fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Londyn partnerem Prawa i Sprawiedliwości

Po wyborach rząd postawił na współpracę z Wielką Brytanią Na zdj. Beata Szydło i brytyjski premier David Cameron
Fotorzepa, Jerzy Dudek
W razie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE polski rząd straciłby ważnego rzecznika swoich interesów we wspólnocie.

Po objęciu władzy PiS przewartościował polską politykę w UE, wyraźnie stawiając na więź z Londynem i wspólne z nim działania na rzecz zapobiegania ściślejszej integracji. Na razie Polska na tym nie skorzystała. Wręcz przeciwnie, w ramach sojuszu rząd dokonał bardzo poważnych ustępstw w negocjacjach, które miały dać Davidowi Cameronowi atrakcyjny pakiet reform na rzecz zatrzymania Wielkiej Brytanii w UE. Jego głównym punktem jest ograniczenie praw imigrantów na brytyjskim rynku pracy, gdzie największą grupę stanowią Polacy.

Brytyjczycy odpuścili także kluczową dla Polski kwestię pracowników delegowanych i dali Komisji Europejskiej zielone światło dla bardzo niekorzystnej zmiany dyrektywy, która dotyczy pół miliona miejsc pracy dla Polaków w innych krajach UE. Ale, co ważne dla PiS, torysi w Parlamencie Europejskim bronią PiS przed krytyką ze strony Brukseli za działania wobec Trybunału Konstytucyjnego. Z partii głównego nurtu to właściwie jedyna taka obrona, bo poza tym PiS chwalili głównie nacjonaliści. Jeszcze w okresie negocjacji warunków rozstania Brytyjczycy będą oczywiście zasiadali i w Radzie UE, i w Parlamencie Europejskim, ale jest mało prawdopodobne, żeby zajmowali się czymkolwiek innym niż własnymi sprawami.

W dłuższym terminie, już po sfinalizowaniu Brexitu, PiS straciłby też sojusznika w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, co w praktyce oznaczałoby rozpad tej grupy, bo Brytyjczycy są w niej najliczniejszą delegacją narodową. Eurosceptykom takim jak PiS, którym jednak nie po drodze z Marine Le Pen i nacjonalistami z innych krajów UE, trudno byłoby znaleźć inną frakcję. A bez przynależności do niej nie ma stanowisk, dodatkowych pieniędzy czy możliwości pisania sprawozdań.

Polsce zazwyczaj było po drodze z Wielką Brytanią w sprawach gospodarczych, bo Londyn jest rzecznikiem wolnego rynku, który w UE jest dla Polaków korzystny. Ale lista wspólnych interesów powoli się skraca, głównie wskutek wspomnianej już niechęci Brytyjczyków do imigrantów. To oznacza, że nawet jeśli zostaną w UE, to będą za wszelką cenę dążyli do ograniczenia swobodnego przepływu pracowników, nie będą też sprzeciwiali się ograniczeniu usług (do czego prowadzi nowelizacja dyrektywy usługowej). A to są dwa główne obszary korzyści dla Polski na unijnym wspólnym rynku. Bez znaczenia jest dla nas rola Wielkiej Brytanii na rynku usług finansowych czy jej przekonanie o konieczności zawierania umów o wolnym handlu z resztą świata. Polska wcale już nie jest takim wielkim zwolennikiem TTIP, czyli umowy z Amerykanami, bo rząd uznał, że rolnicy mogą na tym stracić.

Wyjście Wielkiej Brytanii z UE oznaczałoby na pewno zwiększenie wagi strefy euro. Do tej pory to głównie dzięki Londynowi udawało się uzyskać zagwarantowanie praw dla krajów nieposługujących się wspólną walutą, jak Polska. Londynowi trzeba było ustępować, bo reprezentował największe centrum finansowe świata. Z Polską, czy nawet ze Szwecją, strefa euro nie będzie się już musiała liczyć. Oznacza to, że prawdopodobnie stracimy wpływ na decydowanie o tym, jak rozwija się strefa euro. A jeszcze za poprzedniego rządu była to dla Polski sprawa bardzo ważna: zostawać na razie poza strefą euro, ale mieć wpływ na dokonywane reformy, bo kiedyś możemy znaleźć się w tym gronie.

Zdecydowanie stracimy też strategicznego sojusznika w polityce wschodniej. Londyn konsekwentnie popierał proeuropejskie dążenia Ukrainy i opowiadał się za sankcjami wobec Rosji. Bez niego utrzymanie twardego kursu UE wobec Moskwy będzie znacznie trudniejsze. Wielka Brytania byłaby też sojusznikiem Polski w sprawie ograniczania ekspansji Gazpromu, choć już w innych dziedzinach polityki energetycznej jest nam nie po drodze. Bo Londyn jest rzecznikiem ambitnej polityki klimatycznej i nie podobają mu się zakusy Brukseli, bardzo wspierane przez Warszawę, do centralizowania decyzji na rynku energetycznym.

—Anna Słojewska z Brukseli

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA