Pozostaje pytanie: „Co jest tego przyczyną”
Przypominam, że jako jeden z nielicznych publicystów i polityków Prawicy w 1989 roku stanowczo domagałem się, by nie wprowadzać religii do szkół. Tłumaczyłem, że skończy się to utratą przez Kościół młodzieży.
Co właśnie jest widoczne.
Oczywiście, jak zawsze, nikt mnie nie słuchał.
Za PRL-u (po 1956 roku) PZPR-owcom zależało na tym, by ludzie byli spokojni i posłuszni. Dlatego zależało im na sile religii, która przecież uczy, że „Władza pochodzi od Boga”. A każdej religii najlepiej robią lekkie prześladowania...
Dlaczego? Bo wtedy do religii przyznają się nonkonformiści, czyli najcenniejszy odłam młodzieży, który stopniowo ciągnie za sobą resztę.
„Chcesz, by coś zostało zrobione – to masz trzy sposoby: zrób to sam, zapłać za to komuś, lub zabroń tego dziecku!”. Gdy pójście do salki katechetycznej było czynem opozycyjnym, to nawet Leopold Tyrmand paradował po Krakowskim Przedmieściu z ryngrafem Matki Boskiej na piersi. Był to owoc zakazany, czyli pociągał – a prześladowania nie były znów aż takie duże, by od tego odstraszyć.
Młodzież szła zatem wtedy do kościoła – i modliła się żarliwie. Pociągając za sobą obojętnych.
W efekcie samych katolików rzymskich było wtedy ponad 86 proc. - a dochodziły inne wyznania. Nawet partyjni chrzcili dzieci i brali śluby kościelne – co PZPR surowo potępiała... i w praktyce tolerowała. Od czasu do czasu przenosząc kogoś chwilowo na niższe stanowisko – bo przecież bez prześladowań nie byłoby tego smaczku i podniecenia, że robi się władzy na złość.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja po 1988 roku. Sojusz Tronu z Ołtarzem (na początku obiecujący) zazwyczaj kończy się fatalnie. Przede wszystkim: kler tyje i rozleniwia się. Jednak szczególnie ostro widać to wśród młodzieży, która zaczęto do szkół zaganiać niemal siłą.
W efekcie młodzi nonkonformiści stali się nie tylko ateistami: stali się nawet zażartymi antyklerykałami. Autorzy artykułu twierdzą, że jedną z przyczyn absencji na lekcjach religii jest to, że odbywają się w godzinach pierwszych i ostatnich. Mylą się. Zapewniam: gdyby były we środku i gdyby mniej zażarci anty-klerykałowie na te lekcje z rozpędu uczęszczali - to byłoby jeszcze gorzej.
Piszę „gorzej”, bo jako polityk uważam, że dobrze jest, gdy obywatele wierzą w Boga. Przykład rozpadu moralnego państw ateistycznych, jak Związek Sowiecki czy dzisiejsza Francja jest pouczający. Jak to powiedział Wolter (deista przecież): „Gdyby Pana Boga nie było należałoby Go wymyślić!”.
Śp. Stanisław Kociołek, sekretarz PZPR i zażarty antyklerykał, dał w latach 80-tych prosty przepis na walkę z Kościołem, bardzo wtedy głośny: „Dajmy im władzę i pieniądze, a sk***ią się, jak my wszyscy”. Program tow. Kociołka jest realizowany obecnie przez post-PZPRowskie PiS.
Gdyby rodzice sami płacili parę groszy za naukę religii w salkach parafialnych, gdyby trzeba było dawać na to pieniądze – sytuacja byłaby inna. Byłoby cementujące wspólnotę poczucie poniesienia ofiary. Coś, za co się płaci, się ceni. A darmowe mięso psi jedzą (to samo zresztą dotyczy nauki w szkołach ogólnie!).
W efekcie nawet narodowcy, krzyczący: „Bóg – Honor – Ojczyzna”, sami do kościoła rzadko uczęszczają. Niektórzy w ogóle.
Cóż: wrogowie Polski osiągają swój cel.
Szkoda tylko młodzieży.