fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Memches: Antyputinizm jak antyfaszyzm

Lipiec 2009 r. Początek resetu. Spotkanie Baracka Obamy i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w Moskwie.
AFP, Saul Loeb
Z polskiej perspektywy najcięższym zarzutem wobec Donalda Trumpa jest to, że amerykański multimiliarder popiera gospodarza Kremla – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

Dla zachodniego establishmentu Donald Trump to prawdziwy szwarccharakter. Ułożony przez obrońców status quo (m.in. zwolennicy globalnego kapitalizmu, wyznawcy światopoglądowego liberalizmu i ideologii multi-kulti, lewica systemowa) katalog grzechów zwycięzcy tegorocznych wyborów prezydenckich w USA jest długi.

Pomińmy już takie zachowania Trumpa, jak epatowanie złością czy kpiny z poprawności politycznej. Z polskiej perspektywy najcięższym zarzutem kierowanym pod jego adresem jest to, że multimiliarder popiera Władimira Putina.

Czy rzeczywiście mamy jednak do czynienia z takim poparciem? Retoryka wyborcza to jedno, a realne sprawowanie władzy to co innego, odpowiedź zatem poznamy po przeprowadzce Trumpa do Białego Domu.

Niemniej trzeba podkreślić, że amerykańską politykę zagraniczną cechuje dynamika – co zresztą pokazała prezydentura Baracka Obamy. Na początku swojego urzędowania realizował on w stosunkach z Rosją reset – i skądinąd istotną rolę w tym odgrywała ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton. Waszyngton obrał taki kurs, mimo że świat zdążył się już przekonać, iż Putin nie jest gołębiem. Potem jednak relacje Białego Domu z Kremlem się pogorszyły – szczególnie po rosyjskiej aneksji Krymu, gdy w odpowiedzi na nią państwa zachodnie wprowadziły przeciw Moskwie sankcje.

Dziś o prokremlowskiej linii Obamy zachodni establishment nie pamięta. Woli natomiast wytykać Trumpowi bon moty, w których polityk ten chwalił Putina. W Polsce takie oskarżenie zamyka wszelką dyskusję. Putin stał się bowiem nad Wisłą uosobieniem absolutnego zła, bywa nawet porównywany do Hitlera (nazywany „Putlerem").

Zderzenie interesów

Oczywiście, w działaniach rosyjskiego prezydenta można znaleźć podobieństwa do tego, co robił wódz III Rzeszy. Na przykład aneksja Krymu została przeprowadzona w taki sam „pokojowy" sposób, jak anszlus Austrii. Zwrócił na to uwagę rosyjski historyk Andriej Zubow, co przypłacił utratą posady w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych.

Ale nawet takie podobieństwa nie przemawiają za tym, żeby porównywać Putina do Hitlera. Rosja drugiej dekady XXI wieku to inna rzeczywistość niż Niemcy lat 30. ubiegłego stulecia. Fakt, reżim putinowski jest autorytarny, a społeczeństwo rosyjskie dało się otumanić hasłami imperialnymi („krymnaszyzmem"). Czy jednak taka sytuacja świadczy o ustanowieniu czegoś w rodzaju dyktatury nazistowskiej?

Nie miejmy złudzeń, w stawianiu znaku równości między Putinem a Hitlerem nie chodzi o wierne przedstawianie tego, jak się sprawy mają. Liczy się wyłącznie efekt propagandowy, a więc zdezawuowanie polityka, wskazanego jako wróg.

Oczywiście, Putin nie został obwołany przez zachodni establishment wrogiem za darmo: prześladowanie opozycji, masakra Czeczenii, napaść na Gruzję, konflikt z Ukrainą mówią same za siebie. Tyle tylko, że tego typu przewinienia służą zachodniemu establishmentowi za pretekst do dorabiania prezydentowi Rosji gęby polityka uosabiającego absolutne zło, bo przecież wcześniej nie były one przeszkodą dla resetu. Tymczasem napięcia między Zachodem a Moskwą nie są przejawem walki dobra ze złem, lecz zderzeniem różnych interesów.

Inną rzeczą jest jednak to, że można dostrzec podobieństwo między tym, jak zachodni establishment traktuje w wymiarze propagandowym Putina, a zjawiskiem noszącym miano „reductio ad Hitlerum". Chodzi o swoisty mechanizm dyskredytowania przeciwników politycznych. Reductio ad Hitlerum to wyszukiwanie najmniejszego wspólnego mianownika dla kogoś, kogo się chce oczernić, oraz dyktatora III Rzeszy. Zabieg ten można zilustrować następującą formułą: jeśli w jakiejś, niemającej związku z przeszłością, sprawie czyjś pogląd okazuje się zbieżny z poglądem Hitlera – na przykład, że są potrzebne kampanie antynikotynowe albo budowa autostrad – to oznacza to, że zwolennik takiego poglądu jest nazistą.

Po drugiej wojnie światowej w Polsce reductio ad Hitlerum okazało się istotnym orężem propagandowym przeciwko Żołnierzom Wyklętym. Skoro chcieli oni obalić władzę ludową, to byli faszystami, bo władza ludowa została ustanowiona dzięki zwycięstwu Armii Czerwonej nad faszyzmem – brzmiał przekaz komunistów. To, że jeszcze do roku 1941 Stalin układał się z Hitlerem, stało się już wcześniej tematem zakazanym. Jak w „1984" George'a Orwella pamięć o przeszłych sojuszach miała być wymazana.

Reductio ad Putinum

Dziś z kolei mamy do czynienia z reductio ad Putinum. W Polsce wystarczy, że ktoś w jakiejkolwiek sprawie ma takie samo zdanie jak prezydent Rosji, a zarazem odmienne od zachodniego establishmentu – może się spodziewać, że zostanie obwołany „ruskim agentem" albo politykiem proputinowskim.

Weźmy choćby to, że Putin od początku swojej prezydentury prowadził politykę „wstawania z kolan", przywracania Rosji silnej pozycji międzynarodowej, którą miał ZSRR w okresie zimnej wojny. Z jednej strony służy temu konfrontacyjny kurs wobec Zachodu – upominanie się o swoją „strefę uprzywilejowanych interesów" (jak w przypadku Ukrainy), odrzucanie poglądu, że liberalna demokracja to system bezalternatywny, podważanie amerykańskiego przywództwa w świecie – z drugiej zaś – lansowanie fałszywej wizji dziejów, w której Rosja odgrywała wyłącznie pozytywną rolę.

Inna kwestia – postulat związków partnerskich. Zachodni establishment wysuwa go, bo uważa, że prawa przysługujące heteroseksualnym parom podejmującym trud małżeństwa i rodzicielstwa, powinny być nadane również parom homoseksualnym. Prezydent Rosji sprzeciwia się natomiast takim tendencjom i uzasadnia to koniecznością zachowania norm moralnych i społecznych, które zachodnia rewolucja kulturowa chce unieważnić. W roku 2013 podpisał ustawę zakazującą promocji nietradycyjnych zachowań seksualnych, przez co nie tylko stał się jednym z głównych wrogów ruchów LGBTQ, ale krytyczne uwagi skierował wobec niego sam Obama.

Oczywiście, można mieć do tych kierunków polityki Putina zastrzeżenia. „Patriotyzm wielkomocarstwowy" jest głównie środkiem propagandowym, mającym konsolidować Rosjan przeciwko Zachodowi i usprawiedliwiać awanturnictwo Moskwy na arenie międzynarodowej, chociaż Kreml nie posunie się za daleko, bo przecież obok sytuacji konfliktowych zawierane są intratne kontrakty gospodarcze.

Z kolei uprzykrzanie życia mniejszościom seksualnym może być podyktowane nie tyle troską prezydenta Rosji o kondycję moralną rodaków, ile populistycznym schlebianiem temu, że większość społeczeństwa rosyjskiego pozostaje odporna na zachodnie nowinki obyczajowe.

Niezależnie jednak od tych zastrzeżeń, jeśli którykolwiek z polityków Zachodu – a Polska również już jest krajem zachodniej wspólnoty politycznej, militarnej, gospodarczej – skrytykuje sposób funkcjonowania Unii Europejskiej, politykę zagraniczną Obamy czy rewolucję kulturową, dążącą do nadawania parom jednej płci praw przysługujących parom heteroseksualnym, może przekonać się o tym, co to jest reductio ad Putinum. Jarosław Kaczyński wielokrotnie słyszał o sobie, że jest sojusznikiem Putina, mimo że nie miał złudzeń co do niego już wtedy, gdy ci, którzy prezesa PiS o to oskarżają (w Polsce politycy dzisiejszej opozycji i publicyści wysokonakładowej prasy lewicowo-liberalnej) zachwycali się amerykańską polityką resetu z Kremlem.

Podwójny szantaż

Można zatem odnieść wrażenie, że nawet jeśli porównywanie Putina do Hitlera jest nieuprawnione, to antyputinizm stał się antyfaszyzmem naszych czasów. I tak jak współpraca Stalina z Hitlerem była od roku 1941 tematem zakazanym w krajach komunistycznych, tak dziś zachodni establishment udaje, że nigdy nie współpracował z Putinem. Oczywiście historia powtarza się jako farsa, dlatego snując takie porównania, trzeba zachowywać proporcje.

Na koniec warto się zastanowić, komu służą dwa – wydawałoby się sprzeczne – obrazy rzeczywistości: zachodni i kremlowski. Pierwszy przedstawia Putina jako uosobienie absolutnego zła (drugiego Hitlera), a establishment „wolnego świata" – jako eksportera praw człowieka, liberalnej demokracji i innych dóbr politycznych. Na drugim obrazie widzimy prezydenta Rosji jako strażnika suwerenności państw i konserwatywnych wartości, a takich polityków, jak Obama czy Hillary Clinton – jako przywódców nowego kolonializmu i promotorów powszechnego zepsucia.

Z obydwu obrazów użytek robią zarówno Putin, jak i zachodni establishment. Chodzi o to, że obie strony podziału stosują ten sam argument: kto nie z nami, ten przeciwko nam. To rodzaj szantażu, któremu poddawani są także polscy politycy – zwłaszcza ci będący teraz u władzy.

Zachodni establishment – skądinąd coraz bardziej podzielony – z bardzo różnych przyczyn występuje przeciwko Putinowi. Część z tych przyczyn, jak sprawa poskramiania imperialnych apetytów Kremla, pokrywa się z interesami Polski; inne – jak kwestia praw mniejszości seksualnych – nie. Polska racja stanu nakazuje je odróżniać. I unikać nie swojej gry. Także w kontekście zmian, które może przynieść prezydentura Trumpa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA