fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Terrence Malick. Modlitwa zza kamery

„Ani więzienie, ani kajdany, ani też wyrok śmierci nie są w stanie ograbić mnie z wiary i wolnej woli – mówił Franciszek Jägerstätter, po tym jak usłyszał wyrok skazujący w Berlinie w 1943 r.
COLLECTION CHRISTOPHEL/afp
W ostatnich latach krytycy nie do końca rozumieli Terrence'a Malicka. Zachwycali się jego wcześniejszymi filmami, te nowsze traktując jak mamrotanie uduchowionego starca. Ale można też spojrzeć na tę drogę artystyczną inaczej i jego najnowsze dzieło „Ukryte życie" zinterpretować jako punkt dojścia. Do miejsca, w którym jest mu najbliżej do katolickiej perspektywy.

Jest i był reżyserem zupełnie odrębnym. Nie dlatego, że robi kino na wskroś autorskie, polaryzujące publiczność i że wypracował charakterystyczny język, którego nie można pomylić z żadnym innym. 76-letni Malick jest zjawiskiem osobnym przede wszystkim dlatego, że opowiada o czymś bardzo niemodnym. Na poważnie i bez zbędnych wtrętów mówi o religii i duchowości. A przy tym przyciąga na plan swoich filmów największe gwiazdy.

Po wielkim artystycznym sukcesie debiutanckiego „Badlands" (1973) oraz późniejszych „Dni niebios" (1978) zaszył się w Paryżu i zniknął na dwie dekady z Hollywood. Wystarczyły zaledwie dwa filmy, by stał się legendą i gdy po niemal dwóch dekadach niespodziewanie wrócił, zaczęli do niego lgnąć najwięksi. Brad Pitt, Cate Blanchett, Ben Affleck, Antonio Banderas, Javier Bardem, Christian Bale, Colin Farrell, Sean Penn, Natalie Portman, Ryan Gosling, George Clooney – to tylko niektóre gwiazdy, które zgadzały się u niego grać za niewielkie pien...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA