fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Przybył terminator, jest już w Meksyku

materiały prasowe
Pięć filmów i dwa seriale telewizyjne – a wszystko po to, by przekonać widzów, iż tylko John Connor może uratować nasz świat. Syn wojowniczej Sary z pierwszej części „Terminatora" miał stanąć na czele ruchu oporu i poprowadzić ludzkość do walki z maszynami. Tymczasem już w pierwszej scenie filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie" nastoletni John ginie z rąk T-800 w jakimś tandetnym tropikalnym kurorcie. Tym razem matka nie jest w stanie go ocalić.

Odpowiedzialny za scenariusz filmu James Cameron – pomysłodawca serii i reżyser dwóch pierwszych odsłon – lekką ręką wyrzucił wszystko, co zostało opowiedziane po wydarzeniach z „Terminatora 2". Nie bez powodu. Część trzecia nie spodobała się widzom, zaś dwie kolejne próby ożywienia marki – „Ocalenie" (2009) i „Genisys" (2015) – okrzyknięto kosztownymi rozczarowaniami.




A zatem John Connor zginął, ale złowrogi system komputerowy Skynet już nie istniał. Nie wywołał też wojny atomowej. Ludzkość przetrwała i dziś ma się tak, jak się ma, czyli bardzo zwyczajnie. Zagrożeniem dla przeciętnego Amerykanina nie są mordercze roboty paradujące po ruinach miast, lecz chociażby odbierający mu pracę Meksykanie. To od nich „cywilizowany świat" odgradza się murem. Ich zastępuje w fabrykach maszynami, ich spycha do życia w biedzie.

I to właśnie w Meksyku pojawia się nowy terminator – klasyczny endoszkielet otoczony płynnym metalem. Kolejna bezwzględna, zmieniająca kształty maszyna, która ma tylko jeden cel: zabić niejaką Dani Ramos, przeciętną dziewczynę pracującą wraz z bratem w fabryce samochodów. W ostatniej chwili ratuje ją Grace, kobieta podrasowana cybernetycznie. Silniejsza, szybsza, bardziej odporna na ciosy. Na dodatek wie, że Dani nie może zginąć, gdyż ma w przyszłości do odegrania bardzo ważną rolę.

Twórcy „Mrocznego przeznaczenia" opowiadają tę samą historię, którą opowiedzieli już kilka razy. Historię przybysza, który musi bronić kogoś bardzo ważnego przed atakami bezwzględnego, niemal niezniszczalnego mordercy. Pogoń za wzorcami sprzed lat obejmuje również powrót Lindy Hamilton do roli Sary Connor oraz bardzo autoironiczny występ Arnolda Schwarzeneggera. Do tego kilka efektownych, sprawnie nakręconych scen akcji, które jednak współczesnego widza niczym nie zaskoczą. „Terminator 2" był pokazem nowatorskich technologii komputerowych. Bez dwóch zdań wyprzedzał swoją epokę. Współczesne kino nie ma tymczasem niczego nowego do zaoferowania.

Ratunkiem mogły być niespodzianki fabularne czy nowatorskie podejście do tematu. „Joker" Todda Phillipsa tym właśnie zyskał sympatię widzów. Pokazał coś, czego w kinie jeszcze nie było – komiksowego złoczyńcę jako zwykłego człowieka zniszczonego przez społeczeństwo. Mocna teza, która stała się przyczynkiem do wielu dyskusji, analiz czy choćby memów. „Terminator: Mroczne przeznaczenie" niczego podobnego nie oferuje. Nie stawia nawet pytań dotyczących kierunków rozwoju technologicznego obecnych w pierwszych częściach cyklu. Nie zaszczepia w widzu niepokoju o przyszłość ludzkości. A przecież współczesny widz, wychowany na coraz lepszych i głębszych serialach, szuka w kinie czegoś więcej niż czystej rozrywki.

Może właśnie dlatego wokół nowego „Terminatora" toczą się w USA dyskusje zastępcze. Jedna z nich dotyczy feminizacji kina, procesu, w myśl którego kobiety coraz częściej obsadzane są w typowo męskich rolach. Nie wszystkim to się podoba. Moda ta ma swoich gorliwych krytyków, którzy znajdują potwierdzenie w liczbach. Kobiecy „Ghostbusters" nie odniósł sukcesu, chłodno przyjęto też „Ocean's 8" czy „Królowe zbrodni". „Terminator: Mroczne przeznaczenie" – bądź co bądź opowieść o trzech twardych kobietach – wpisuje się w ten trend. Szkoda, bo to nie jest zły film. Kto wie, może nawet najlepszy od premiery części drugiej.

—Michał Zacharzewski, Zdalaodpolityki.pl

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA