Plus Minus

Bogusław Chrabota: Paul Krugman. Antysemita a rebours

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Ekonomiczny noblista z 2008 roku i felietonista „New York Timesa" Paul Krugman zechciał postraszyć Amerykanów Polską i Węgrami, podpierając się niewybrednym żartem z 1989 roku, że „wolna od obcej komunistycznej ideologii Europa Wschodnia może wrócić do swojej prawdziwej historycznej drogi – faszyzmu". W 2018 roku, dodaje Krugman, takie stwierdzenie „wcale nie brzmi jak żart". A jak? Chciałbym spytać. Czy jako wyważona konstatacja? Albo poparta naukowym wywodem teza noblisty?

Trudno tym słowom zarzucić choćby powagę. Krugman posługuje się najobrzydliwszym, opartym wyłącznie na uprzedzeniach stereotypem. Czyż to nie metody rodem z arsenału wulgarnego antysemityzmu? Mocno? Jakżeby inaczej, ale zacznijmy od początku.

Jest prawem felietonisty stosowanie agresywnego języka i barwnej metaforyki. Rozumiem na dodatek intencje Krugmana, który ostrzega Amerykanów przed pułapką autorytaryzmu. Pewnie już ją widzi. Republikańska większość na Kapitolu, nieprzewidywalny, posługujący się mieszanką taniego populizmu i prymitywnej propagandy republikański prezydent. Na dodatek odchodzenie w przeszłość takich wzorów etosu obywatelskiego jak John McCain. W istocie, myśląc o przyszłości, można oszaleć. Krugman więc szaleje. Transportuje w myślach nad Potomac Orbána i Kaczyńskiego, ostrzega, że „Partia Republikańska jest gotowa, a nawet chętna, by stać się amerykańską wersją PiS lub Fideszu, poprzez wykorzystanie swojej władzy, by rządzić bez przerwy", i przywołuje na poparcie tej tezy jakieś drobne przykłady z amerykańskiej prowincji. Jest jak wielki, rozgrzany do czerwoności, świszczący głośno gwizdek, który ostrzega pobratymców przed politycznym ryzykiem skrętu w stronę monopolistycznej władzy.

I dotąd wszystko dobrze, wszystko w granicach przyzwoitości. Skąd jednak te uproszczenia na temat Polski i Węgier? Tu Krugman posuwa się zdecydowanie za daleko. Po pierwsze, myli się w sprawie demokracji. Ani Fidesz, ani PiS nie doszły do władzy, łamiąc zasady demokracji większościowej. Odwrotnie, autorytarną ścieżkę otworzyła im właśnie demokracja. Co więcej, obie partie sprawnie posługują się i uzasadniają swoje działania większościowym mandatem. Może więc nie należy mistyfikować procedur, ale bardziej skupić się na treści życia publicznego? Opowiedzieć się przeciw modelowi większościowemu? Do tego trzeba być jednak wolnościowcem, a z tym socjalista Paul Krugman ma ewidentny problem.

Po wtóre, to bzdura, że demokracja w Polsce i na Węgrzech jest martwa. Owszem, ewoluuje, na dodatek w złym kierunku. Oddala się od bliskiego mi wzorca demokracji liberalnej w stronę populistycznego egalitaryzmu, niemniej pozostaje demokracją. Toleruje opozycję, a nawet więcej, nie może bez niej żyć, bo ta personifikuje wroga.

Czy demokracja to wolność słowa? Krugman pewnie temu nie zaprzeczy. Pragnę go więc zapewnić z tego miejsca, że wolność słowa istnieje, póki tacy jak ja nie piszą pod cudze dyktando. Ja nie piszę.

I na koniec sprawa najbardziej bolesna. Ów niesprawiedliwy i ze swej natury bliski antysemityzmowi stereotyp polskiego faszyzmu. Pomijając fakt, że ten ostatni narodził się we Włoszech w latach 20. ubiegłego wieku, Krugman jakoś nie chce pamiętać, że jego przodkowie przez stulecia żyli w wielonarodowej Rzeczypospolitej, którą dumnie nazywano państwem Obojga Narodów, choć i to było uproszczenie. Kraj między Wisłą i Bugiem był od samych swoich początków bardziej wielonarodowy od sąsiednich Niemiec czy odległej Hiszpanii. Już we wczesnym średniowieczu jego treść etniczną tworzyli zachodni Słowianie i Rusini, osadnicy z Niemiec i Wołosi, Żydzi i Ormianie, Karaimowie i Bałtowie, a mądra polityka polskich władców wobec diaspory żydowskiej spowodowała, że Polskę nazywano Paradis Judaeorum, czyli żydowskim rajem. To tu Żydzi byli bezpośrednio we władzy i pod ochroną króla. To tu zabójstwo Żyda było traktowane jak zabójstwo szlachcica. Czy Paul Krugman o tym wszystkim słyszał? Może nie doczytał? Albo nie zauważył? A może ta wiedza po prostu nie pasuje mu do tezy i dlatego przywołuje Polskę i Węgry, zapominając o zachodnim sąsiedzie, jakby to polski antysemityzm wyprodukował Holokaust, a nie niemiecki.

Może wystarczy. Obrońcy Krugmana powiedzą, że kłamie w dobrej sprawie. Chce uprzedzić czające się zło, uratować Amerykę przed Budapesztem i Warszawą. Serdecznie mu tego życzę, ale pozostanę przy swoim: kłamstwo, nawet jeśli zamknięte w barwnej figurze felietonu i napisane w słusznym celu, pozostaje kłamstwem. A kłamstwa na temat pojedynczych ludzi czy narodów niesprawiedliwie stygmatyzują. Paul Krugman powinien wiedzieć to najlepiej.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL