Publicystyka

Fort Trump, czyli fatamorgana

AFP
Przekonanie, że oferta 2 mld dol. za stacjonowanie brygady amerykańskiej w Polsce mogłaby skusić Waszyngton, byłoby niebezpieczną iluzją. Armia USA to nie oddział najemników, który rzuca się tam, gdzie klient proponuje lepszą cenę – twierdzą eksperci ds. stosunków międzynarodowych.

Zależnie od punktu widzenia wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie miała być dyplomatycznym skokiem w przestworza lub niebezpiecznym krokiem na cienką taflę lodu. Nowe strategiczne partnerstwo, stała amerykańska baza w Polsce i wspólny sojusz przeciwko Nord Stream 2 napędzały wyobraźnię entuzjastów pierwszego podejścia. Wizja Polski jako konia trojańskiego USA w okresie największych napięć w relacjach transatlantyckich zaprzątała umysły sceptyków w Polsce i Europie. Z obu perspektyw góra urodziła mysz. Poza ogólnikami i (niekoniecznie korzystnymi) zdjęciami prezydent Duda z Waszyngtonu wiele nie przywiózł. Ale uniknął także jakichkolwiek kłopotliwych deklaracji, np. na temat będących przedmiotem kontrowersji między Stanami a Unią sankcji wobec Iranu, które kazałyby naszym partnerom w Europie z niepokojem zastrzyc uszami. Niemniej bilans prezydenckiej wizyty w Waszyngtonie – zwłaszcza w połączeniu z poprzedzającym ją szczytem Trójmorza – nie świadczy wcale o tym, że rozchwiana polska polityka zagraniczna zaczyna odzyskiwać równowagę. Symbolicznie świadczyć może o tym trzecie ważne wydarzenie tego tygodnia: zapowiedź skierowania przez Komisję Europejską ustawy o Sądzie Najwyższym do Trybunału Sprawiedliwości UE. Na tych trzech wymiarach – marzeniu o specjalnych relacjach z USA, ambicjach bycia liderem w regionie i pogłębiającym się konflikcie z instytucjami oraz partnerami w UE – zasadza się węzeł gordyjski dylematów polskiej dyplomacji, który zdaje się  właśnie coraz bardziej zacieśniać.

Sojusznik z lepszej półki

O przyszłości tego kluczowego splotu – dotyczącego naszej polityki wobec Stanów Zjednoczonych – nie będą decydować postanowienia z natury dość ogólnikowej deklaracji podpisanej w Waszyngtonie, lecz wnioski, jakie z tamtych rozmów wyciągniemy. Wiele wskazuje na to, że pomimo wstrzemięźliwych wypowiedzi Trumpa podczas konferencji prasowej wyobrażenie o Polsce jako przyszłym strategicznym sojuszniku USA w Europie uskrzydlać będzie myślenie (a także działania?) polskiej dyplomacji w nadchodzących miesiącach. Komentując wizytę prezydenta Dudy w Polskim Radiu, wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki zapowiadał, że „w perspektywie kilku lat, jeśli tego nie zmarnujemy, staniemy na zupełnie innej półce czy kategorii sojuszników amerykańskich”. Oraz że „Polska staje się w jakimś stopniu »zamiennikiem« Wielkiej Brytanii i Turcji” jako kluczowych sojuszników USA w Europie.

Jeśli te nadzieje potraktować poważnie, to rzucona przez prezydenta Dudę idea budowy w Polsce Fortu Trump może szybko przeistoczyć się w polityczną fatamorganę, której chęć doścignięcia decydować będzie o kursie polskiej polityki zagranicznej.

Problem nie polega tylko na tym, że analogia z Wielką Brytanią czy Turcją jest całkowicie nietrafiona. Brytyjczycy to atomowe mocarstwo i stały członek Rady Bezpieczeństwa, którego politycznemu i militarnemu znaczeniu dorównuje w Europie tylko Francja. Turcja nie jest członkiem UE, a jej geopolitycznego znaczenia w regionie Bliskiego Wschodu nie sposób zastąpić nawet szczytną tradycją sarmackich podbojów i bitwy wiedeńskiej. Ważniejsze – i bardziej niepokojące – jest pytanie, co Polska może i chce zaoferować Stanom Zjednoczonym za to, by wejść na „inną półkę” ich sojuszników. Przekonanie, że oferta 2 mld dol. (tak mówił prezydent Duda według prezydenta Trumpa, co ten pierwszy potwierdził w późniejszym wywiadzie dla TVP Info) za stacjonowanie stałej brygady amerykańskiej w Polsce mogłaby skusić Waszyngton do takiego kroku, byłoby niebezpieczną iluzją. Armia amerykańska to nie oddział najemników, który – nawet przy biznesowym podejściu samego Trumpa – rzuca się tam, gdzie klient proponuje najlepszą cenę. Dobrze się stało, że prezydent Duda w dobitny i poparty argumentami sposób wyłożył w Waszyngtonie, dlaczego takie rozwiązanie byłoby także w interesie Stanów Zjednoczonych i całego NATO. Niemniej nawet deklaracja Trumpa, że „rozważy taką opcję”, niewiele przybliża nas do takiego kroku: brutalna prawda jest taka, że zdecydują o nim nie polskie argumenty i finansowe oferty, lecz strategia administracji amerykańskiej wobec Europy i Rosji w ogóle, na którą Polska ma minimalny wpływ.

Poland first

Ale przekonanie, że mimo wszystko jesteśmy zdolni i gotowi do jakiegoś bilateralnego „dealu” ze Stanami Zjednoczonymi, zdaje się być głęboko zakorzenione. Dał mu wyraz prezydent Duda, mówiąc, że płaszczyzną porozumienia obu prezydentów jest ich podobne podejście akcentujące wyłącznie interes narodowy: podczas gdy Trump kieruje się zasadą „America first”, dla Dudy liczy się „Poland first”. Czy było to tylko oczko puszczone do Trumpa, razem z pomysłem nazwanego jego imieniem fortu próbujące połechtać wrażliwe ego prezydenta, nie wiadomo. Ale podobnie jak „America first” jest symbolem polityki narodowego egoizmu i odrzucenia wielostronnych zobowiązań, tak doktryna „Poland first” sankcjonowałaby i utwierdzała aktualny kurs polityki europejskiej polskiego rządu, w którym UE jawi się jako „wyimaginowana wspólnota” przeciwstawiana polskiej tradycji i interesom. Andrzej Duda nie skorzystał w Waszyngtonie z okazji, by powiedzieć cokolwiek w obronie Unii atakowanej przez Trumpa. Natomiast cytowany już wcześniej minister Cichocki jasno mówił, że wraz z brexitem „Stany Zjednoczone tracą w Europie sojusznika, który w Europie był w stanie przeciwstawiać się negatywnym tendencjom, o których słyszymy z Paryża czy Berlina” i Polska także w tej roli mogłaby Wielką Brytanię zastąpić. Podejrzenie, że jedyną poważną ofertą, jaką Warszawa złożyć może Stanom Zjednoczonym w zamian za niejasną obietnicę wejścia do wyższej ligi ich sojuszników, jest obrona ich interesów w ramach Unii Europejskiej, zyskało w ten sposób nową pożywkę. Jeśli ta dyplomatyczna fatamorgana rzeczywiście inspirować będzie myślenie strategiczne w polskiej polityce zagranicznej, to pokusa podejmowania stosownych kroków będzie bardzo realna.

Co z Europą?

Skutki takiej polityki byłyby dalekosiężne i potencjalnie fatalne. Podczas gdy wyobrażenie strategicznego partnerstwa z USA pozostaje bujaniem w chmurach, naszych europejskich partnerów zajmuje dzisiaj pytanie, jak odpowiedzieć na działania prezydenta Trumpa wymierzone wprost w jedność i stabilność Europy. Trump szantażuje Europejczyków zawieszeniem swoich zobowiązań w ramach NATO. De facto wypowiada UE wojnę handlową. Ma za nic czołowe osiągnięcia zachodniej dyplomacji (układ z Iranem) oraz – szerzej – liberalnego porządku międzynarodowego (WTO, układ klimatyczny). Liderzy krajów Zachodniej Europy mają jednak już nie tylko ograniczone zaufanie do USA. Więcej: coraz częściej uznają, że zmiana w transatlantyckiej polityce Waszyngtonu ma charakter długofalowy, być może nieodwracalny. W niedawnych wystąpieniach prezydent Francji Emmanuel Macron i niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas dali jasno wyraz temu, co to oznacza. Europa musi wzmocnić własną suwerenność: obronną, gospodarczą, finansową, technologiczną oraz polityczną. A to wymaga dalszej integracji. Silniejszej współpracy w polityce bezpieczeństwa i obrony. Skonsolidowania strefy euro. Zapewnienia alternatywnych (niedolarowych) kanałów dla międzynarodowych transakcji finansowych. Przede wszystkim zaś utrzymania wewnętrznej spójności, aby nikt nie rozsadzał Europy od środka.

Ta dyskusja o „europejskiej suwerenności” przyjmowana jest w Polsce w najlepszym razie z przymrużeniem oka lub zbywana pogardliwie jako wyraz tradycyjnego antyamerykanizmu zachodnioeuropejskich elit – którego rewersem ma być z kolei ich rzekoma słabość względem Moskwy. To błąd nie tylko dlatego, że w Paryżu czy w Berlinie przekonanie, że w relacjach ze Stanami nic już nie będzie takie jak dawniej i Europa musi się na to przygotować, jest bardzo głębokie. Jest także inna przyczyna: odpowiedzi udzielane dzisiaj przez Macrona, Maasa czy Merkel mogą wydawać się nie do końca przekonujące czy nawet niewłaściwe, ale są one odpowiedzią na realny problem związany z fundamentalnymi przekształceniami w światowym układzie sił.

Polski dylemat w tej sytuacji nie polega na tym, czy mamy stawiać na Stany Zjednoczone, czy Europę. Będąc członkiem NATO i mając bliską współpracę wojskową z USA, nie musimy dokonywać takiego wyboru, podobnie jak żaden inny kraj sojuszu. Ale musimy jak najbardziej zastanowić się, czy chcemy wspólnie z naszymi partnerami w UE definiować koncepcję „europejskiej suwerenności” w świecie, w którym Europie będzie coraz trudniej; czy też będziemy sabotować nowe procesy integracyjne w UE w imię wzmocnionego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Tych dwóch ostatnich celów rzeczywiście pogodzić się ze sobą nie da.

Jak bardzo naiwne jest myślenie, że stawka na USA może rozwiązać polskie problemy przy jednoczesnym odwracaniu się plecami do Europy, pokazał także ostatni szczyt Trójmorza w Bukareszcie. To w dalszym ciągu dość symboliczna inicjatywa współpracy infrastrukturalnej w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, którą strona polska uważa za swój kluczowy projekt dyplomatyczny. Wizyta Trumpa w zeszłym roku w Polsce oraz liczne wypowiedzi doradców politycznych i przedstawicieli naszego rządu nie pozostawiały wątpliwości, że projekt ten ma także polityczne i geoekonomiczne ostrze: skierowane przeciwko „hegemonii” Niemiec w Europie oraz zorientowane na zaangażowanie amerykańskiego kapitału w regionie. Dzisiaj coraz bardziej widać, jak ewentualny sukces Trójmorza zależy od wpisania go w unijne ramy i wsparcia ze strony instytucji oraz państw członkowskich. W roli obserwatorów wystąpili w Bukareszcie (na własne życzenie) minister spraw zagranicznych Heiko Maas i szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Najważniejsze realizowane już projekty finansowane są z pieniędzy UE. Zdecydowana większość państw Trójmorza odrzuca jego polityczny charakter. Dlatego kluczem do powodzenia jest europeizacja, a nie miraże strategicznych inwestycji amerykańskich.

Krótki czy długi horyzont?

Gwoli sprawiedliwości, jeśli Warszawa wydaje się coraz bliższa zaangażowania w poważny związek z Trumpem, choćby miało się to odbyć kosztem solidarności z partnerami europejskimi, to część odpowiedzialności za to ponoszą również Berlin, Paryż i Bruksela. Niemcy upierają się przy wyłącznie ekonomicznej naturze projektu Nord Stream 2. Francja nigdy nie była zachwycona udziałem Polski w PESCO, preferując integrację w węższym gronie. Nie zaprosiła też Warszawy do Europejskiej Inicjatywy Interwencyjnej. Z kolei krytycyzm zachodnich partnerów wobec Trumpa korzysta nierzadko z tradycyjnego antyamerykańskiego repertuaru. To utrudnia zrozumienie w Polsce, że propagowana przez nich „suwerenność europejska” nie jest fanaberią skierowaną przeciwko więziom transatlantyckim.

Kontekst wyborczy nie sprzyja opamiętaniu się  żadnej ze stron. Szykując się na polityczny maraton najbliższych dwóch lat (wybory samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie co pół roku), polski rząd może ulec pokusie podporządkowania spraw międzynarodowych potrzebom wewnętrznym. Przede wszystkim może wmawiać wyborcom, że w napięciach na linii Warszawa – Bruksela nie chodzi o żadne wartości, o praworządność czy solidarność, ale li i wyłącznie o starcie dwóch wizji geopolitycznych: Europy podporządkowanej Niemcom i takiej, która opiera się na suwerennych państwach członkowskich; Europy antyamerykańskiej z jednej strony, a transatlantyckiej z drugiej. Swoją drogą, publiczne media już teraz chętnie propagują taką perspektywę.

Z kolei Macron i spółka stoją przed pokusą dzielenia Europy na Wschód i Zachód, a co za tym idzie dalszego stygmatyzowania Polski, aby dzięki temu zapewnić siłom proeuropejskim jak najlepszy wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego – i aby jeszcze bardziej osłabić pozycję Polski w negocjacjach nad kolejną wieloletnią perspektywą finansową UE. To nie sprzyja jakiemukolwiek umiarowi, kompromisom ani wyciąganiu ręki do Warszawy.

Gdyby Polska na poważnie rozważała zaangażowanie się w unijną rozgrywkę – gdyby wybrała zmienianie UE od środka, poprzez europejskie sojusze, a nie sojusz z Trumpem – wówczas szansą byłby dla nas ewidentny klincz na linii Paryż – Berlin. Wbrew dominującej opinii polityczne przetasowania w Europie nie muszą być wcale zagrożeniem dla Polski. Problemem Unii jest to, że poza Macronem, który ma bardzo wyrazisty i zdecydowany pomysł na Europę (który nie każdemu w Polsce, ale też i w reszcie Europy odpowiada), żadne inne państwo nie ma w istocie koncepcji, co dalej.

Niemcy w bólach szukają własnej odpowiedzi na zupełnie nową rzeczywistość, w której przyszło im działać. Z Macronem wcale nie jest im specjalnie po drodze, co jest przyczyną zawieszenia, w jakim znajduje się polityka europejska. Macron spowalnia negocjacje budżetowe, czekając na wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego. Blokuje porozumienie Junckera z Trumpem, bo napięcie na linii UE – Stany Zjednoczone wzmacnia jego pozycję w rozmowach nad przyszłością Europy. A jednocześnie w rozmowach nad przyszłą perspektywą finansową jest pod wieloma względami hamulcowym zmian, jak choćby w przypadku polityki rolnej – nie może przecież zrazić do siebie francuskich rolników.

Berlin potrzebuje poważnych partnerów do dyskusji i przebudowy UE w kierunku, który mógłby Polsce bardziej odpowiadać niż propozycje francuskie. Warszawa mogłaby dziś odegrać ważną rolę w UE – nie jako „zamiennik” Wielkiej Brytanii, lecz jeden z architektów nowej Europy. Ale fundamentalny problem rządów prawa, podnoszenie sprawy reparacji i ewentualna próba aliansu z USA przeciwko Niemcom, które są na celowniku Trumpa, zamykają drogę do bliższej współpracy.

Tylko w Europie, a nie w Waszyngtonie można przeciąć węzeł gordyjski polskiej polityki zagranicznej. Strategiczne partnerstwo z USA, które ma być dźwignią polskiej pozycji w świecie, jest tylko złudnym panaceum oraz erzacem kroków, od których zależy nasz wpływ na otoczenie międzynarodowe Polski, a przez to także nasze bezpieczeństwo i dobrobyt. Nic nie zastąpi dobrych relacji z sąsiadami w Europie opartych na elementarnym zaufaniu i zdefiniowanych wspólnie interesach oraz takiego kształtu Unii Europejskiej, który służyłby rozwojowi Polski. Byłoby niedobrze, gdyby wiara w doktrynę „Poland first” i pogoń za amerykańską fatamorganą jeszcze dalej odsunęły nas od tego celu. W normalnych warunkach Polska mogłaby być cennym udziałowcem w kształtowaniu Europy. Sęk tym, że w tej chwili mamy oczy zwrócone zupełnie gdzie indziej.

Autorzy są analitykami think tanku European Council on Foreign Relations

 

Land Rover Discovery Sport – teraz 0% wpłaty własnej i rata 1.539 zł netto/mies. SPRAWDŹ!

Advertisement

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL