fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Marcin Libicki: Europa przestała się lubić

PAP
Wielu nie rozumie, że jak na Starym Kontynencie zniszczy się autorytet Kościoła, to na placu boju pozostanie tylko państwo. A ono staje się coraz bardziej totalne - mówi Marcin Libicki, były poseł na Sejm i europoseł, historyk sztuki.

Plus Minus: Czym dziś jest Europa?

Najkrócej mówiąc, to narody, społeczeństwa czy państwa, które są członkami Unii Europejskiej lub z nią zaprzyjaźnione, które identyfikują się z propagowanymi w Europie wartościami demokracji, państwa prawa i praw człowieka. Czyli poza Unią będą to Norwegia czy Ukraina, przynajmniej jej zachodnia część. Natomiast już nie Białoruś, Rosja czy Turcja. Ale powstaje pytanie, czy Europą są całe te społeczeństwa, czy tylko ta ich część, która ma korzenie europejskie. Bo jednak trzeba pamiętać, że ci, którzy dopiero co do Europy przybyli, ale też wielu tych, którzy już jakiś czas w niej żyją, ani nie utożsamiają się z tymi europejskimi wartościami, ani tym bardziej nie utożsamiają się z przeszłością Europy.

Wspólnota losu historycznego?

To definicja przypisywana narodowi, ale pasuje też do Europy. W świadomości ogromnej liczby Europejczyków ciągle żywe są wydarzenia, w których uczestniczyli ich przodkowie – po jednej czy drugiej stronie. Historia XX wieku jest w nas bardzo silnie zakorzeniona. To historia dwóch wojen światowych i konfliktu z komunistami – zarówno tego zimnowojennego, jak i różnych wewnętrznych konfliktów partii demokratycznych z komunistycznymi. Łączy nas wspólnota losu przynajmniej kilku ostatnich pokoleń.

Chyba niewiele ponad to już pozostało, bo na pewno takim wyznacznikiem Europy nie jest już przecież religia.

Europejczykom, nawet gdy myślą o przeszłości, trudno się identyfikować z wartościami religijnymi, bo dzisiaj coraz rzadziej już je wyznają. Trudno, by byli przejęci historią Kościoła czy historią sporu Kościół–państwo, nawet jeśli jest on fundamentalnym elementem naszej historii. I to jak najbardziej pozytywnym elementem, bo właśnie te napięcia między Kościołem i państwem, dwiema wielkimi instytucjami współpracującymi przez całą historię Zachodu, stworzyły dzisiejszą Europę.

Zachód swoją wolność, indywidualizm i niezależność zawdzięcza Kościołowi katolickiemu – to nie nagłówek z „Gościa Niedzielnego", tylko badania opublikowane właśnie w naukowym piśmie „Science". Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda, Uniwersytetu George'a Masona i Canadian Institute for Advanced Research w Toronto twierdzą, że otwartość zachodniej kultury wynika wprost z modelu rodziny, na który około VI w. postawił Kościół, z czasem skutecznie rozbijając w Europie społeczeństwo klanowe.

Nie ulega wątpliwości, że chrześcijaństwo zachodnie od samego początku budowało społeczeństwo obywatelskie, czyli ludzi wolnych, podkreślając ich indywidualizm. Nie jest przecież przypadkiem, że sztuka, szczególnie ta wyobrażeniowa, jak malarstwo i rzeźba, tak wspaniale rozwinęła się wyłącznie w Europie. Ojciec Maciej Zięba podkreśla wielkie znaczenie spowiedzi indywidualnej – to budowało nasz zachodni indywidualizm, bo każdy, od króla po wieśniaka, musiał się samodzielnie wyspowiadać i był przed Bogiem równy. Bardzo istotne było też zarzucenie charakterystycznej dla Starego Testamentu plemienności. Przecież wcześniej to Żydzi grzeszyli przeciwko Bogu, Bóg nagradzał Żydów itd. Zmieniła to dopiero wizja indywidualnego zbawienia.

Wszystko to nabierało mocy oczywiście po rozejściu się dróg Kościoła zachodniego i wschodniego. To wtedy narodził się nasz indywidualizm. Bardzo trafnie ktoś kiedyś napisał, że niemieckie „Gott mit uns" („Bóg z nami") oddawało całkowicie pogańskie podejście do religii. Bo w chrześcijaństwie Bóg jest z każdym człowiekiem z osobna, a nie z jakimiś narodami czy państwami.

Ta historia jednak przedstawiana jest dziś inaczej: to Kościół ograniczał wolność i badania naukowe, to on odpowiada za terror, niewolnictwo i to on konserwował najgorsze systemy klanowe, kastowe i klasowe.

To robota protestancka. Wielkie oczernianie Kościoła zaczęło się od czasów reformacji, później dostało instytucjonalne wsparcie wszystkich państw protestanckich. Dobrymi przykładami są całkowicie przekłamana czarna legenda papieża Aleksandra VI Borgii i historia inkwizycji. A przecież wystarczy odrobina dobrej woli, by sobie wyszukać podstawowe fakty o inkwizycji w internecie. Choć ja akurat bym nie wyszukał, bo nie potrafię (śmiech).

Co do faktów, to historycy się zazwyczaj zgadzają, problem stanowi raczej ich interpretacja.

Nie wszyscy rozumieją, jak olbrzymim postępem proceduralnym była dwuinstancyjna inkwizycja – a potem jeszcze można było się przecież odwołać do Rzymu! Główny zarzut to oczywiście tortury. Otóż mało kto rozumie, że wcześniej torturowano na śmierć, a inkwizycja była tu absolutnym przełomem – nagle nie można było uszkodzić zdrowia osoby podejrzanej, a torturować wolno było tylko raz przez 15 minut i wyłącznie w obecności lekarza. Dlatego ręce opadają, jak się słyszy, że za najgorszą przemoc w historii odpowiada Kościół katolicki. Kiedyś usłyszałem, że „ateiści przynajmniej nie zabijają".

I tu rzeczywiście wystarczy odrobina wiedzy historycznej, by ten pogląd obalić.

Tak, to przecież znana historia, jak mordowano w czasie rewolucji francuskiej, gdy w okrutny sposób zgładzono kilkaset tysięcy osób. Zgromadzenie Narodowe zalecało generałowi Westermannowi, by mordował wszystkich, których się da, a on potem opisywał, że polecenie to wykonał, mordując nawet dzieci i kobiety w ciąży. W takiej Wandei kobiety w ciąży ściskano w prasach do wina! I rewolucjoniści się tym chwalili. Dawali nawet instrukcje, jak rozciągać skórę, by ta ludzka skóra się potem nadawała na spodnie – jak się rozetnie po bokach, to potem wystarczy wyprawić i zszyć. To przecież ledwo mieści się w głowie. Potem przyszedł komunizm, który programowo walczył z Bogiem. I tak samo hitleryzm. A po kolejnych dekadach prania mózgu słyszymy, że „ateiści przynajmniej nie zabijają"... Z irytacji wobec tych ciągłych kłamstw na każdym kroku napisałem w końcu książkę z pozytywnym przesłaniem – „Europa. Najpiękniejsza opowieść".

Ale co innego przyjąć, że to chrześcijaństwo stworzyło nas takimi, jakimi jesteśmy, a co innego przesądzać, że nadal jest ono nam potrzebne. Może dziś wystarczą nam już humanizm i nauka? Jasne, nie ma co odrzucać korzeni, ale może na obecnym etapie rozwoju Europy poradzimy sobie już bez religii?

Patrząc czysto praktycznie, skoro za wielkim sukcesem Europy stoją cechy, które zawdzięczamy chrześcijaństwu, to może jednak nie warto tej religii tak lekką ręką się pozbywać. Kościół niezmiernie łatwo jest dziś atakować, obśmiewać obrządki. Ale ludzie często nie zdają sobie sprawy, że jedyną alternatywą wobec religii jest przymus jakichś innych wierzeń i to przymus zinstytucjonalizowany. Bo są dwie wielkie instytucje, które powstają w naturalny sposób: religia i państwo. I, niestety, wielu nie rozumie, że jak w Europie zniszczy się autorytet Kościoła, to na placu boju pozostanie tylko państwo.

A co z sojuszem tronu i ołtarza, z przekonaniem, że władza pochodzi od Boga?

W tym powiedzeniu nie chodzi o to, że król czy jego odpowiednik ma boski stygmat, ale o to, że władza wynika z porządku naturalnego. Jeżeli jechał pan do mnie na wywiad i zatrzymał się gdzieś przy drodze spytać, gdzie tu mieszka Libicki, to oddał się pan do dyspozycji kogoś, kto ma nad panem taką władzę, że wie coś, czego pan nie wie. I tak samo ja, jak znajdę się w łódce, to będę musiał się zgodzić na władzę osoby, która lepiej wie, jak tą łódką kierować. Krótko mówiąc, w tym sensie władza jako instytucja nie jest stworzona przez człowieka. I Kościół bardzo jasno naucza, w różnych dokumentach, że ludzie mają prawo tworzyć formy władzy i uznawać sposób powoływania do władzy, ale sam fakt, że ktoś sprawuje władzę, pochodzi z porządku naturalnego.

I co się stanie, jeśli na tym placu boju pozostanie tylko państwo?

Już to widać jak na dłoni. Otóż w 1913 r. na świecie średnie wydatki państw składały się na 13 proc. produktu krajowego brutto, a po upływie stulecia – na ponad 40 proc., a w Europie nawet na 50 proc. Czyli państwo decyduje już o tym, jak wydać połowę pieniędzy obywateli. Na tym tle wyróżniają się jedynie Stany Zjednoczone, gdzie ten współczynnik to 25 proc. Jeżeli więc ktoś mi mówi, że nie ma dziś cenzury, to niby jest to prawda, ale jednak w dużej mierze to Polski Instytut Sztuki Filmowej decyduje, jakie filmy oglądamy. Gdy idę do księgarni i biorę do ręki dwa piękne albumy historyczne, to jeden kosztuje 90 zł, a drugi, dotowany przez ministerstwo, 40 zł. To więc państwo decyduje, które książki mamy czytać. Zatem staje się ono coraz bardziej totalne. I to nie przez policję, przez sianie terroru, ale przez przejmowanie ogromnej części naszych pieniędzy.

To chyba wynika jedynie z tego, że państwo jak każda instytucja ma tendencje do poszerzania swojej władzy. To jest zupełnie naturalne.

Możemy tak uznać, ale właśnie dlatego jest dobrze, jak istnieje jakaś przeciwwaga dla władzy państwowej. I taką przeciwwagą była z pewnością potężna instytucja Kościoła katolickiego. Na tym właśnie polegał nasz europejski fenomen równoważących się dwóch władz – tronu i ołtarza, które były od siebie niezależne. Przez sam fakt istnienia potężnego Kościoła w Europie panowała dużo większa wolność niż gdziekolwiek indziej. Bo to był parasol ochronny dla całego społeczeństwa. Na każdym poziomie, od parafii po Rzym, były dwie instytucje, które jakoś się równoważyły. Człowiek zawsze miał więc jakieś wyjście – gdy naraził się państwu, zawsze mógł trafić pod kuratelę Kościoła, i na odwrót. Nie było w Europie ani tybetańskiej władzy mnichów, ani bizantyjskiej władzy państwa. I to odpowiedź na pytanie, dlaczego Europa, ten mały skrawek świata, stworzyła najwspanialszą cywilizację. Ona nie mogła powstać nigdzie indziej. Potrzebny był indywidualizm oraz podparcie go wielką, niezależną od władzy politycznej instytucją. I dzięki temu to tu, w Europie, nastąpił tak niesłychany rozwój – w zasadzie wszystkiego, od idei przez sztukę po technologię.

Co konkretnie dał nam ten silny Kościół?

A dlaczego za komunizmu tylko w Polsce była względna wolność i odwilż po 1956 r.? Czemu to my zachowaliśmy prywatne rolnictwo, tzw. prywatną inicjatywę, małą przedsiębiorczość? I dlaczego to my na 1989 r. wyszliśmy najlepiej ze wszystkich krajów bloku wschodniego? Może właśnie dlatego, że istniał u nas silny Kościół, potężna instytucja niezależna od państwa, która gwarantowała pewien margines swobody, jakiego gdzie indziej nie było.

Ale właśnie taką rolę ma odgrywać dziś tzw. trzeci sektor, czyli społeczeństwo obywatelskie, organizacje pozarządowe.

Tylko w jaki sposób te instytucje mają być niezależne, jeśli są utrzymywane z budżetu państwa? Społeczeństwo obywatelskie istniało wtedy, gdy państwo nie było jeszcze tak silne jak dzisiaj. Przed I wojną światową w Poznaniu działała powszechna służba zdrowia. Były szpitale gminy żydowskiej, sióstr elżbietanek i szpitale miejskie. Dostępność służby zdrowia była absolutnie powszechna. Ale utrzymywana ona była nie z kieszeni państwa, lecz finansowały ją wielkie fundacje: kościelne, protestanckie, żydowskie. Za to dziś trzeci sektor działa na takiej zasadzie, że składa się wnioski o dotacje, które potem przyznawane są wedle uznania urzędników. To naprawdę nie ma nic wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim, bo rządzi ten, kto ma pieniądze.

Czyli ideał społeczeństwa obywatelskiego był przed I wojną światową?

Raczej między XI a XV wiekiem.

Wieki ciemne?

Tak później nazwane, a to przecież był czas ogromnego postępu technologicznego. Około roku 1000 wybuchła tzw. pierwsza rewolucja techniczna. Znaczenie ówczesnych wynalazków porównywalne jest z wielką rewolucją przemysłową z przełomu XVIII i XIX w. To te odkrycia pchnęły Europę do opanowania całego świata. To był wielki przełom.

Jakieś konkretne wynalazki?

Żagiel, który pozwalał płynąć pod wiatr, szkło do okien, koło obijane blachą, strzemiona czy pług do głębokiej orki. Wydajność konia zwiększyła się 25-krotnie, bo dzięki wynalezionemu chomątu można było transportować towary duże objętościowo i ciężkie. Ruszył więc na wielką skalę handel płodami rolnymi i rudami. A taczka, radykalnie ułatwiając transport miejscowy, pozwoliła na wznoszenie wielkich budowli. Pojawiły się też szyby kominowe.

A wracając do społeczeństwa obywatelskiego?

Miasta były wolne, i to naprawdę wolne. Przecież ówczesne piękne wieże tylko w niewielkim stopniu służyły obronie – one były symbolami wolności miejskiej. Cechy, gildie, bractwa i zakony same wybierały sobie władze. Ogromnie rozbudowane klasztory same wybierały swoich przeorów, a biskupów wybierała kapituła.

Na szczycie stał jednak król, któremu wszyscy byli podlegli.

Ale który mógł się mieszać w sprawy obywateli tylko wtedy, gdy było jakieś zagrożenie zdrady czy coś podobnego. W większości państw europejskich działały rozbudowane parlamenty, jeszcze parlamentami nienazywane, które ograniczane były dopiero po XV w. Stany Generalne we Francji ostatni raz zwołane zostały w 1615 r., a przedtem to było naprawdę społeczeństwo obywatelskie.

To jak to się stało, że nazywamy ten okres „wiekami ciemnymi"?

Znowu – robota protestancka. To był czas, gdy dominującą rolę odgrywał Kościół katolicki, więc trzeba to było jak najmocniej zohydzić, by pasowało do idei reformacji. Poza tym każda następna epoka ma tendencję do tego, by poprzednią przedstawiać w jak najgorszym świetle. I ten mit korzeniami sięga właśnie XVI w.

Wróćmy do teraźniejszości. Mamy dziś jakieś idee, które wypełniają pustkę po religii?

Mamy utylitaryzm. Marcin Król pisał w książce „Europa w obliczu końca", że ta nowa doktryna mogła się pojawić dopiero wtedy, gdy swoją siłę straciła religia. Utylitaryzm, czyli podporządkowanie świata własnym przyjemnościom, oczywiście pod warunkiem, że nie wchodzą one w kolizję z przyjemnościami innych ludzi. Doktryna ta przekłada się na określone wybory polityczne, na podporządkowanie jednostek interesowi państwa, które jest widziane jako dostarczyciel przyjemności, ale wedle własnego uznania, co tą przyjemnością jest, a co nie. Utylitaryzm nie przewiduje innej przyszłości niż ta w zasięgu wyobraźni naszego pokolenia. Czyli ludzi obchodzi to, co spotka ich samych, ich dzieci, a jak mają wnuki, to może jeszcze ich wnuki.

Trudno żebyśmy ciągle tylko analizowali, jakie konsekwencje będą miały nasze czyny za sto czy więcej lat.

A nie widzi pan tu pewnej niekonsekwencji, że tak podchodzimy do przeszłości, ale już nie do teraźniejszości? Kiedy Władysław Siciński zerwał Sejm w 1652 r., pierwszy raz zastosowawszy liberum veto, to do dziś się uczymy w szkole, że to był początek wszelkich nieszczęść i rozbiorów. A przypomnę, że rozbiory nastąpiły sto kilkadziesiąt lat później. I wciąż mamy o to pretensje do Sicińskiego i Janusza Radziwiłła, którego woli on był wykonawcą. Tymczasem współczesnych nam zwalniamy z wszelkiej odpowiedzialności za dalekosiężne skutki ich wyborów.

Bardzo negatywnie interpretuje pan utylitaryzm. A może to właśnie dostatek i bezpieczeństwo są nową siłą Europy, tak jak dawniej było nią nawrócenie. To w końcu nasz europejski dobrobyt rozpala dziś wyobraźnię rzesz nie-Europejczyków, podobnie jak niegdyś robiło to chrześcijaństwo.

To może być siłą przyciągania, ale na pewno nie będzie to siła, która będzie budować wielkość i mocarstwowość Europy. Zresztą Europa sama rezygnuje z tych ambicji gospodarczego przewodzenia światu. Byłem świadkiem, jak w 2004 r. Jose Manuel Barroso, zostając przewodniczącym Komisji Europejskiej, mówił, że Unia będzie najpotężniejszą gospodarką świata. Kiedy odchodził w roku 2014, mówił już, że chciałby, by była jedną z najpotężniejszych gospodarek świata. A w 2017 r. Elżbieta Bieńkowska mówiła już, że chciałaby, by Unia była silną gospodarką...

A co z tym przyciąganiem?

Oczywiście, można przyciągnąć ludzi dobrobytem, można spokojem. Ale na dłuższą metę nie będzie to gwarantowało ani dalszego dobrobytu, ani spokoju. Bo jeśli ludzie będą tu przybywać tylko dlatego, by skorzystać z dużo lepszych warunków życia niż gdzie indziej, to nie będą oni tworzyli drożdży.

Czyli?

Czy przybywający na Stary Kontynent ludzie chcą uczestniczyć w budowie państwa opartego na europejskich wartościach?

Myślę, że mają inne zmartwienia na głowie.

Dokładnie. I to nie jest wcale żaden zarzut, bo to jest zupełnie zrozumiałe – chcą wykorzystać te państwa do poprawy własnego losu. I zresztą nie tylko oni. Młodzi Europejczycy, ci o europejskich korzeniach, też zdają się podchodzić do państwa bardzo użytkowo. Z badań wynika, że w Europie 80 proc. młodzieży woli pracować „na państwowym" – wiąże swoją przyszłość zawodową z karierą w strukturach państwa. Ci ludzie zostali wyzuci z ambicji robienia kariery z pewnym wysiłkiem, chcą żyć wygodnie, całkowicie w duchu utylitaryzmu – by było miło i przyjemnie.

Skoro Europie brakuje ambicji i poważniejszych celów, to jak to zmienić?

Nie wiem, czy to w ogóle da się zmienić. Bo dlaczego tego brakuje? Otóż ze względu na wszechobecną koncepcję demokracji jako sposobu wybierania władz, które zaspokoją wszelkie przyjemności. Już Alexis de Tocqueville pisał, że demokracja obala wszelkie autorytety, Jose Ortega y Gasset, że zamienia społeczeństwo w masę, która jak rozkapryszone dziecko uważa, że mu się wszystko należy, a książę Eustachy Sanguszko pisał, że demokracja ciągle tylko uzmysławia ludziom, jakie mają prawa i jakich doznają krzywd. Ona służy zaspokajaniu najbardziej podstawowych, utylitarystycznych potrzeb, nie może więc stawiać wielkich celów.

Historia amerykańskiej demokracji zdaje się temu przeczyć.

Zgoda, to utylitarne rozumienie demokracji jest typowe dla Europy, a Amerykanie wciąż wierzą w swoje wielkie posłannictwo; uważają, że Stany Zjednoczone muszą pilnować światowego porządku, a przecież trudno sobie wyobrazić poważniejsze wyzwanie. Dlatego tylu Amerykanów mogło zginąć w Korei, Wietnamie czy Iraku. Oni mogą wyrzekać się różnych wygód, bo wierzą w swoją misję.

Z tymi misjami narodów to różnie w historii bywało...

Najgorsze idee rodziły się z wielkich misji – komunizm czy hitleryzm. Niemniej, kiedy patrzymy wstecz, to widzimy, że ta misja zawsze była; nie można sobie wyobrazić Europy bez szczególnego wkładu poszczególnych narodów, bez sztuki i muzyki, które dali Niemcy, bez dramatu, który dały Francja i Hiszpania, bez Szekspira i królowej Wiktorii, a także bez Polski na milionie kilometrów kwadratowych. Dzisiaj doskonale widzimy, jakie znaczenie miało nasze pójście na Wschód. To nie przypadek, że dziś wolności domagają się właśnie te narody, które były częścią I Rzeczypospolitej.

Skoro dziś w Europie nikt nie stawia sobie już ambitnych celów, to może oznacza to, że Europa się już po prostu wyczerpała?

Obawiam się, że w pana słowach jest wiele prawdy, ale nie należy być pesymistą, bo jeżeli jest się pesymistą, to się tylko jeszcze pogarsza sytuację (śmiech). Wciąż widać przebłyski nadziei. Jeżeli Michel Houellebecq opisał stan duchowy Francji i jej mizerne perspektywy, a jego książki cieszą się nad Sekwaną najwyższym nakładem, oznacza to, że jednak ludzie się poważnie niepokoją tym, co się dzieje. Może się więc jeszcze przebudzą. Ale nawet jeśli Europa w Europie się rzeczywiście wyczerpała, to pamiętajmy, że jest jeszcze Europa poza Europą. I wydaje się, że ona sobie nie najgorzej radzi, choćby w państwach takich jak Chile, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj, ale przede wszystkim – w Stanach Zjednoczonych, którym nie zagraża, jak się zdaje, ta przemiana cywilizacyjna związana z napływem imigrantów.

Przecież napływ imigrantów do USA jest olbrzymi.

Ale pod względem wyzwań, jakie stwarza imigracja, Stany Zjednoczone i Europę dzieli prawdziwa przepaść. Podam dwa przykłady. W 2013 r. przez Waszyngton przemaszerował wielki pochód, głównie latynoski, którego jedno z głównych haseł sprowadzało się do tego, że demonstranci domagali się prawa do śpiewania amerykańskiego hymnu po hiszpańsku, bo nie znają angielskiego. Mniej więcej w tym samym czasie, może trochę wcześniej, na Stade de France w podparyskim Saint-Denis orkiestra odgrywała przed meczem piłkarskim „Marsyliankę", a trybuny wypełnione Francuzami nieeuropejskiego pochodzenia hymn ten wygwizdały. Francuski prezydent musiał demonstracyjnie opuścić stadion, bo nie mógł znieść tego upokorzenia. I to najlepiej tę przepaść obrazuje – w Stanach Zjednoczonych imigranci chcą być Amerykanami i chcą śpiewać amerykański hymn, natomiast na Starym Kontynencie nikt nie chce śpiewać hymnu, nawet nie chce go słuchać – hymn się wygwizduje.

Co więc czeka Europę?

Może w przyszłości będzie tu już zupełnie inna cywilizacja o innym poczuciu wspólnego losu historycznego, np. Europejczyków o korzeniach arabskich czy po prostu posteuropejskich.

I co ich połączy?

Myślę, że znowu religia, tyle że inna – islam.

A może też niechęć do europejskiej historii, kolonializmu i chrześcijaństwa? Czy to nie łączy nowych Europejczyków o nieeuropejskich korzeniach i europejskiej nowej lewicy, która historię naszej cywilizacji interpretuje bardzo jednostronnie jako historię właśnie przemocy, niewoli i kościelnego zabobonu?

Absolutnie ma pan rację, ponieważ dzisiejsza europejska lewica nie cierpi historii Europy. Nie chce widzieć, że kolonializm to był pozytywny proces nie tylko dla Europejczyków, ale i innych ludów. Przypomnę całą XVI-wieczną kolonizację hiszpańską i portugalską Ameryki, od Meksyku po Patagonię, gdzie Europejczycy nieśli po prostu wolność. Mówi się, że obalili państwa Azteków, Inków czy Majów, ale mało kto odpowiada sobie na pytanie, jak to było możliwe, że kilkuset towarzyszy Corteza i Pizarra potrafiło obalić całe państwa. Otóż dali radę, bo przynosili tym ludom dobrą nowinę, ale nie tylko w formie Ewangelii, lecz uwolnienia od najokrutniejszych reżimów, jakie tylko istniały w świecie. Tam mordy, choćby rytualne, były na porządku dziennym, rocznie ginęło po kilkadziesiąt tysięcy osób, a żywym ludziom wyrywano serca, by złożyć je w ofierze.

W dzisiejszej interpretacji europejskiej jednak to właśnie konkwistadorzy nieśli terror i zniewolenie, a wolność panowała tam przed ich przybyciem.

I to jest bardzo charakterystyczne dla dzisiejszych Europejczyków. Spójrzmy, do jakich korzeni dziś się odwołuje Europa. Taka Francja dawniej odnosiła się do Chlodwiga i jego chrztu, podobnie jak Polska do chrztu Mieszka. Ale XIX-wieczni Francuzi odnosili się do Galów, żeby już nie było tego chrztu i źle kojarzonej wówczas monarchii. A później już odwoływano się bezpośrednio do rewolucji francuskiej. Ale dzisiaj Francuzi już się odnoszą do 1968 roku, a wszystko, co było przedtem, uważa się za złe. Dziwię się, że w Paryżu jeszcze nie zmienili nazw bulwarów, które noszą imiona marszałków Francji, bo przecież prawie wszystkie nazwy odnoszące się do Francji monarchicznej już dawno zniknęły, tak samo jak pomniki. Europa przestała się lubić.

Skąd ta niechęć?

To już nie tylko niechęć do Kościoła katolickiego, ale w ogóle do chrześcijaństwa. Skoro cała historia Europy była ściśle związana z tą religią, to każde pozytywne odniesienie się wstecz byłoby w jakiejś mierze docenieniem chrześcijańskiego dziedzictwa. Przekreśla się więc całość tej historii i interpretuje ją wyłącznie negatywnie.

Marcin Libicki (ur. 1939) jest historykiem sztuki, byłym politykiem prawicy, posłem i europosłem. Na początku lat 80. zakładał Solidarność Rolników Indywidualnych w województwie poznańskim. Jest ojcem Jana Filipa Libickiego, senatora PSL. Właśnie nakładem Zysk i S-ka ukazała się jego książka „Europa. Najpiękniejsza opowieść"

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA