fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Irena Lasota: A gdyby porozumienie Okrągłego Stołu poddano pod referendum?

Fotorzepa, Darek Golik
Wyobraźmy sobie, że po podpisaniu umów Okrągłego Stołu w Polsce 5 kwietnia 1989 roku zostają one poddane pod referendum.

Wyobraźmy sobie również, że opublikowane zostają tajne i nieformalne umowy. Cały naród w powszechnym, wolnym i uczciwym referendum musi się na ich temat wypowiedzieć. W czasie referendum trzeba by odpowiedzieć tylko na jedno pytanie: „Czy popierasz umowy, by zakończyć konflikt i razem budować mocny i stały pokój społeczny?".

Nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie z niedoszłego referendum. Niektórzy twierdzą, że wybory 4 czerwca były takim referendum i że tego dnia zaczął się w Polsce nowy ustrój. Można by się zgodzić, że pierwsza tura wyborów byłą jakąś formą referendum, którego wyniki zostały jednak przez autorów umów odrzucone.

Mam nadzieję, że wśród moich czytelników są i tacy młodzi (poniżej 45 lat) ludzie, którzy nie pamiętają dokładnie, jaki był wynik wyborów. Otóż Solidarność, opozycja, naród – czy jak ten ówczesny twór nazwiemy – choć był podzielony, uzyskał wszystkie (161) przydzielone mu mandaty w Sejmie i 99 na 100 miejsc w Senacie. Większość kandydatów uzyskała poparcie od 60 do 80 proc. już w pierwszej turze.

Prawdziwym jednak referendum było odrzucenie 33 z 35 kandydatów tzw. listy krajowej, czyli creme de la creme władzy komunistycznej. Wtedy stało się jasne, że pewne zapisy Okrągłego Stołu są przez Polaków nieakceptowane. Doprowadziło to do zmiany ordynacji wyborczej między dwiema turami (pierwszy wielki skandal prawny u progu III RP, a może nawet grzech pierworodny) po to, by elita komunistów jednak znalazła się w Sejmie.

Przeskoczmy teraz do Kolumbii w Ameryce Południowej. Prezydent Juan Manuel Santos dostał właśnie pokojową nagrodę Nobla za „wysiłki na rzecz zakończenia trwającej od ponad 50 lat wojny domowej w Kolumbii". Wysiłki te to prowadzone w Hawanie od czterech lat negocjacje między rządem Kolumbii i Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (FARC). W języku poprawności politycznej ich członkowie zwani są „lewicowymi", a w rzeczywistości są to krwawi terroryści, którzy powstali jako zbrojne skrzydło Kolumbijskiej Partii Komunistycznej w 1964 roku, czyli wtedy, gdy ZSRS z pomocą Kuby organizował, szkolił i finansował oddziały terrorystyczne w wielu krajach Ameryki Środkowej i Południowej oraz w Afryce. Kilka lat później podobne próby podejmowano w Europie, gdzie zabłysły: niemiecka banda Baader-Meinhof i włoskie Czerwone Brygady.

FARC jest jedną z najbardziej udanych produkcji sowieckich i kubańskich, które przeżyły swoich mistrzów. FARC ma na koncie takie same zbrodnie jak ISIS, ale ponieważ są mniej widoczne w telewizorach, niepodszyte ideologią religijną i nieskierowane (zbyt często) na zewnątrz, więc mało o nich wiemy. Członków FARC jest stosunkowo niewielu jak na 48 milionów Kolumbijczyków; nie wiadomo dokładnie ilu, ale szacuje się, że od 6 do 22 tysięcy. Uzbrojeni po zęby w kałasznikowy, bomby i miny spustoszyli kraj nie mniej niż PZPR.

Po czterech latach rozmów w sierpniu tego roku rząd i FARC podpisały 300-stronicową umowę pokojową, którą poddano pod referendum, właśnie z pytaniem, które zacytowałam w pierwszym akapicie tego felietonu. Umowę opublikowano i 2 października została ona odrzucona w referendum niewielką ilością głosów: 50,22 proc. do 49,78 proc., przy tylko 37-procentowej frekwencji.

W niecały tydzień później prezydent Santos dostał Nagrodę Nobla.

Kampania przed referendum była gorąca. Zwolennicy „tak" mieli najistotniejszy zwykle argument: pokój lepszy niż wojna, spokój lepszy od konfliktu. Ale zwolennicy „nie" (wśród nich eksprezydent Uribe) sprzeciwiali się przede wszystkim tym punktom umowy, które przewidywały niemal pełną amnestię dla wszystkich terrorystów i ich udział w polityce poprzez zagwarantowanie im dziesięciu miejsc w parlamencie. Przeciwnicy umowy podkreślali przede wszystkim jej niemoralność, legitymizację terroryzmu i narkobiznesu, poprzez automatyczne uniewinnienie, a nawet uhonorowanie największych przestępców w kraju.

Mimo to prezydent Santos zapowiedział, że będzie kontynuował rozmowy pokojowe. Przeciwnikom umowy pozostało pokładać nadzieję w tym, że Kuba i Wenezuela, „ojcowie chrzestni" FARC, niedługo zbankrutują.

W Polsce w 1989 roku optymiści uważali, że można więcej wynegocjować od komunistów, skoro ZSRS zaraz upadnie. I upadł.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA