fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Śmierć nie dotyka geniuszu

Wikimedia Commons, Domena Publiczna
"Non omnis moriar", to Horacy. Pisane dawno temu, ale jak aktualne. I jakie prawdziwe. Może jedna z najgłębszych myśli, jakie wyprodukował uzbrojony w pióro człowiek. W pióro, dłuto, pędzel, ale też w instrumenty polityki, miecz, dywizje pancerne, bombę atomową.

Życie jako przestrzeń kreacji. Poza wysiłkiem genetycznym dostępne dla nielicznych. Choć wielu aspiruje. Czymże jest twórczość, jeśli nie usilną walką z biegiem czasu, próbą reprodukcji myśli, idei, wizji, emocji. Oczywiście, potrzeba do tego talentu, ale i to za mało. Talent jest dostępny zbyt wielu, jest jak błyszczące w ostrym świetle dnia ziarenko kurzu; dużo tego, za dużo, więc jako ludzkość stworzyliśmy trudną kategorię geniuszu, praktycznie niedefiniowalną, za to namacalną.




Ciekawe, że geniusz jest dotykalny, ale też, w innym wymiarze, wyjątkowo brutalnie weryfikowany przez kategorię czasu. Dostrzegamy, że ktoś jest bądź nie jest geniuszem, ale od takiej oceny dużo ważniejsze jest potwierdzenie tej konstatacji post factum. Bo wobec braku definicji formalnej, braku właściwej, precyzyjnej miary współcześni mogą się mylić. Ale następne pokolenia już mniej.

Jan Sebastian Bach i Georg Händel, wielcy barokowi rówieśnicy. Nie wiem, czy Bach uchodził w swojej epoce za geniusza; z pewnością wzruszał wielu słuchaczy na swojej trudnej ścieżce koncertmistrza. Inaczej Händel, rzucano mu pod nogi pęki róż. Był ulubieńcem, beniaminkiem londyńskiej socjety, faworytem Jerzego II i jego dworu. Jego realizacje konsumowały takie budżety, o jakich ani wówczas, ani długo później nie mógł marzyć żaden inny muzyk.

Wielki za życia Händel i zaszczuty, rzemieślniczy, w wytartym surducie Jan Sebastian Bach. Wiecznie głodny sukcesu, splendoru i fortuny. Nigdy ich nie osiągnął. Z dwadzieściorga dzieci dorosłości dożyło dziesięcioro. Z każdym z synów siedział godzinami przy klawesynie i uczył wirtuozerii oraz sztuki kompozycji. A jednak po jego śmierci uznali jego muzykę za niemodną. Nazywali go, nieżyjącego dawno ojca, „starą peruką", a o jego twórczości powiadali z irytacją: „mamy dość tej jego matematyki". Brak szacunku dla Bacha stał się modny. Niedawni słuchacze i konkurenci, którzy – to wiemy dziś – nie byli godni glansować perfumowanymi chusteczkami jego obłoconych buciorów, powiadali: „styl Bacha jest harmonijny i pełen wyrazu, ale niemelodyjny i pozbawiony wdzięku". Cóż więc było odrzucić, schować papierzyska do skrzyni i zapomnieć?

Inaczej Georg Händel, król swoich czasów. Bon vivant, rozszarpywany przez zleceniodawców, z kontami w najlepszych bankach, uznany za brytyjskiego artystę epoki. Do dziś zresztą jeden z jego czterech hymnów koronacyjnych, „Zadok the Priest", jest wykonywany podczas każdej kolejnej uroczystości koronacyjnej monarchów brytyjskich. Ulubieniec epoki. W przeciwieństwie do udręczonego życiem nudziarza – Jana Sebastiana Bacha. Szkoda, że nigdy się nie spotkali. Powinni, czego zresztą mamy świadomość dzięki genialnej sztuce Paula Barza „Kolacja na cztery ręce", który nadrobił niedoskonałość rzeczywistości i wymyślił to, co mogło się wydarzyć, gdyby do spotkania doszło. Mały Händel naprzeciw wielkiego Bacha. Utracjusz naprzeciw geniusza. Poprawny rzemieślnik wobec twórcy doskonałego. W sztuce Barza Händel jest mistrzem gry pozorów, narcyzem, mitomanem, ale w głębi duszy wie, że jego miejsce jest u stóp Bacha. Ma na tyle wrażliwości i inteligencji, że rozumie przed kim stoi. A on, Bach, człowiek nie jednej, ale wszystkich epok, kompozytor wszech czasów, na pozór skromnie pożera podawane frykasy, ale świetnie wie, jaka jest wartość jego dzieła. Ma poczucie wielkości. Czuje zawieszoną wysoko nad głową aureolę.

Czy tak było w istocie? Boję się, że to tylko wizja Barza, a rzeczywistość była smutniejsza. Bach robił, co mógł, by zadowolić swoich patronów, znał swoją biegłość, ale nie miał wiary w wielkość swego dzieła. Odwrotnie Georg Händel, właśnie tak musiało być wtedy. A dziś, kto wielbi Händla, a kto Bacha? Jak obróciło się przekonanie o wartości geniuszu. Jak przewrotna jest rzeczywistość. Męczy nas Händel i słuchamy Bacha. Patrzymy na groby bliskich i słuchamy Bacha. Tęsknimy za tymi, co odeszli, ale nie jesteśmy w sobie wykrzesać ani iskry żalu po geniuszu. Bo jest nam niepotrzebny. Mamy jego dzieło. To wielka tajemnica. Nie bardzo nas boli, kiedy umiera twórca; zostawia po sobie ślady. Dlatego Horacy miał prawo napisać: „Non omnis moriar".

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA