fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Mistewicz: Media w służbie wspólnoty

Fotorzepa, Magdalena Starowieyska
Jeśli rząd ingeruje w rynek energii i telekomunikacji, tym bardziej powinien pilnować rynku kształtowania opinii publicznej. Mądre elity biorą odpowiedzialność za wymianę idei podobnie jak za edukację czy uniwersytety – pisze prezes Instytutu Nowych Mediów.

Państwo zrejterowało z obszaru mediów. Z obaw przed zarzutami o cenzorskie zapędy wywiesiło białą flagę. Nie ingeruje ani w procesy własnościowe, ani w utratę jakości, tabloidyzację. Nie wspiera mediów wysokojakościowych. Nie czuje się odpowiedzialne za kształtowanie wspólnoty, debatę publiczną, za dostarczanie obywatelom wiedzy.

Dopiero wówczas, gdy okazuje się, że na polskich dziennikarzy wpływ wywierają obcy – właściciele zatrudniających ich koncernów, żądający działań przeciwko rządowi, zapowiadane są działania naprawcze, przyjmujące głównie postać repolonizacji mediów. I niewiele więcej.

Taryfy dla dyliżansów

Relacjami między państwem a mediami rządzi w Polsce logika odbijania się od ściany do ściany. A przecież nie ma wielkich różnic między zapewnieniem obywatelom edukacji w zakresie tabliczki mnożenia, bezpłatnych szczepionek, dostępu do dzieł mistrzów w teatrach, operach, filharmoniach czy muzeach a zapewnieniem dostępu do wysokojakościowej informacji i wiedzy. Wszystko to jest obowiązkiem państwa.

Media stanowią infrastrukturę krytyczną dla kształtowania społeczeństwa, zachowania jedności obywatelskiej, rozwoju kulturowego, społecznego. Choćby i tego, aby Polacy mieli niezaburzone poczucie własnej wartości jako naród, rozumieli wyzwania współczesnego świata i miejsce, jakie Polska zajmuje. Aby – tak, tak, tak! – rozumieli operę, sztuki piękne, nowe idee.

Jeśli państwo ingeruje w rynek energii, paliw, telekomunikacji, tym bardziej powinno ingerować w rynek mediów i kształtowania opinii publicznej. W poszanowaniu dla wolności słowa, w zgodzie z zasadami państwa prawa i unijnymi dyrektywami.

Świetnym przykładem (przy tym europejskim) dobrego zorganizowania relacji państwo–media jest Francja, która od czasów wprowadzenia dyliżansów pocztowych stwarza warunki dla funkcjonowania mediów, promuje je, uznając media za czynnik „oświecenia" obywateli. W przypadku dyliżansów pocztowych: ustalając najmniejszą z możliwych taryf pocztowych dla transportu i wysyłki gazet. A w dzisiejszych czasach wspierając na wszelkie sposoby dziennikarstwo.

Elity francuskie rozumieją, że wszystkich łączy Republika. Spory partyjne, rywalizacja wyborcza, są ponad ustaleniem podstawowym, że im lepiej wykształcone społeczeństwo, lepiej rozumiejące skomplikowany świat, im wyższej jakości materiały prasowe, im więcej debat publicznych i dyskusji, tym więcej społecznej zgody, intelektualnego rozwoju wspólnoty. Mądre państwo odpowiedzialne jest więc za kształt mediów podobnie jak za edukację czy uniwersytety.

Równość, wolność słowa i braterstwo

To jeden z głównych powodów, dla których nie udało się we Francji zaistnieć obcym wydawcom prasy opiniotwórczej. Uznano, że kształtowanie wspólnoty powinno pozostać w rękach wydawców francuskich; oddanie tego segmentu niosłoby zbyt wielkie ryzyko dla demokracji. Media uznano za element infrastruktury krytycznej. Wszystko w zgodzie z zapisami prawa, zarówno francuskiego, jak i europejskiego.

Ale to zrozumienie dla roli mediów w tworzeniu wspólnoty idzie o wiele dalej: ku współtworzeniu przez państwo wysokojakościowego dziennikarstwa, wspomaganiu wysokich standardów. Wystarczy wejść do najmniejszej, choćby lokalnej księgarni, by zorientować się, jak wiele jest kwartalników, miesięczników, tygodników, pism idei. Ale też wystarczy zobaczyć, jak wiele inicjatyw dotyczących jakości rozmowy w sieci, mediów społecznościowych realizowanych jest ze wsparciem państwa.

Państwo francuskie – w odróżnieniu od polskiego – nie zrejterowało z obszaru wykorzystywania mediów, wręcz przeciwnie: silnie wspiera świat wymiany idei, stojący we Francji na bardzo wysokim poziomie. Elity uznały, że wspieranie mediów – także krytycznych wobec aktualnego rządu – to budowanie Republiki jako wspólnoty mądrych obywateli.

Dlatego też 1,6 mld euro kierowane jest każdego roku na wspieranie prasy (kwoty kilkakrotnie wyższe kierowane są do stacji telewizyjnych i radiowych, a także do wydawców książek). Państwo czuje się odpowiedzialne za wsparcie dla wszystkich pism: od prawa do lewa. I tak „Le Figaro" uzyskało wsparcie 16,1 mln euro, podobnie jak „Le Monde", a „La Croix" 10,4 mln euro, „Liberation" 9,8 mln euro. Duże sumy trafiły również m.in. do „Le Nouvel Observateur", „L'Humanite" oraz do „L'Express". Ale podobne tytuły można by długo wymieniać.

Co ważne, dotacje nie są uzależnione od tego, jaka opcja jest aktualnie u władzy. Nie o to chodzi, aby uzyskać przewagę na rynku idei, ale aby w ogóle ten rynek się rozwijał. Na tym polega też to, co nazywam arystokracją rozumu, a co jest efektem kilkuset lat dyskusji, namysłu, ucierania się poglądów w specyficznym dla Francji środowisku wyższych uczelni, stowarzyszeń, lóż, ruchów obywatelskich i miejsc dysput.

Trudno zbudować prawdziwą wspólnotę, nie respektując zasady równości, wolności (w tym wypadku słowa), braterstwa. Pisma komunistyczne i tygodniki pielgrzymkowe dotowane są więc porównywalnymi kwotami. Spore wsparcie przeznacza się dla pism wspólnot religijnych, kościołów. Podkreślam: wspierane są także tytuły jawnie antyrządowe, acz respektujące wartości Republiki. Antyrządowa, ale propaństwowa „Marianne" otrzymuje 1,5 mln euro wsparcia rocznie. Podobnie jak satyryczny, wyśmiewający wszystkich i wszystko, ale trzymający wysoki poziom merytoryczny „Le Canard Enchaine". Wspierane są nawet tytuły biznesowe, które przecież „powinny utrzymywać się same".

Co ważne, państwo dotuje prasę opiniotwórczą, ale i tytuły sportowe („L'Equipe" 3,4 mln euro) czy najbardziej popularną, z najniższego segmentu pism telewizyjnych, a nawet prasę dla automobilistów. Dotowane są tytuły kobiece („Femme Actuelle" 2,8 mln euro, „Elle" 2,6 mln euro), dzienniki lokalne („Nice Matin" 2,7 mln euro czy „La Voix du Nord" 2,6 mln) oraz prasa dla dzieci („Le Journal de Mickey" 0,5 mln euro).

Niewpuszczane są wydawnictwa zagraniczne, a jeśli już uda im się wywalczyć we Francji swoje miejsce, wszelkimi sposobami utrudniane jest im działanie, aż wreszcie zrezygnują. Władza nie traktuje mediów jak wrogów, a media nie są skupione na „zagryzaniu" władzy. Klikalność i oglądalność nie jest budowana błahostkami i postprawdą. Dziennikarze – z reguły nie widać po nich, na kogo głosują – są dobrze wyedukowanymi profesjonalistami, z warsztatem przekazywanym w relacjach mistrz–uczeń. W głównym wydaniu wieczornego dziennika telewizyjnego w niedzielny wieczór osiem minut poświęca się kulturze wysokiej (operze, malarstwu). Elementy zdrowego państwa dopełniają się.

Porównując relacje państwo–media w Polsce i we Francji, widzę u nas upadające, karlejące media, pogrążające się w błahostkach, propagandzie. W miejscu opuszczonym przez państwo obserwuję coraz większą ingerencję podmiotów zagranicznych. Co szczególnie groźne, są to podmioty niestroniące od posługiwania się świadomą dezinformacją i obniżaniem poczucia wartości Polaków jako narodu. Nie widzę odpowiedzialności państwa za wspólnotę i za budujące ją mądre, wysokojakościowe media. Nie widzę mądrego państwa.

Autor jest politologiem i publicystą, znawcą Francji, prezesem Instytutu Nowych Mediów

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA