważa autor
AFP, Bartłomiej Kudowicz
Czarny koń wyborów prezydenckich proponuje klepanie blachy zdezelowanego poloneza

Okazało się, że głosowałem na Kukiza dwa razy – pierwszy i ostatni. W pierwszej turze chciałem dać bezpieczny sygnał „systemowi”, że jest jakaś alternatywa wobec plemiennego i nudnego już nawalania się przez PiS i PO. Sygnał miał być bezpieczny, bo uważałem, że i tak dojdzie do drugiej tury Komorowski-Duda. W razie jakbym przedobrzył to do II tury przeszedłby Duda i Kukiz. (Byłem więc ucieleśnieniem pomyłki mainstreamu, który kalkulował, że jak Kukizem odbierze się PiS elektorat protestu, to głosy PiS odpłyną i już w pierwszej turze wygra Komorowski).

Wynik Kukiza pozytywnie mnie zaskoczył, gdyż zobaczyłem, że jest nas wielu. Ale wielu, którzy JOW mieli za taktykę jednego skonsolidowanego hasła, zaś nadzieją napawało nas to, że w krótkiej chwili, w której media przemówiły w kampanii ludzkim głosem Kukiz wychodził na lidera przeczuwalnych i koniecznych zmian.

Ezopowe zachowanie się Kukiza, który wprost nie poparł nikogo w II turze uważałem, za posunięcie taktyczne, mrugnięcie okiem, że jego elektorat wie co ma robić jeśli chce zmiany. Okazało się, że nie do końca – tyle samo kukizowców głosowało w II turze na Komorowskiego co na Dudę, co każe się zastanowić gdzie ta część elektoratu Kukiza naprawdę upatruje źródeł zmiany. Pokazuje to także kompletną efemeryczność poglądów całej grupy, co tworzyło szansę na nową jakość wyjścia poza plemienne myślenie, ale ta szansa, wobec obecnych działań Kukiza, zamienia się na naszych oczach we własne zaprzeczenie.

Teraz mój głos zlicza się do bezkompromisowych zwolenników JOW, członków ruchu bez programu i struktur. A ja przecież taki nie jestem, nie jest też taka grupa ludzi, która odchodzi od wcześniejszego poparcia ruchu. Nie dlatego i nie po to, co obserwuję teraz – głosowałem na Kukiza. Znowu widzę, że jest nas wielu, tym razem zniesmaczonych zaprzepaszczoną szansą.

Program czy poglądy

Kiedy Kukiz po konwencji kończącej I turę powiedział, że myli się ten, ktosądzi, że JOW to jego jedyny postulat – byłem w apogeum swych oczekiwań co do jego ruchu. Myślałem, że teraz się zacznie dyskusja programowa, oczywiste postulaty naprawy państwa, którego JOW są tylko jednym z wielu przecież narzędzi. Zapisałem się na stronie ruchu, by uczestniczyć w tej dyskusji. Dyskusji o programie jednak nie było. Najpierw bardzo mało przekazów, jeśli już, to takie bym namówił na JOW choć jedna osobę. Potem okazało się w wywiadzie z red. Olejnik, że ruch Kukiza nie ma programu, ale lider – owszem – ma poglądy. I to całkiem konkretne, choć boleśnie światopoglądowo przyczynkarskie.

Doświadczona dziennikarka szybciutko sprowadziła Kukiza na zajeżdżone tory plemiennego poziomu dyskusji o państwie, innych przecież nie zna. I dowiedzieliśmy się, co myśli Kukiz o in vitro, religii w szkole i takich tam „najważniejszych” dla antysystemowego ruchu kwestiach. (W ogóle Kukiz wypada w odpytywanych wystąpieniach publicznych słabo, co świadczy niestety o braku przygotowania się do ważnych wystąpień, wynikającego z wysokiego, acz błędnego, mniemania lidera o własnych wrodzonych talentach komunikacyjnych. Świadczy to także o tym, że między bajki można włożyć legendy, że go ktoś prowadzi – nie popełniałby wtedy błędów komunikacyjnych na poziomie gimnazjalnego wypracowania o wystąpieniu na akademii szkolnej).

Kukiz zamiast odpowiadać systemowo, że suflowane tematy nie mają nic wspólnego z diagnozą i środkami naprawczymi państwa oraz podać na miejscu niektóre z nich – dał się wciągnąć w bój plemienny stając po jakiejkolwiek stronie. Pozbawił się tym samym swojej podstawowej cechy wyróżniającej – antysystemowości, również co do dyskutowanego przez system zbioru „wartości”. Potem już było tylko gorzej – impet ruchu słabł, Kukiz nie dawał żadnej wizji, celów czy nawet zadań, przeciwnie – pojawiły się bezsensowne czkawki a to o mediach zagranicznych, a to o Lidlach.

Jednym z lepszych bon motów Kukiza z kampanii prezydenckiej było stwierdzenie, że rządzący każą nam się kłócić o kolor zdezelowanego poloneza, podczas gdy sami rozbijają się luksusowymi taksówkami za pieniądze podatników. Ale szczególarskie i epatujące radykalizmem propozycje Kukiza nie są ustrojowe, są za to próbą klepania blachy takiego poloneza. Jaki więc ma być ten nowy samochód? Ano nie wiadomo.

Negatywne konsekwencje

Wszyscy myślą, że bezprogramowość, to podstępna taktyka Kukiza – nie ujawniać programu jak długo się da, by jednym chwytliwym i nieideowym (w sensie podziałów aksjologicznych) hasłem o JOW utrzymać niejednorodny elektorat protestu. Niestety programowa bezprogramowość ma dla samego ruchu, ale i całej sceny politycznej nieuniknione negatywne konsekwencje.

Po pierwsze – nie da się bezprogramowości utrzymać w topniejących szeregach ruchu, które już dobijają się o zdefiniowanie swej tożsamości. Głowna dyskusja w ramach ruchu zawęża się co prawda do odmieniania przez przypadki naiwno-zbawczej roli JOW w ustroju państwa, ba, nawet w historii Polski. Jednak ograniczanie dyskusji do jednego dogmatu już pęka w szwach. Członkowie nie są w stanie uzasadnić bezprogramowości ruchu bez odwoływania się, do rozpaczliwej argumentacji, że Paweł wie lepiej i już coś tam pewnie skrycie pichci. My, kukizowcy, dowiemy się w ostatniej chwili o co nam chodzi (by media nam programu nie postponowały), a wtedy to klepniemy jako aksjomat lidera. Przyznam, że mało to ma wspólnego z obywatelskością, więcej z wodzowskimi relacjami.

Po drugie – bezprogramowość Kukiza, przyklepana na ostatnim zjeździe, będzie miała swoje negatywne konsekwencje w przyszłym parlamencie. Załóżmy, że do Sejmu z list ruchu dostaną się wszelkiego rodzaju antysystemowcy (ostatni pomysł Kukiza), bez żadnego uzgodnionego programu nawet co do tego JAK zmienić system. Taka grupa nie będzie żadnym partnerem do żadnej koalicji. Jak bowiem Kukiz miałby zagwarantować partnerowi zgodne podejście do głosowanych zagadnień w parlamencie? Chyba, że znowu – ruch nie będzie miał programu, za to lider będzie miał poglądy – wtedy co głosowanie członkowie ruchu będą się musieli pytać lidera jak mają głosować. Czy o to chodziło liderowi JOW?

Po trzecie – dyskusja programowa jest najlepsza okazją do wyłonienia liderów ruchu oraz jego struktur. Okazją, którą ruch już bezpowrotnie stracił. Nie ma programu, nie ma kryteriów wyłaniania reprezentacji, nie ma struktur. O nazwiskach na listach dowiemy się w ostatnich chwili, by się do nich media nie dobrały. Czyli wszystko musi się skończyć na mniej lub bardziej kamuflowanym mechanizmie wodzowskiego mianowania ludzi na listy – czyli dokładnym zaprzeczeniu idei JOW, już u samego zarania jej urzeczywistnienia.

W końcu – załóżmy najbardziej prawdopodobny scenariusz. Ze względów frekwencyjnych JOW nie przejdą i ruch (o wciąż nieznanej nazwie) znajdzie się bez programu miesiąc przed wyborami. I co wtedy? „Nagle” objawi (również swoim członkom) swój oczywisty przecież program, który miał pod obrusem i nie pokazywał? Media ruch zakrzyczą – mówiąc: proszę, oddaliśmy głos ludowi i lud wasz jedyny pomysł odrzucił. Straciliście więc swoją jedyną legitymację do zabiegania o Sejm. Wtedy Ruchowi pozostanie tylko jedno – wykazanie, że o JOW trzeba walczyć właśnie w przyszłym parlamencie – co znów odwoła wszelkie dyskusje PO CO (oprócz JOW) ruch idzie do Sejmu. Na listach Kukiza pojawią się zaś jedynie odmieniacze przez przypadki cudownej roli JOW w cywilizacji. Efekty będzie taki, że Kukiz będzie w Sejmie chadzał na koalicję z każdym, który mu obieca JOW (w ramach starego przysłowia – nikt ci nie da tyle co ja ci obiecam), zaś wszystkie inne sprawy, którymi parlament się będzie zajmował odda na pastwę rozstrzelonych poglądów członków ruchu lub poglądów (gorzej, że i emocji) lidera. Tego na dłuższą metę nie da się utrzymać i posłowie ruchu Kukiza bez programu podzielą się ideowo i pójdą do takich formacji, które im programowo pasują. „Ciasteczka” więc skończą w Sejmie nie jako przystawka, ale jako dostawca organów do istniejących partii – czyli, paradoksalnie, utrwalą system, zamiast go zmienić.

Polityczny wymiar referendum

Kukiz niepotrzebnie się cieszył, że rządzący sami się wpie.... , sorry, wpakowali w referendum. Moim zdaniem Komorowski w noc po I turze kalkulował tak: to, że zmienię zdanie w sprawie JOW, to dla mojego elektoratu pikuś, kukizowcy zaś są tak „sfokusowani” na JOW , że powinni tę woltę kupić i zagłosować na mnie (co okazało się dobrą kalkulacją patrząc na przepływy elektoratu Kukiza w II turze). Załatwi się za to PiS – zarzuci mu się, że zawsze był przeciw JOW, ergo - kukizowcy na Dudę nie zagłosują w II turze. Wystarczyło tylko oddać się ulubionej diagnozie PO o nieprzejmowaniu się elektoratu faktami i wszystko zapowiadało się dobrze. Mimo, że Komorowski jednak przegrał (z innych względów), to dla PO całe kukułcze jajo referendum wciąż funkcjonuje i gra na jej korzyść, nawet po przegranych wyborach prezydenckich.

Nie ma się więc co Kukiz cieszyć – PO będzie mówiło, że szanuje głos ludu i zrobi referendum, czekając na wyniki – jak Kukiz wygra referendum wtedy my, PO, zawsze byliśmy ZA (i liczymy w przyszłości po cichu na efekt „brytyjski”), jeśli przegra - naród przemówił, sorry, taki mamy naród. Kukiz jak wygra referendum, to wciąż przed nim długa droga i do JOW (dopiero przyszłe wybory), i do konstruktywnego udziału we władzy, bo programowo opiera się wyłącznie na dogmacie JOW. Jak przegra – bez programu – straci legitymizację do walki o parlament, bo jego jedyny postulat upadł. Dla PiS – słabo. Będzie go pani premier odpytywać w mediach na okoliczność poglądu na JOW (Komorowski dodał jeszcze jeszcze zaczepne pytanko o finansowanie partii), demolując prewencyjnie szanse do ułożenia się PiS z Kukizem w przyszłej koalicji parlamentarnej. I to bez względu na wynik referendum.

PO więc całkowicie swobodnie może rozgrywać referendum i nie ma z tym najmniejszego problemu. Kukiz zaś MUSI w to grać, stawiając wszystko na jedną kartę.

Ostatni taki zajazd

Zjazd 27 czerwca był już ostatnim dzwonkiem, by się Kukiz mógł pozbierać. Ale okazało się, że to nie dzwonek ale podzwonne. Tysiące ludzi, którzy przyjechali setki kilometrów do Lubina usłyszało nieprzygotowane (czytaj: spontaniczne) wystąpienie lidera, wykład profesora, deklaracje emigrantów z Irlandii i opowieści jednego samorządowca. Nic o tym jak będą wyłaniani ludzie na listy, według jakich kryteriów (przecież to proste, jeśli nie według programowych, bo ich nie ma, to jasne, że według uznania lidera), jak będą wyglądały struktury ruchu, nawet tylko te, które mają wskazać kandydatów. Co do ludzi na listy – to mają na nich być antysystemowcy - i Ogórki, i Brauny. (Co ciekawe, Magdalena Ogórek dosłużyła się miana antysystemowej, mina Milera - bezcenna). Programu nie będzie, bo jak powiedział lider – jest za uczciwy na program: inne partie mają programy ale ich nie realizują, więc on nie będzie miał programu, bo to oszustwo. Czyli jest jak dziecko – gdy inne dzieci mówią, że się myją, a tak na prawdę się nie myją, ono będzie uczciwe – powie od razu, że się nie myje. (Ale czy od tego będzie mniej zalatywało niż inne?)

Na razie na forach zwolenników ruchu jest pewien szum na temat tego zjazdowego blamażu, ale najdalej idące wnioski kończą się na zarzucaniu nieudolności DORADCOM Kukiza (jak by się Kukiz kogokolwiek słuchał). Czyli lądują na poziomie Gierka, który chciał dobrze, ale miał okłamujących go i nieudolnych ekspertów. Członkowie ruchu muszą pozostać w stanie zawierzenia, że Paweł wie lepiej, taktycznie czeka, i jak już powie, to powie od razu to, co myślimy.

Niewiele to ma wspólnego z obywatelską podmiotową postawą deklarowaną jako ostateczny cel ruchu.

Scenariusz na zadymę

Jest jeszcze jeden scenariusz, uzasadniający bezprogramowość Kukiza, którymi martwią się zwykli Polacy, nie tylko establishment. Scenariusz zawieruchy. Otóż Kukiz wchodzi do Sejmu i jest totalnie obrotowy (po to by utrzymać tę zdolność nie ma programu). To znaczy, że pójdzie tam gdzie obiecają mu pozłacane urny i JOW od poziomu szkolnych komitetów rodzicielskich wzwyż. Niestety pójdzie także tam, gdzie aktualnie wyląduje stan emocjonalny lidera oraz propozycje jak najbardziej systemowych partii, walczących o większość z jego pomocą. Kukiz zajmie pozycje pasywnego koalicjanta, który, owszem, umożliwi powołanie rządu, lecz przecież bez wcześniejszych deklaracji programowych może równie dobrze wspólnie z opozycją torpedować konkretne posunięcia koalicjanta. Bo do rządu nie będzie chciał wejść, utrzymując czyste ręce antysystemowca. Mamy więc rząd mniejszościowy (nota bene wzmacniający rolę prezydenta), narażony na fanaberie amorficznego języczka u wagi. Bo nawet jakby Kukiz obiecał koalicję na serio, to jak utrzyma jednomyślność w swoich szeregach, by realizować koalicyjne ustalenia klubu złożonego z Ogórków i Braunów?

Efektem jest więc chaos, czyli albo chwiejny rząd mniejszościowy, albo przedterminowe wybory. W końcu - jedno i drugie. Jeśli więc przedterminowe wybory – to według jakiej ordynacji? I tu trafiamy w sedno – jeśli przedterminowe wybory odbędą się według ordynacji JOW, to Kukiz zagra o wszystko. Będzie totalny reset, upadły rząd, kompromitacja całego systemu politycznego w ogóle, nie tylko w jego obecnej formie, czyli szybki wjazd na rewolucyjne tory. Nowe wybory to już wtedy ruletka (w jej rosyjskiej odmianie). Jak wygra armia BoJOWników od programowego Sasa do lasa, to kto złoży parlamentarną większość, by wyłonić rząd? No, jeden kandydat, jak podejrzewamy jest. Jak wygra opcja brytyjska i JOW zakonserwują obecny układ to wyjdzie na to, że karpie z JOW głosowały za przyspieszeniem świąt Bożego Narodzenia. Wtedy poszukają swej przygody poza stawem, czyli systemem politycznym. A to już zalatuje kryterium ulicznym. Jak wyjdzie układ mieszany – znów nowe wybory, bo nie będzie stabilnej większości w Sejmie.  
Nie jest więc bez znaczenia czy Kukiz dostanie się do parlamentu z zaklepanymi w referendum JOW, czy nie.  
Scenariusz zadymny prowadzi do destabilizacji państwa, ruchów zarówno rewolucyjnych, jak i reakcyjnych, uznających stary reżim za cud stabilności w porównaniu z alternatywą. Z tego zamętu ostatnie co się urodzi, to nowy ład, o którym marzą JOW-owcy. Rewolucjoniści pierwszego etapu zawsze są przelicytowywani skrajnością następców. Można już zobaczyć tych jakobinów w szeregach ruchu.

Zaś jeśli kukizowców rozbiorą po kawałku do istniejących partii, to rozkładający się ruch zakonserwuje system na wieki. I dla jaj na koniec politycy ze starego rozdania systemu przejdą na JOW, bo ruch się już skompromituje, zaś dotychczasowi beneficjenci będą pewni korzystnego powrotu do spokojnej przystani dwójpodziału władzy.

Jeśli scenariusz zadymy jest u Kukiza świadomy, to chciałbym powiedzieć, że nie do końca wśród członków jego ruchu. Jeśli zaś jest nieświadomy, to równie gorzej, tyle, że inaczej. Kołyszący łódką będą lamentować, że łódka bierze wodę i ktoś niewinny wypadł za burtę.

Podstawowy błąd

Kukiz myśląc pragmatycznie o korzyściach z braku programu działa na krótką metę. Nie jest tak, że albo utrzyma swoje szeregi brakiem dzielącego je programu, albo zmniejszy je deklarując swój program, w związku z tym sam zredukuje swoją obecność w Sejmie. Kukiz mógł zrobić rzecz najprostszą. Po ewidentnie celnej, potwierdzonej wynikiem wyborczym diagnozie stanu państwa Kukiz mógł zdefiniować środki zaradcze, które w przypadku rozwiązań ustrojów ch nie mają przecież większego ładunku ideologicznego, jedynie pragmatyczne znaczenie dla poprawy funkcjonowania państwa. Takie postulaty mają wyraz w dwóch wymiarach – pierwszym, w sposobie wyłaniania reprezentantów do ciał przedstawicielskich, manifestowania i egzekwowania woli narodu, a także w drugim wymiarze – instytucji państwa i ich wzajemnych relacjach. Jest wiele dobrych przykładów rozwiązań kwestii jakości funkcjonowania państwa, które można zaczerpnąć z historii i konstytucji, także innych krajów. Nie mają one – poza preambułowymi zaklęciami – większych ideologicznych przesłań. Reszta to ustrojowe pomysły, gdzie JOW (zaprawdę, Panie i Panowie BoJOWnicy) są tylko JEDNYM z instrumentów, w dodatku nie przynoszącym żadnych gwarantowanych pozytywnych efektów, jeśli nie jest on wsparty dodatkowym instrumentarium. I te ustrojowe rozwiązania na pewno by członków ruchu nie podzieliły. Ale trzeba było przysiąść nad paroma konstytucjami, skonsultować się z wiodącymi samorządami – został zaś tylko antyestablishmentowy bluzg i klepanie pacierzy o JOW, które nas zbawią i wyzwolą. Ale jest już za późno – zabrakło tej refleksji. Jest ruch bez programu, bez struktur, bez przedstawicieli, bez nazwy – bez sensu.

Miałeś, Pawle, złoty róg

Jako głosujący na Kukiza, mam nie tylko prawo, ale i obowiązek pisać krytycznie o ruchu, który okazuje się zaprzepaszczoną szansą na ześrodkowanie impulsów zmieniających obecny nieefektywny układ. Zaprzepaszczoną szansą na obalenie szkodliwego mitu o niepokalanym poczęciu wolnej Polski przy Okrągłym Stole. Uważam, że ład pookrągłostołowy jest już tak przegniły, iż od dawna szkodzi Polsce, zaś główny objaw gnicia – klientyzm - przyspiesza społeczną degradację tak bardzo, że za chwilę będzie już za późno na ewolucyjne środki zaradcze. Uważam establishment Polski za układ postkolonialny, który należy i można odsunąć, ale w ramach istniejących reguł gry. Alternatywą jest populistyczna rewolucja, najgorsze, co się może Polsce przydarzyć.

Zachwyty elit i basujących im dziennikarzy z kraju i zagranicy nad rosnącym polskim PKB, czy płacy średniej na poziomie ponad 4 tysięcy tylko wściekają naród, który na umowach śmieciowych tego wzrostu PKB po prostu nie widzi. Nie jest też tak głupi by, nie zadawać sobie pytań, gdzie się ten rosnący PKB rozpływa, bo przecież do nich nie dochodzi. Nie jest też tak głupi, by nie podejrzewać, że idzie on przez korporacje do zagranicznych firm matek, na misie, które muszą być drogie, do oligarchów, na kupowanie głosów cały grup społecznych, w końcu do rosnącej rzeszy urzędników, którzy muszą być durniami lub złodziejami by zarabiać (tylko) 6 tysięcy.

PO wciąż zastanawia się dlaczego zaczyna przegrywać, upatrując powodów porażki w lepszej lub gorszej efektywności PR-owskich sztuczek. O koniec tej strategii jestem spokojny, bowiem problem, który przegapiła PO to zjawisko, które Lem nazwał realizą (w „Kongresie Futurologicznym” opisuje je jako tak duży poziom degradacji rzeczywistości, którego już nie da się przykryć cukrowaną propagandą). Rzeczywistość zweryfikowała nie po raz pierwszy polityków, którzy uwierzyli we własną propagandę. Im później tym gwałtowniej.

I w tej sytuacji Panie Pawle ma Pan, a raczej miał, wszystko na tacy. Zrządzeniem losu oraz dzięki ciężkiej pracy, ale bardziej jednak zrządzeniem losu stał się Pan, a raczej był Pan, rzecznikiem społecznego odruchu, który chce wreszcie pokazać tak rządzącym czerwoną kartkę. Los Panu sprzyjał, bo inny antysystemowiec (Korwin-Mikke) pracował na swoją markę lidera protestu od samego początku III RP, a Panu udało się przejąć i pomnożyć ten elektorat tuż przed metą. Los Panu sprzyjał, bo hejt mediów mainstreamowych nieświadomie wykreował Pana na bohatera protestu i pozwolił Pana zwolennikom przymknąć oko na medialne wpadki. W końcu los Panu tak sprzyjał tak, że można było z założonymi rękoma oglądać samokompromitację systemu uwikłanego w aferę taśmową. Ale teraz nie tyle marnuje Pan swoje szanse, ale marnuje Pan nadzieje tych, którzy uwierzyli, że to Pan zamieni ten ruch protestu w konstruktywną siłę, mogącą zmienić pozytywnie rzeczywistość Polski i Polaków. W ruchu, w którym upatruje Pan antysystemowość jako jedyne spoiwo, bez programu, będą Panu topniały szeregi. Wtedy będzie Pan już tylko mógł się odwoływać do taktyki „więcej tego samego”. I będzie Pan sam siebie przelicytowywał od antysystemowości po antyestablishmentowość, od populizmu aż do granic ekstremizmu, licząc, że coraz ostrzejsza narracja osłabi odpływ członków. Im bardziej będzie Panu ruch topniał (a będzie), tym bardziej Pan i Pana akolici będziecie się radykalizować.

Jak Pan chce byśmy Pana poparli, skoro nie znamy ani programu Pana ruchu, ani przedstawicieli i środowisk, które będą starały się o głosy, ani struktur, ani sposobu wyłaniania liderów? Jak Pan chce to zmienić z Ogórkami i Braunami na jednej liście? Wiemy co Pan chce zrobić z udziałami zagranicznych spółek medialnych, Lidlami, religią w szkole i in vitro. Nie wiemy tylko jakiej Polski Pan chce. Boimy się tylko, że kiedy wyjaśni się ta tajemnica może być już za późno, co przyniesie nieodwracalnie złe skutki nie tylko dla Pańskiego ruchu, może mieć fatalne skutki dla Polski I Polaków.

Najgorzej, że jak ten impet zostanie przez Pana zmarnowany (a robi Pan wszystko ku temu, jak najgorszy swój wróg), to nad Polską na dłuższy czas skończy się pogoda na - konieczne przecież - głębokie zmiany. Bo jak już się po klęsce Pana ruchu pojawi kiedyś jakiś nawet najrozsądniejszy radykał (to nie oksymoron), to się będzie mówiło: e, nieeee – był już kiedyś taki jeden, jak mu tam było, aha – Kukiz. I wiecie jak to się wszystko skończyło. Dajmy sobie spokój, pogrilujmy na koszt przyszłych pokoleń, popatrzmy jak celebryci wydłubują sobie oczy w kolejnym teleturnieju, podziękujmy korporacji za 1200 na rękę, niby emeryturkę w ZUS, uwarzmy sobie zupkę z knorra na ruskim gazie, umyjmy gary – dzięki rządzącym mamy przecież ciepłą wodę w kranie.  
I zagłosujmy na bruneta, czy babę z brodą, bo co to za różnica.

I tego Panu, jeśli tego dożyję, nie wybaczę. Nie wybaczę, że kolejna szansa na konieczną zmianę utonie w odmętach populizmu. Dlaczego to dzięki Panu ma się potwierdzić nieoczywiste przecież zjawisko, że podniesiona w proteście pięść wyrasta z ciała, które nie ma głowy, ale ma za to usta demagoga? A przecież doświadczenie polskiego Sierpnia mówi, że tak być nie musi.

Do przyjaciół JOWialskich

I na koniec do Was, koledzy z nie mojego ruchu, bo mam nadzieję, że mój tekst wywoła wśród Was może nie dyskusję grupową, ale indywidualną refleksję. Tak dla higieny tej refleksji uprzedzam:

Mam do Was wiele sympatii, gdyż widzę wśród Was dużo szczerości i autentyczności. Niestety też dużo naiwności, czasem tez ignorancji i arogancji. Mam sympatię i zrozumienie, bo widzę po prostu siebie z lat pierwszej Solidarności i stanu wojennego. Niestety mam dla Was kilka może zasmucających rad, które dałbym sobie w tamtych czasach.

Pierwsza to ta, że nie ma na świecie jednego sposobu, klucza, który otwiera bramy do raju. JOW, nie są więc i tu wyjątkiem. Obyście się niezniechęcili do rzadkiej i potrzebnej w Polsce społecznej aktywności, gdy to zrozumiecie.  
Po drugie – nie rezygnujcie nigdy z niezależnego myślenia, krytycyzmu wobec nawet najwznioślejszych haseł. Nie przyjmujcie niczego z góry, szukajcie rozwiązań, bo Wasza niezależność myślenia będzie poddana niedługo wielkiej próbie.

Po trzecie – nie zniechęcajcie się niepowodzeniami w realizacji swoich celów. Rewolucyjny zapał szybko słabnie, przeradza się w rezygnację, a ta wiedzie do cynizmu. Wasi adwersarze też tak zaczynali i widzicie gdzie skończyli.

Wreszcie – uważajcie na autorytety. „My z Pawłem na przedzie i jakoś to będzie” - to za mało. Po tak przez Was wyczekiwanym zwycięstwie JOW dopiero zaczną się schody.

Jeśli myślicie, że subiektywnie mam rację, zaś obiektywnie szkodzę Waszemu ruchowi, to znaczy, że przekroczyliście już subtelną granicę rewolucyjnej dialektyki. Poza nią będziecie już w stanie zakwestionować każdą prawdę i postawę, która krytycznie weryfikuje Waszą ideę i zaakceptować każde kłamstwo i niegodziwość, która może jej służyć.

Z punktu widzenia Waszych jakobinów jestem pewnie człowiekiem systemu, bo pracowałem kiedyś (a jakże) w zagranicznych mediach, które Was teraz opluwają. Żeby uprościć sprawę – wydaję się sobie przez to mniej „systemowy”, niż Wasz lider, który był w tym czasie członkiem Komitetu Honorowego PO. Nie odbieram mu prawa do ekspiacji, tak jak sobie prawa do niezależności poglądów.

Autor był dyrektorem wydawniczym w Gremi Media i dyrektorem sprzedaży w biurze reklamy Ringier Axel Springer Polska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA