fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ręce precz od króla Leopolda

Pomnik zbrodniczego monarchy najwyraźniej nie przeszkadza ani belgijskim decydentom, ani unijnym urzędnikom, ani turystom.
shutterstock
Za przerażające skutki swego kolonialnego panowania w Kongu Belgia nie przeprosiła i przepraszać nie zamierza.

Pomnik Leopolda II Roshni zdecydowanie się podobał. Po jego obejrzeniu młoda turystka z Indii napisała w popularnym portalu turystycznym Tripadvisor: „ładne, czyste miejsce, które łatwo odnajdziecie (...). Ale nie jest to też atrakcja, którą trzeba koniecznie zobaczyć. Tylko pomnik na środku zielonego skweru. Być może gdybym lepiej znała historię, potrafiłabym bardziej to docenić".

Z pewnością znajomość historii Roshni by pomogła. Ale wtedy wpis turystki wyglądałby pewnie inaczej.

Trudno dokładnie ocenić, jak wielu Kongijczyków zginęło za sprawą drugiego króla Belgów. Szacunki zaczynają się od miliona, a kończą na 15 mln ludzi, choć historycy coraz częściej zgadzają się co do liczby 10 mln zabitych.

– Dla nas to jest ta sama kategoria, co Hitler – mówi „Plusowi Minusowi" Franck Mulisi, przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturowego Kongijczyków w Belgii (CBSCC).

Rzeź w Kongu nigdy nie została uznana za ludobójstwo. Nawet Adam Hochschild, amerykański dziennikarz i autor wydanej w 1998 r. książki „Duch króla Leopolda", który jak mało kto przyczynił się do upowszechnienia wiedzy o zbrodniach belgijskiego monarchy, uznał, że to byłby nieodpowiedni termin, bo w przeciwieństwie do Holokaustu Belgowie nie mieli w planie wybić całego narodu, całej grupy etnicznej.

To byłaby porażka trudna do zniesienia

O tym wszystkim na pomniku Leopolda nie ma ani słowa. Ogromny monument stoi przed pałacem królewskim w samym centrum Brukseli. Postać brodatego mężczyzny patrzy w dal, prawą ręką wskazuje ziemię, jakby na znak, że trzeba odsunąć na bok wyrzuty sumienia i wydusić z kolonii wszystko, co się da.

Na Tripadvisor Leopold II robi furorę. 7 proc. uznało ten pomnik za „znakomitą" atrakcję, a dla 35 proc. jest ona „bardzo dobra". 44 proc. uważa natomiast monument ku czci sprawcy śmierci połowy mieszkańców Konga za „przeciętny". Jedynie 2 proc. twierdzi, że jego dalsze istnienie to „słaby pomysł", a 12 proc. – że to „pomysł tragiczny".

Leopold najwyraźniej nie przeszkadza też tysiącom urzędników instytucji Unii, którzy pracują po drugiej stronie Bulwaru Regenta i przy sąsiednich ulicach rozpoczynającej się tu europejskiej dzielnicy. – Wielokrotnie oficjalnie występowaliśmy o likwidację tego pomnika. Ale wszystkie pozwy utknęły w sądach, nie było nigdy żadnego wyroku – mówi Franck Mulisi.

Belgia stawia opór, bo w tej sprawie chodzi o znacznie więcej niż monument. Stawką jest wiarygodność panującej od 1831 r. dynastii sasko-koburskiej, jednego z ostatnich elementów spajających ten podzielony na walońską i flamandzką wspólnotę kraj. – Leopold II prowadził brutalną politykę zwalczania języka flamandzkiego, likwidację pomnika Walonowie uznaliby za porażkę trudną do zniesienia – mówi „Plusowi Minusowi" belgijski dyplomata w Brukseli.

Podstawą majątku kolejnych belgijskich królów, łącznie z tym należącym do dziś panującego Filipa i jego żony, córki hrabiny Anny Komorowskiej Matyldy, wciąż są dochody Leopolda II z wyzysku Kongijczyków.

– On władał Kongiem, ale był przede wszystkim naszym królem. Czy mamy pozbawić się naszej tożsamości? Ten pomnik nie powinien być likwidowany, choć być może należałoby umieścić informację o działalności króla, a także gdzieś indziej postawić pomnik poświęcony jego ofiarom – mówi „Plusowi Minusowi" Patricia van Schuylengbergh, dyrektor działu historii w Królewskim Muzeum Afryki Środkowej w Tervuren pod Brukselą.

Obalenie pomnika króla, przyznanie się do winy, postawiłoby też przed Belgią bardzo niewygodne pytanie: czy kolejnym krokiem nie powinno być wypłacenie setek miliardów euro odszkodowań? Królestwo, którego politycy nie mają dziś zahamowań przed ostrym krytykowaniem w szczególności młodszych krajów UE za „łamanie wartości europejskich", nagle spadłoby do kategorii najbardziej brutalnych państw naszego kontynentu.

– Belgia zbudowała w Kongu drogi, szkoły, szpitale. Owszem, była też przemoc. Ale to wszystko się jakoś bilansuje. Mówienie o rekompensacji nie wydaje mi się więc uprawnione, choć być może, kiedy już w Kongu będą po temu warunki, powinniśmy przekazać część kolekcji kongijskich dzieł sztuki, które przechowujemy w naszym muzeum – mówi van Schuylengbergh.

Okrucieństwo wyjątkowe

Na początku tego roku reporter magazynu „New Yorker" przekonał się, jak bardzo Belgowie odsuwają od siebie myśl o naprawieniu win z przeszłości. Gdy spytał szefa belgijskiej dyplomacji Didiera Reyndersa, czy jednak Belgia nie ma długu wobec swojej dawnej kolonii, usłyszał, że „najpierw musielibyśmy ustalić fakty". Trudno o większą obłudę. Sprawa jest przecież znana od przeszło 100 lat. Szum wokół rzezi, jaką zgotował Kongijczykom Leopold II zaczął się podnosić w Europie już na początku XX wieku. Pod wpływem wydanego w 1902 r. „Jądra ciemności" Josepha Conrada, relacji szwedzkich i brytyjski misjonarzy, dokumentów opublikowanych przez brytyjskiego oficera marynarki handlowej E.D. Morela, ale także fali protestów wspieranych m.in. przez Marka Twaina i Arthura Conan Doyle'a, Leopold II w 1908 r. przekazał stanowiącą do tej pory jego osobistą własność kolonię państwu belgijskiemu, choć nie bez gigantycznej rekompensaty i pod warunkiem, że zostaną zniszczone archiwa opisujące rzeź.

W tamtym czasie król Belgów wyróżniał się okrucieństwem. Kongo zawsze było dla niego oczkiem w głowie. Od najmłodszych lat próbował wyciosać dla siebie choć kawałek szybko przejmowanego przez inne państwa Europy kolonialnego tortu. Gdy nie udało mu się odkupić od Hiszpanii Filipin, zaczął wspierać wyprawy europejskich podróżników w górę rzeki Kongo, przede wszystkim Brytyjczyka Henry Mortona Stanleya. 20 lat niestrudzonego wysiłku monarchy spowodowało, że na Konferencji w Berlinie w 1884–1885 został mu przyznany obszar 2,3 mln km kw., 76 razy większy od Belgii. Francja i Wielka Brytania chciały w ten sposób stworzyć buforową strefę między swoimi koloniami, zachować delikatną równowagę między europejskimi potęgami w czarnej Afryce.

Leopoldowi postawiono jednak warunki, których od samego początku nie zamierzał w najmniejszym stopniu przestrzegać: Kongo miało pozostać strefą wolnego handlu, a sam monarcha miał dbać o poprawę warunków życia swoich nowych poddanych.

Historycy oceniają, że przez 23 lata, jakie minęły od przejęcia przez Leopolda II władzy nad Wolnym Państwem Kongo do jego aneksji przez Belgię, zginęła połowa ludności kolonii. Wielu mieszkańców padło ofiarą chorób, jakie przywlekli Europejczycy. Ale kluczowa okazała się bezwzględna eksploatacja tych terenów. Leopold, którego noga ani razu nie stanęła na afrykańskiej ziemi, miał obsesję: maksymalnie wzbogacić się na niedoli Kongijczyków.

Początkowo próbował to osiągnąć na handlu kością słoniową. Wielkie pieniądze popłynęły jednak dopiero wraz z rosnącym zapotrzebowaniem Starego Kontynentu na kauczuk, najpierw dla rowerzystów, a potem dla automobilistów.

W ramach systemu „koncesji" przyznawanych prywatnym spółkom, król dawał Belgom wolną rękę w wyzyskiwaniu lokalnej ludności. Nie było żadnych norm ograniczających czas pracy, za to urzędników rozliczano tylko z wielkości dostaw, od tego zależały ich premie i kariery. Ale także dochody samego monarchy.

Ponurą sławę zdobyła w szczególności Force Publique: prywatne wojska Leopolda złożone z miejscowych najemników. Pacyfikowały krnąbrne wioski i zmuszały do migracji w rejony zbierania kauczuku setki tysięcy ludzi.

Jednym z symboli belgijskiego panowania stała się chicotte, bicz wykonany z wysuszonej skóry hipopotama wycięty w długą, ostro zakończoną spiralę. Jego uderzeniami, powodującymi otwarte rany na ciele, wymuszano posłuszeństwo na niewolnikach. Innym symbolem stało się obcinanie rąk nieposłusznym lub próbującym uciekać z niewoli Kongijczykom. Na pamiątkę tej kaźni, nieznani sprawcy obcięli ręce postaci, które składają hołd Leopoldowi II na monumencie w Ostendzie. Tam też monarcha ukazany jest na koniu, jednak w otoczeniu Kongijczyków wyrażających mu wdzięczność za rzekome uwolnienie od arabskiego niewolnictwa. Rada miasta długo debatowała, czy należy przyspawać odcięte ręce – w końcu tego nie zrobiono.

W Brukseli nie było komu obcinać dłoni, więc „nieznani sprawcy" regularnie malują na pomniku czerwone ręce. Ale służby porządkowe je zmywają: gdy była tu Roshni, najwyraźniej po malunkach nie było śladu.

– Okrucieństwa nie były popełniane wszędzie, ale głównie w regionach produkcji kauczuku wokół równika – zastrzega Patricia van Schuylengbergh.

Złoto trafia do Brukseli

W belgijskiej stolicy miejsc związanych z Leopoldem II jest więcej. Imieniem monarchy nazwano bulwar prowadzący z ogromnej bazyliki Świętego Serca, jego inicjały (postawione tyłem do siebie duże litery „L") widnieją na wielu budynkach publicznych. Jedyne ustępstwo, na jakie zdobyli się Belgowie polegało na przemianowaniu obsługującej Parlament Europejski stacji Leopolda. Po wielu latach nacisków uznano, że to jednak zbyt daleko idąca prowokacja, aby eurodeputowani wysiadali do pracy w takim miejscu, i nazwę zmieniono na Dworzec Luksemburski.

Problem polega na tym, że bez krwawego monarchy Bruksela byłaby niczym. Albo prawie. To miasto nigdy nie było specjalnie ładne, w porównaniu z oddalonym o 300 km Paryżem zawsze sprawiało wrażenie głębokiej prowincji. Leopold postanowił to zmienić. Okrzyknięty „królem budowniczym", z funduszy zebranych w Kongu zbudował główne zabytki belgijskiej stolicy.

– Praca jest w Afryce, złoto trafia do Brukseli – napisał w chwili szczerości w trakcie wizyty w 1909 r. w Kongu następca tronu, książę Albert.

Ten mechanizm być może najlepiej uosabia Pałac Sprawiedliwości w Brukseli, największy tego typu budynek na świecie, który z kopułą sięgającą 116 metrów wysokości przewyższa nawet bazylikę św. Piotra w Rzymie. To właśnie tu trafiają podania o likwidację pomnika Leopolda II, o których mówi Franck Mulisi. Dzisiejsza Belgia, pozbawiona Konga, nie jest nawet w stanie utrzymać tego górującego nad miastem kolosa: jego rozpoczęty w 2005 r. remont trwa tak długo, że w 2014 r. trzeba było... wyremontować walące się rusztowania.

200 metrów od ronda Schumana, centrum unijnej dzielnicy, przy którym mieszczą się budynki Rady UE i Komisji Europejskiej, rozpoczyna się gigantyczny kompleks „Cinquantenaire" („Pięćdziesięciolecia" – chodzi o rocznicę niepodległości Belgii). Pośrodku 30-hektarowego parku łuk wzorowany na tym z Pól Elizejskich spina dwa wielkie eklektyczne budynki, w których mieszczą się m.in. muzea starych samochodów i samolotów. To na tle tego swoistego ołtarza ku czci krwawego Leopolda regularnie widzimy w telewizji europejskich przywódców wychodzących z unijnych szczytów. Rozbudowany przez Leopolda II Pałac Królewski, przed którym stoi jego pomnik, to zaś kompleks wzorowany na Luwrze, ogromny jak na skalę kraju mniejszego od Mazowsza.

W drodze do pracy z wynajętej przez siebie willi, Donald Tusk codziennie jedzie z kolei avenue de Tervueren, przy której wciąż stoją piękne kamienice, owoc fortun zbudowanych na trupach kongijskich niewolników. Inny adres poszukiwany przez eurokratów: avenue Louise, aleja nazwana tak od imienia żony Leopolda II.

Raz do roku Brukselczycy mogą podziwiać inny kaprys Leopolda II: ogromne szklarnie, w których starał się odtworzyć kongijską dżunglę. To część również rozbudowanego przez monarchę wielkiego założenia pałacowego Laeken, w którym do dziś mieszka z rodziną król Belgów.

Inny eklektyczny budynek przypominający pałac Leopold II zbudował w podmiejskiej, bogatej miejscowości Tervueren na potrzeby Królewskiego Muzeum Afryki Środkowej. – Gdy go otwierano w 1898 r., Leopold chciał, aby w parku została zbudowana prawdziwa wioska kongijska. Sprowadzono więc 200 Murzynów, siedzieli nago lub w samej przepasce; gdy przyszła zima, kilku z nich zmarło – opowiada Franck Mulisi.

Patricia van Schuylengbergh przyznaje, że do rozpoczęcia remontu ekspozycji trzy lata temu, nie wspominano tu o rzeziach dokonywanych przez Belgów. – Teraz musimy koniecznie odtworzyć historię Konga zarówno z perspektywy afrykańskiej, jak i zachodniej – mówi.

Znaczną część tej architektonicznej spuścizny belgijskie państwo o mały włos by straciło. Znany z niezliczonych romansów Leopold II u schyłku życia związał się z 16-letnią prostytutką Caroline Lacroix, która stała się baronessą Vaughan. Tuż przed śmiercią monarcha wziął z nią ślub kościelny. Na cywilny nie starczyło jednak czasu, a tylko taki akt w oczach władz uprawniałby dziewczynę do przejęcia majątku powstałego z wykorzystywania Kongijczyków.

Wspaniałość waszej duszy

Przy placyku Bastion, gdzie rozpoczyna się zamieszkała przez Afrykanów dzielnica Matonge, wkrótce ma zostać odsłonięta tablica ku czci Patrice'a Lumumby. To wynik wielu lat nacisków na władze Brukseli. W 2002 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Louis Michel przeprosił w imieniu swojego kraju za udział Belgów w okrutnym morderstwie pierwszego premiera niepodległego Konga.

Belgia bardzo długo nie mogła pogodzić się z utratą swojej kolonii w 1960 r. Finansowani przez Brukselę najemnicy wspierali secesję bogatej w surowce Katangi i jej przywódcę Moise'a Czombe. Później belgijskie władze utrzymywały bliskie relacje z dyktatorem Mobutu Sese Seko, który odwdzięczał się sowitymi kontraktami dla przedsiębiorstw z dawnej metropolii. – To wspaniałości waszej duszy i wyczuciu politycznemu zawdzięczamy pozytywną ewolucję belgijsko-kongijskich stosunków – mówił w 1970 r. Mobutu do wielbionego do dziś w Belgii króla Baldwina.

W 2004 r. Joseph Kabila, którego ojciec Laurent doprowadził do obalenia reżimu Mobutu, w równie kwiecistych słowach chwalił spuściznę Leopolda w Kongu. Mógł w zamian liczyć na wsparcie Brukseli.

Jednak ten ogromny kraj tak naprawdę do dziś nie przezwyciężył skutków kolonizacji. Ze sztucznymi granicami, zniszczoną rodzimą kulturą i zdziesiątkowaną ludnością, nigdy nie potrafił zbudować prawdziwego poczucia wspólnoty narodowej. Trwająca niemal nieprzerwanie od 1996 do 2003 r. wojna domowa przyniosła co najmniej 5 mln ofiar. Po kilku latach pokoju kraj jest teraz u progu kolejnego kryzysu, bo Kabila nie chce oddać władzy.

Za ten przeraźliwy bilans Belgia nigdy nie przeprosiła Kongijczyków i przepraszać nie zamierza. – Przecież przekazujemy Kongu pomoc rozwojową – dziwi się mojemu pytaniu cytowany wcześniej belgijski dyplomata. Chodzi o wstrzymaną zresztą ostatnio pomoc wartą ok. 100 mln euro rocznie, niewiele ponad 1 euro na mieszkańca.

Patricia van Schuylengbergh widzi sprawy podobnie. – Jeśli mielibyśmy przeprosić, to z innymi krajami europejskimi. Nie ma powodu, aby Belgia się tu w jakiś sposób wyróżniała – przekonuje.

Franck Mulisi uważa jednak, że po raz pierwszy Kongo ma wybór. Bo dziś jego zdaniem miejsce dawnych kolonizatorów przejęli Chińczycy. To oni rozwijają w kraju szeroko zakrojone inwestycje.

– Przynajmniej coś po sobie zostawią – mówi.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA