fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Europa w cieniu rakiet

Władimir Putin
AFP
Polska dyplomacja powinna skoncentrować się na budowie jedności w ramach NATO zamiast na konferencji bliskowschodniej, która tylko pogłębia podziały – pisze politolog i publicysta.

Z początkiem lutego Stany Zjednoczone wycofały się z jednego z najważniejszych dla Europy amerykańsko- radzieckich traktatów rozbrojeniowych – INF (Intermediate Nuclear Force). Podpisany w 1987 roku zakazywał  produkowania, testowania i stacjonowania rakiet średniego zasięgu. Po upływie półrocznego okresu przejściowego, czyli od sierpnia br., rakiety mogące przenosić ładunki nuklearne o zasięgu pokrywającym całą Europę (500 do 5500 km) będą mogły być rozmieszczane przez Rosję i USA m.in. w naszej części świata. Wielu obserwatorów straszy nowym wyścigiem zbrojeń. Inni dowodzą, że los traktatu zawartego jeszcze w czasie zimnej wojny jest dziś w istocie bez znaczenia. Tymczasem najbardziej realne i bezpośrednie zagrożenie ma nie wojskowy, lecz polityczny charakter. Koniec traktatu INF otwiera bowiem dyskusję w Europie, która zagrozić może spójności NATO, a tym samym najważniejszemu filarowi bezpieczeństwa naszego kraju.

Traktat INF odegrał w historii kluczową rolę. Był pierwszym, który zakładał rzeczywiste rozbrojenie (a nie tylko kontrolę zbrojeń), czyli doprowadził do zniszczenia całych arsenałów rakiet. Był tym samym niezwykle ważnym czynnikiem odprężenia między USA a ZSRR, które dwa lata później umożliwiło zakończenie zimnej wojny. Ale jego fundamentalne znaczenie wynikało głownie z tego, że był elementem podejścia w polityce USA, które zakładało niepodzielność bezpieczeństwa Ameryki i Europy. Zawarcie traktatu INF poprzedziło rozmieszczenie amerykańskich rakiet średniego zasięgu (Pershing II i Cruise) w Europie Zachodniej – jako odpowiedź na podobne rakiety radzieckie (SS-20) znajdujące się od połowy lat 70. m.in. na terytorium NRD.

Polityczna logika tej decyzji polegała na tym, że istnienie radzieckich rakiet, które zagrażały wszystkim państwom Europy Zachodniej, ale nie mogły dosięgnąć Ameryki, stwarzało możliwość wojny ograniczonej tylko do terytorium Starego Kontynentu, w której Europejczycy bez udziału USA nie mieliby szans. Ale ówczesna decyzja NATO o rozmieszczeniu amerykańskich Pershingów miała „podwójny” charakter: zawierała też zaproszenie do rozmów rozbrojeniowych, których efektem stał się właśnie traktat INF. Odtąd brak rakiet średniego zasięgu w Europie uważany jest za podstawę bezpieczeństwa w regionie.

Czy wkraczamy właśnie w nową erę zbrojeń i niestabilności? Moskwa zapowiedziała wprawdzie, że nie zamierza rozmieszczać rakiet średniego zasięgu dopóki nie zrobią tego Stany Zjednoczone, ale minister obrony Siergiej Szojgu otrzymał od Putina polecenie rozpoczęcia prac nad nowym wersjami takiej broni. Nie to jest decydujące. Jak wskazuje Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich, Polska (a także np. Berlin) jest już dzisiaj w zasięgu rosyjskich rakiet zdolnych do przenoszenia pocisków nuklearnych rozmieszczonych m.in. w okręgu kaliningradzkim (typu Iskander). Zaś systemy Kalibr bazowane na okrętach wojennych mogą dosięgnąć nawet znacznie bardziej odległe cele w Europie. Także znany niemiecki analityk Joachim Krause twierdzi, że traktat INF jest w istocie reliktem zimnej wojny, który nie przeszkodził Rosji w dozbrojeniu stanowiącym bezpośrednie zagrożenie dla Europy. Przyczyną jest to, że traktat ten zakazywał tylko rakiet bazowanych na lądzie (w przeciwieństwie do tych na okrętach lub przenoszonych przez samoloty). Poza tym Rosja od dawna naruszała jego postanowienia. Zakazane dotąd rakiety średniego zasięgu znajdują się na wyposażeniu rosyjskich baz na wschód od Uralu i w pobliżu Morza Kaspijskiego. Niektórzy przypuszczają, że także znacznie bliżej Europy. Właśnie pogwałcenia traktatu przez Rosję były oficjalną przyczyną, dla której Amerykanie zdecydowali się od niego odstąpić.

Koniec traktatu INF nie tyle zmienia sytuację strategiczną w naszym regionie, ile stanowi uznanie i przypieczętowanie jej realiów. Dlatego dla Polski i Europy ważne w najbliższych miesiącach będzie nie to, czy Moskwa zdecyduje się rozmieścić nowe rakiety u naszych granic, a raczej się nie zdecyduje. Bardziej istotnym pytaniem jest, jaka będzie odpowiedź USA i Sojuszu Północnoatlantyckiego na formalny koniec porządku pozimnowojennego, którego symbolem jest pożegnanie z kamieniem węgielnym systemu rozbrojenia. Najwięcej zależy od Stanów Zjednoczonych, ale zwłaszcza Polska i Niemcy mają do odegrania bardzo ważną rolę. Niestety, właśnie postawa wszystkich trzech krajów budzi dzisiaj poważne obawy. Polityczna dekompozycja NATO jako konsekwencja błędów w nadchodzących miesiącach byłaby największym sukcesem, o jakim mógłby marzyć Władimir Putin.

Wycofanie się USA z traktatu jest zrozumiałe i to nie Waszyngton, lecz naruszająca jego postanowienia Moskwa, ponosi odpowiedzialność za krach systemu rozbrojenia. Niemniej odpowiedź na pytanie o korzyści polityczne i wojskowe płynące – zwłaszcza dla Europy – z tego kroku nie jest wcale prosta. Okoliczności wycofania się z INF przez Trumpa świadczą o tym, że kalkulacje prezydenta USA tylko w niewielkim stopniu uwzględniają interesy bezpieczeństwa Europy. Trump podjął tę decyzję nie dlatego, by wzorem lat 80. przywrócić równowagę strategiczną zaburzoną przez działania Moskwy. U jej podłoża legła ideologiczna niechęć do porozumień międzynarodowych oraz obawa przed Chinami, których rakiety średniego zasięgu zagrażają bezpieczeństwu amerykańskich sojuszników w Azji. Traktat INF (Chiny nie są jego stroną) wiązał Ameryce ręce, zabraniając tego rodzaju broni. Teraz USA będą mogły ją produkować, choć na razie żaden azjatycki sojusznik nie pali się do ich stacjonowania. Ale to już problem USA.

Problemem Europy jest natomiast to, w jaki sposób Trump przeprowadził całą operację. Konsultacje z sojusznikami starczyły ledwie do uzyskania konsensusu w NATO co do winy Rosji i zrozumienia dla kroku USA. Waszyngton nie zadbał natomiast o to, by wraz z europejskimi partnerami uzgodnić następne kroki. Czy celem ma być nowy układ rozbrojeniowy, obejmujący także Chiny, Pakistan i Indie? A może dozbrojenie Europy – w sposób konwencjonalny bądź nuklearny? Czy nowy ład post-INF wymaga zmiany doktryny nuklearnej sojuszu? Na żadne z tych pytań nie ma dzisiaj jasnej odpowiedzi. Co gorsza, nie wygląda także na to, by administracja Trumpa dostrzegała w ogóle potrzebę szukania zawczasu porozumienia z partnerami z Europy w tych sprawach.

Trudno o bardziej drastyczny przykład erozji poczucia niepodzielności bezpieczeństwa Zachodu, które stanowiło tło fundamentalnych decyzji z lat 80. – zarówno „dozbrojenia” NATO, jak i późniejszego traktatu INF. Problem jest tym bardziej poważny, że koniec INF nieuchronnie prowadzi do dyskusji o wnioskach, jakie z niego należy wyciągnąć. Zaś reakcje w pozbawionej amerykańskiego kompasu i przywództwa Europie bywają w tej kwestii bardzo różne. To dlatego właśnie pytanie „Co po INF?” może okazać się polityczną puszka Pandory dla targanego sprzecznymi interesami i instynktami NATO.

Niemcy i Polska są tego najlepszym - i niepokojącym - przykładem. To najważniejsi aktorzy w polityce bezpieczeństwa w Europe Środkowej i kraje najbardziej narażone na polityczne, jak i militarne konsekwencje narastających właśnie napięć. Bez porozumienia między Warszawa a Berlinem wspólna linia NATO wobec pokłosia amerykańskiej decyzji nie będzie możliwa, zaś konflikt między nimi może mieć fatalne konwekcje dla całego sojuszu. Tymczasem zagrożenie tym konfliktem nie jest wcale teoretyczne, a stan relacji między obiema stolicami nie gwarantuje minimum zaufania potrzebnego do szukania rozsądnych rozwiązań.

Reakcje w Polsce i w Niemczech są nie tylko odzwierciedleniem różnic w kulturze strategicznej i poczuciu zagrożenia, lecz także odmiennego odczytania polityki Trumpa i płynących z niej wniosków dla Europy. W obu przypadkach mamy do czynienia z daleko posuniętym fatalizmem. W Niemczech dominuje przekonanie, że kapryśna polityka Trumpa nie jest wypadkiem przy pracy, lecz efektem zarysowującego się od dłuższego czasu trendu odsuwania się Stanów od Europy i zostawiania jej samej sobie. Wyjście z traktatu INF doskonale pasuje do tej interpretacji. „Odpowiedzią na »America First« jest »Europe United«” – mówił parę miesięcy temu niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas, podkreślając konieczność zwarcia szeregów przez Europejczyków i gotowości do przeciwstawienia się USA tam, gdzie nasze interesy są sprzeczne (np. w sprawie Iranu). Polski fatalizm w odniesieniu do Ameryki ma inne oblicze: zakłada on, że Europa do tego stopnia skazana jest na USA jako gwaranta bezpieczeństwa, że nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć, że ich gwarancje nadal obowiązują. Także z tej perspektywy decyzja Trumpa o wycofaniu się z INF służy autosugestii – tym razem jako rzekomy sygnał chęci stawienia przez Stany czoła rosyjskiemu wyzwaniu.

Nic dziwnego, że to podziałało jak głaz rzucony w morze, którego fale odpychają polskie i niemieckie stateczki w przeciwnych kierunkach. Berlin bardzo szybko zadeklarował, że rozmieszczenie rakiet średniego zasięgu w Europie nie wchodzi w grę, zaś dialog na rzecz rozbrojenia musi mieć priorytet. Niemiecka awersja do zbrojeń ma swoje silne historyczne powody, ale taka tabuizacja jest błędem taktycznym i wyrazem strategicznej niedojrzałości. Z kolei w Polsce słychać głosy, że koniec ograniczeń może być „szansą dla Polski” (Witold Waszczykowski), a dyskusję o Forcie Trump można by wzbogacić o kwestię rozmieszczenia amerykańskich rakiet w naszym kraju. Choć oficjalne stanowisko rządu jest na szczęście wyważone (vide wywiad ministra Czaputowicza dla tygodnika „Der Spiegel”), to ślepa wiara PiS w strategiczne partnerstwo z USA na pewno nie jest dobrym doradcą. Gdyby Polska (lub inne kraje) zdecydowały się na kroki nieuzgodnione z partnerami z NATO (zwłaszcza dotyczące stacjonowania broni nuklearnej lub jej nośników na swoim terytorium), jedność, a w ślad za tym wiarygodność, sojuszu zostałaby w drastyczny sposób podważona.

Dzisiaj Europie bardziej niż rosyjskie bomby zagraża potencjalnie niezwykle toksyczny spór o to, jak zapewnić sobie bezpieczeństwo w świecie nie tylko bez umowy INF, lecz także bez zaangażowania USA w łagodzenie wewnętrznych europejskich napięć. Taki spór byłby prezentem dla Rosji, która nie od dziś stawia przede wszystkim na taktykę „dziel i rządź”, podsycanie konfliktów między członkami UE i NATO oraz podgrzewanie emocji. Moskiewska gra rakietami służy właśnie takiej wojnie hybrydowej – w stopniu nie mniejszym niż tradycyjnym celom zastraszania i agresji militarnej. Niewykluczone, że wychodząc z traktatu INF bez planu i bez troski o jedność europejskiej reakcji, Stany Zjednoczone ułatwiają tylko Moskwie osiągnięcie jej celów. Zaś Polska i Niemcy ryzykują swoją postawą wejście w rolę „pożytecznych idiotów” Kremla, którzy zamiast pracować na rzecz wspólnej odpowiedzi NATO, oddają się swoim ulubionym zajęciom: budowaniu specjalnych więzi z Trumpem, względnie dialogowi na rzecz rozbrojenia.

Złamanie przez Rosję postanowień traktatu INF nie może pozostać bez odpowiedzi. Ale wrażenie, że Europa ma dzisiaj wybór tylko między nuklearnym dozbrojeniem, jak w latach 80., a ucieczką z pola bitwy, jest błędne. NATO mogłoby w odpowiedzi poprawić swoje zdolności obrony przeciwrakietowej i konwencjonalnej, zwiększyć obecność rakiet bazowanych na morzu i w powietrzu. Rozmieszczenie rakiet średniego zasięgu, jak właśnie w latach 80., to tylko jedna z możliwych opcji. Ale brak konsensusu w ramach NATO skutkować może działaniami różnych krajów, w tym Polski, na własną rękę. Byłby to pierwszy krok do dekompozycji sojuszu, który jest najważniejszym filarem naszego bezpieczeństwa.

Wiara w to, że można go zastąpić bilateralnym układem z Trumpem, jest niebezpieczną iluzją. Na Polsce i Niemczech spoczywa dzisiaj największa odpowiedzialność wśród państw sojuszu, by do takiego scenariusza nie doszło. Zamiast na konferencji bliskowschodniej, która tylko pogłębia podziały w Europie i NATO, polska dyplomacja powinna skoncentrować swoje wysiłki na intensywnych konsultacjach z sojusznikami i inicjatywie dyplomatycznej w celu budowania wspólnej linii w kwestii bezpieczeństwa w naszym regionie. Berlin powinien być jej głównym partnerem i adresatem. Za zaniechanie w tej sprawie może zapłacić nie tylko Polska, ale cała Europa.

Dr Piotr Buras jest dyrektorem warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA