fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Artur Becker: Przeglądajcie się w „Srebrzysku” Chwina

Fotorzepa/ Piotr Wittman
„Srebrzysko” to (o)powieść o bardzo niespokojnych czasach, ludziach i sercach. Nie znam lepszej diagnozy współczesnej duszy Polaka.

Stefan Chwin kończy, wydaną w 2016 r., powieść „Srebrzysko" zadziwiającym, choć jednocześnie dość klasycznym, zdaniem: „Pisane w Gdańsku, 11 kwietnia 1949 – 31 września 2015". To dość ekscentryczne zakończenie zmusza czytelnika do zastanowienia, ponieważ autor omawianej tu powieści urodził się właśnie 11 kwietnia 1949 r. Czyli jak należy to rozumieć? Pisał ją przez całe życie? Chyba tak, chce się rzec z uśmieszkiem pod nosem, gdyż Chwin nie należy do tych pisarzy, którzy drażnią pretensjonalnymi zdaniami lub opowieściami wyssanymi z palca, mającymi tylko jedno zadanie: prowokować czytelnika i recenzenta do granic wytrzymałości. Co więcej – uważam, że Chwin jest jednym z najbardziej zrównoważonych polskich autorów, zarówno w swoich wypowiedziach, jak i poglądach (nie tylko politycznych). Nie przeszkadza mi nawet to, że czasami bawi się też w mędrca i wyrozumiałego ojca-pasterza, który tłumaczy Polakom i całemu światu, co to jest polska dusza i dlaczego jest właśnie taka, a nie inna. W końcu musi ktoś się takiego zadania podjąć, a w szczególności tacy pisarze, którzy dbają o swój ogródek domowy, czyli działają przede wszystkim dla dobra ogółu, a nie wyłącznie dla siebie samego, zaspokajając swoje narcystyczne potrzeby, a narcyzów było, jest i zawsze będzie dużo, choć tacy autorzy też są potrzebni. Taki już jest ten światek literacki.

Czytelnik może zadać pytanie: po co omawiać powieść wydaną trzy lata wcześniej? To wbrew wszelkim zasadom rynku książki. Tym bardziej że po drodze Chwin opublikował nową prozę pod tytułem „Pamiętnik życia we dwoje ". Odpowiedź jest prosta: powieść Chwina jest przepięknym srebrzyskiem-lustrem dla współczesnego Polaka-czytelnika i każdy myślący i czytający powinien mieć ją w domu, by przeglądać się w tym srebrzysku-lustrze. Nie znam lepszej diagnozy współczesnej duszy Polaka.

***

Lubię czytać wywiady z Chwinem, ponieważ autor „Srebrzyska" stara się zawsze zachować dystans i pewną lekkość, co dla wrażliwej duszy Polaka jest bardzo ważne, wrażliwej zarówno w kontekście historii, jak i odbioru swego kraju za granicą. Chwin nie jest ani radykałem, ani wywrotowcem, a tak zwanej „błogiej normalności" mimo wszystko też nie pojmuje dosłownie i także na nią patrzy krytycznym okiem.

Znam oczywiście pierwsze książki Chwina, w których jawi się przede wszystkim jako eseista i literaturoznawca. Wystarczy wspomnieć tu dwie pozycje: „Bez autorytetu" (wspólnie ze Stanisławem Rośkiem w 1983 r.) oraz „Literatura a zdrada: od »Konrada Wallenroda« do »Małej Apokalipsy«" (1993). Ale to jakby wszystko małe piwo, ponieważ prawdziwa kariera pisarska gdańszczanina zaczyna się po publikacji „Hanemanna" w 1995 r., powieści o Gdańsku z czasów pierwszej połowy XX w., w której dochodzi do zderzenia dwóch kultur, niemieckiej i polskiej, w pierwszych godzinach po „zniknięciu" Niemców z Gdańska w 1945 r., kiedy jeszcze w opuszczonych w popłochu mieszkaniach czuło się ich obecność, jakby wyszli tylko na chwilę do sklepu i mieli zaraz wrócić.

Niemieckie tłumaczenie „Hanemanna" ukazało się w 1997 r. pod dość komercyjnym, szczególnie dla Niemców atrakcyjnym tytułem: „Śmierć w Gdańsku" (Tod in Danzig), tytułem nawiązującym do noweli Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji" (Tod in Venedig). Pamiętam doskonale spotkanie autorskie Chwina w Bremie, gdzie prezentował ową powieść, a ja tłumaczyłem je symultanicznie na niemiecki – akurat w tym samym roku zadebiutowałem w Niemczech jako powieściopisarz. Od tego czasu i początków naszej skromnej przyjaźni minęło już ponad ćwierć wieku – w 1994 r. publikowałem wiersze w „Tytule", czasopiśmie literackim żony Chwina – wyśmienitej i zadziornej poetki Krystyny Lars – którą też bardzo cenię (nakładem ich wydawnictwa, też o nazwie „Tytuł", ukazało się „Srebrzysko").

***

Powieść dla dorosłych", tak książkę w podtytule definiuje sam autor. W Polsce nie doprecyzowuje się na okładkach gatunku literackiego. Dopisek „Schundroman" (powieść brukowa) lub „Groschenroman" (powieścidło), używany czasami przez pisarzy w Niemczech, ma oczywiście niewiele wspólnego z podtytułem książki Chwina, choć efekt jest w sumie ten sam: w jednym i drugim przypadku powieściopisarz – tu autor literatury pięknej – zaprasza czytelnika do zabawy z pewnymi schematami i oczekiwaniami, znanymi z konsumpcji książek, które zazwyczaj pochodzą z półki: „Lekkie, łatwe i przyjemne".

Byłem zaskoczony lekturą powieści Chwina, ponieważ nie spodziewałem się, że napisze coś w rodzaju thrillera, i to takiego, którego akcja mogłaby toczyć się w każdym kraju Europy. Jest to oczywiście także opowieść o współczesnej Polsce, w której katolicyzm ma w wielu domach swoje cieplutkie i bezpieczne miejsce. Z drugiej strony jednak jest też tam opisana Polska spragniona sensacji, skandali i rozmaitych teorii spiskowych, Polska, która żyje z pracy w korporacjach i doznaje uciech nowoczesnego „entertainmentu".

Sam autor stwierdził, że już od dawna marzył o takiej książce. Chciał napisać ją dla spokoju serca. Tymczasem jest to (o)powieść o bardzo niespokojnych czasach, ludziach i sercach. Przypomina ona nakręcony w 1994 r. film „Upadek" z Michaelem Douglasem w roli frustrata i szaleńca. Po wielu porażkach prywatnych i zawodowych, stojąc w korku w Los Angeles, wpada on w furię i zaczyna atakować przypadkowo spotkanych ludzi, dochodzi do zabójstwa. „Srebrzysko" to też książka o furii i tragicznym losie, w tym przypadku znanego scenarzysty i adwokata, cieszącego się również za granicą sporym uznaniem. Jest to w końcu także książka o chorobie naszych czasów – ostracyzmie.

***

Główny bohater Piotr Semen odnosi jako scenarzysta w Polsce i za granicą ogromne sukcesy. Jednakże to nie jego główny zawód. Na Nowogrodzkiej w Warszawie prowadzi kancelarię i cieszy się wielkim powodzeniem także jako adwokat. Potrafi wygrywać ważne procesy, co umożliwia mu życie na wysokiej stopie. Jest także znany z telewizji i radia, gdzie występuje często w roli mistrza-mędrca, który ma nienaganną opinię i służy zawsze dobrą poradą. Oprócz tego zna się na literaturze i filozofii – jest człowiekiem wykształconym kulturowo-historycznie. Może to nie intelektualista pełną parą, ale obyty w świecie i w wyższych sferach Europejczyk.

Nie jest postacią wyssaną z palca. W każdym kraju można spotkać adwokatów, którzy piszą dobre powieści lub scenariusze do filmów. Jeśli chodzi o polskich autorów-adwokatów warto wspomnieć Krzysztofa Piesiewicza, a z niemieckich Ferdinanda von Schiracha.

Cały ten piękny świat sukcesów w kraju i za granicą zaczyna się Piotrowi powoli walić. Najpierw córka Agnieszka umiera na białaczkę, potem w wypadku samochodowym ginie żona Monika. Piotr zdąży jeszcze wprawdzie przed totalnym upadkiem odebrać w Gdańsku przyznany mu tytuł doktora honoris causa, będąc oklaskiwanym nawet przez prezydenta, ale po powrocie do Warszawy jego uporządkowany i piękny raj przemienia się w piekło.

Piotr nie radzi sobie z samotnością, przyprowadza więc do domu zupełnie obce mu kobiety, czyli poznane na ulicy lub na dworcu młode i piękne panie o często nieprawych zamiarach, ale to ryzyko bierze na siebie. W końcu zostaje nagrany na smartfonie w dość jednoznacznej sytuacji: kokaina, dziwki, dzikie okrzyki ekstazy, szaleństwa seksualne, pornograficzne wygibasy, piana na ustach. Filmik ze smartfonu spełnia swoje zadanie. Piotr dostaje kopię nagranej orgii, zaczyna być szantażowany, załatwia więc sobie od jednego ze swoich najlepszych klientów, szefa znanej mafii, „kałacha" i oczywiście „kałach" musi kiedyś wystrzelić, czego czytelnik wręcz wyczekuje. A do telewizji trafia wspomniany filmik z narkotyczno-pornograficznej orgii adwokata, w czym ma udział poczytny „Faktor" – coś w rodzaju „Faktu" lub niemieckiego „Bilda".

W internecie rozprzestrzenia się szybko fala ostracyzmu wobec Piotra. Media społecznościowe aż huczą, a słynny adwokat i scenarzysta idzie nagle na całość, wpada w furię i mści się, albowiem zbyt silne jest pragnienie zemsty – nie tylko na sprytnych kryminalistach i geszefciarzach, którzy nagrali filmik i go szantażują, ale także na mediach i społeczeństwie łaknącym skandali i tragedii ludzi z wyższych sfer, gwiazd i gwiazdeczek.

I jakby tych nieszczęść było wciąż mało, Piotr dostaje diagnozę śmiertelnej choroby od swego lekarza: pozostają mu dwa, góra trzy miesiące życia. Dzielnie walczy jednak dalej i rozpoczyna krucjatę przeciwko znienawidzonym mediom i społeczeństwu, które karmi się dzień w dzień coraz to większymi skandalami i upadkami VIP-ów.

Jest w tej powieści również wątek miłosny – Piotr znajduje wreszcie kogoś, kto nie tylko obserwuje jego upadek z bliska, ponieważ ma dostęp do informacji o nim z pierwszej ręki, ale także jest w stanie pojąć dialektykę tego upadku, jakby teodyceę. Jest to żona znanego w całym kraju komendanta policji, który nienawidzi takich karierowiczów i celebrytów, za jakiego uważa też adwokata z Nowogrodzkiej, znanego scenarzystę. Piotr, podobnie jak w filmie z Michaelem Douglasem, traci nerwy i w przypływie furii mści się na swoim byłym kliencie Muniaku, szefie mafii, którego zabija. Zabija też znanego mu z dawnych czasów księdza – można się tylko domyślać, że jemu wymierza karę za pedofilię.

Przypomnijmy może jeszcze, że Piotr i żona komendanta, która też zachorowała na raka i której dni także są policzone, przeżywają w pewnym sensie happy end na ławeczce dla pielgrzymów na Jasnej Górze. Innymi słowy, odchodzą z tego świata z godnością, wstrzykując sobie morfinę w odpowiedniej dawce.

Tak z grubsza opowiedziana historia powieściowego Piotra przypomina oczywiście akcje setki thrillerów, w których głównym bohaterom przydarzają się podobne nieszczęścia, tragedie i wzniosłe chwile, podczas których mruczymy pod nosem: „C'est la vie".

***

W gruncie rzeczy Chwin opowiada na nowo mit Ikara, ponieważ tak naprawdę nie interesują go barwne i wciągające opowieści, czyli nowele, które czyta się po nocach, gdyż działają na nas jak narkotyk. Nie, to nie ten trop. Chwin jest przerażony faktem, jak bardzo jesteśmy dziś spragnieni skandali i historyjek o upadkach naszych gwiazd, a chodzi tu oczywiście nie tylko o radość z cudzego nieszczęścia (Schadenfreude): „Zobacz, tak nas pouczał w telewizji, taki niby mądry, dobry, uczynny, a tak naprawdę był zwykłą świnią, kochał dziwki, kokainę i zadawał się z mafią!".

Autorowi „Srebrzyska" nie podoba się taki redukcjonizm, który zresztą w naszej epoce odnosi ogromne sukcesy, w szczególności wśród populistów. Chwin idzie zupełnie inną drogą i relacjonuje historię swego bohatera z różnych perspektyw. Upadek Piotra ma dlatego wiele wymiarów. Jego tragedia życiowa jest więc dla komendanta policji, zaprzyjaźnionego z premierem, niewidoczna. Zupełnie niezrozumiała z kolei dla przeciętnego telewidza, który zobaczył jakiś tam pornograficzny filmik, trwający zaledwie kilkadziesiąt sekund, ze znanym mecenasem i scenarzystą w roli głównej, aczkolwiek filmik właśnie o jednym ze znienawidzonych przedstawicieli elity.

Przejmująca jest w tym kontekście scena, kiedy Piotr wpada z „kałachem" do redakcji „Faktora", żeby zemścić się na „dziennikarzach pożal się Boże", jak opisuje ich narrator, pismakach po studiach, spłacających kredyty, konsumujących regularnie filmy Tarantino, powieści Murakamiego i Houellebecqa, odżywiających się zdrowo, ale nie mających odwagi, żeby podejmować samodzielnie decyzje, gdyż w gruncie rzeczy są niewolnikami, którzy oddali swoją wolność w ręce potężnych firm i bossów gwarantujących im pracę, bezpieczeństwo i zasłużony „entertainment". Zygmunt Bauman byłby zadowolony z tej powieści, pisał on przecież o „płynnej nowoczesności" i właśnie o słabościach współczesnego człowieka, który w imię bezpieczeństwa jest w stanie ofiarować państwu i korporacjom nawet swoją wolność.

Czym więc jest „Srebrzysko?". Czy to rzeczywiście tylko cmentarz poniemiecki w Gdańsku? Magiczna dzielnica? Dom wariatów, czyli szpital psychiatryczny? Czy może Polska? Europa? Życie Piotra? Każdy czytelnik musi sam sobie na te pytania odpowiedzieć, a ja mogę złożyć tylko różnego rodzaju propozycje interpretacji.

***

Piękna scena w tej powieści to ta, kiedy Piotr jest na pogrzebie swojego ojca, a w „domu wariatów" (szpitalu psychiatrycznym) naprzeciwko Srebrzyska, czyli cmentarza, dochodzi do pożaru. „Wariaci" uciekają, ksiądz kropidłem gasi pożar .

Na cmentarzu tym została też pochowana Monika, żona Piotra, który wprawdzie wychował się na Morenie, ale mieszkając na dziesiątym piętrze, mógł obserwować Srebrzysko z daleka – jakby przeczuwał, że na tym cmentarzu spotka kiedyś swoich bliskich, ale tak naprawdę obserwował po prostu ludzkość, naszą cywilizację.

Ten symboliczny akt „vigilate et orate", czyli baczne obserwowanie i opiewanie świata, jest o tyle ważny, że Chwin lubi być w swoich powieściach właśnie bacznym obserwatorem – podglądaczem i piewcą jednocześnie. Nic innego nie czyni też Piotr. Jest krytycznym obserwatorem, ontologiczne problemy ścierają się z socjologicznymi obserwacjami w jego niespokojnym i wrażliwym umyśle, a diagnoza Piotra (na tych dwóch poziomach) jest zastraszająca. Najgorszą ocenę wystawia społeczeństwu: „Po obrzydliwym dniu spędzonym w miejscu pracy miliony Polaków, Niemców, Rosjan i Paragwajczyków zasiadały przed telewizorami, by poranioną duszę opłukać w kolorowych światłach serialu". Lub: „Widział ich teraz na własne oczy, tych, pożal się Boże absolwentów filologii, dyplomowanych socjologów, historyków z doktoratami, ekonomistów po uniwersytetach i zagranicznych stażach, którzy – żeby zarobić na żonę i dziecko – musieli harować do upadłego po redakcjach tabloidów z psim posłuszeństwem (...), po powrocie z redakcji do domu, spluwali na widok własnego tekstu (...), o, gdyby tylko mogli, codziennie pisaliby same tylko głębokie eseje o twórczości Czesława Miłosza, José Saramago, Tomasza Manna i Wisławy Szymborskiej".

Piotr nie stoi ani po stronie narodowców, ani też po stronie obrońców konstytucji – z pobłażaniem patrzy na ten uliczny cyrk (choć wyczuwa się u niego sympatię dla liberalizmu). To trochę taka perspektywa, którą Chwin przyjmuje też w jednym ze swoich wywiadów dla „Gazety Wyborczej", w którym – o ile dobrze pamiętam – tłumaczył czytelnikom, że tak zwany „pisowiec" nie spadł z nieba, tylko jest produktem polskiej mentalności, historii, i kultury. Przypomina to trochę rozważania rosyjskich historyków i socjologów o sowieckim człowieku, którego mentalność, według ich opinii, ma swoje korzenie już w XIX w.

Gdy Piotr patrzy natomiast z perspektywy ontologiczno-teologicznej na własne życie, staje się wtedy wręcz wrogiem Boga; jak jakaś sfrustrowana postać z powieści Singera lub Dostojewskiego, ale takiego Boga, który zdaje się być obojętny na cierpienie 11-letniej dziewczynki, umierającej w szpitalu na białaczkę, nie mówiąc o śmierci córki Agnieszki.

Chęć zabicia – ukrzyżowania – takiego Boga narasta w Piotrze tak samo silnie jak tęsknota za tym Bogiem, który był kiedyś w jego dzieciństwie „kieszonkowym", jak go nazywa, czyli „Wszystkim i Niczym", a jednak pełnym miłosierdzia i wyrozumiałości. Ten drugi Bóg jest uwolniony od dogmatów, moralistycznych i moralizujących nakazów, i nawet niewiele ma wspólnego z gnostycznym Bogiem, rodem z apokryfów takich jak Ewangelia Tomasza czy też z koptyjsko-gnostycznego dzieła „Pistis Sofia". Warto w tym kontekście przytoczyć słowa Emila Ciorana – pochodzące z jednej z późniejszych książek tego autora – mówiących, że naiwność ludzi (nie tylko ateistów!) jest dość przytłaczająca i śmieszna, ponieważ wyobrażają sobie, iż w momencie śmierci uwolnią się od problemów ontologicznych i metafizycznych. Nie, mówi Cioran, niestety one zostają, ponieważ świat dalej istnieje. I człowiek też.

To jest myślenie bliskie Chwinowi, za co chwała mu jako pisarzowi, gdyż jego ontologiczno-ateistyczno-teologiczne zmagania są dziś w literaturze rzadkością, a jeżeli się pojawiają, to są wyłącznie instrumentalizowane dla różnych celów – intelektualnych, filozoficznych, psychologicznych, a nawet politycznych. Don Kichot skaczący po łące i zrywający kwiatki dla Dulcynei po ciężkiej walce ze złem raczej nie pojawia się już w naszych współczesnych powieściach.

***

W przeciwieństwie do wielu recenzentów tej powieści, nie przeszkadzają mi w niej wątki teologiczne i gnostyczne związane z rozważaniami głównych bohaterów na temat sensu lub bezsensu wiary w Boga. Nie tylko w tego Boga z Watykanu czy z Torunia, czyli ulepionego ludzką ręką na pierwszym Soborze nicejskim, kiedy to w 325 r. zamknięto arianom drzwi do Kościoła chrześcijańskiego Cesarstwa Rzymskiego, kiedy stworzono dogmaty, takie jak na przykład Trójcę Świętą; postaci Chwina dyskutują i rozmyślają właśnie też o zupełnie innym Bogu. O tym, który nie należy do żadnej instytucji i jest w stanie przebaczyć nawet największemu oprawcy i bandziorowi, choćby był samym Lucyferem.

Nawiasem mówiąc, dla czytelnika zachodniego mogłyby się jawić wszelkie te rozważania na temat Boga i jego obojętności lub niewidocznej, ale przez wiarę (pistis) odczuwalnej, interwencji w sprawy ziemskie dość abstrakcyjnymi, lecz nie dlatego, że nie posiada on wiedzy o soborze w Nicei, o Hieronimie ze Strydonu, twórcy scholastyki i katolicyzmu, o Justynianie I Wielkim, który odrzucił dzieła Orygenesa, ponieważ zagrażały one różnym dogmatom, na przykład dogmatom o Sądzie Ostatecznym, o zbawieniu szatana, ponieważ w chrześcijaństwie według Justyniana I nie ma miejsca dla takiej eschatologii, która by nawet złu pozwoliła wrócić do Boga. Nie, to jest uniwersalna wiedza, dostępna w każdej bibliotece. Zachodni, zlaicyzowany czytelnik, czyli w szczególności ten z krajów protestanckich, nie rozumie, jak można żyć w ciągłym strachu przed karą boską, a katolicyzm jawi się mu często jako zwykły system ucisku. Zresztą o powinowactwach katolicyzmu i faszyzmu pisał już Umberto Eco w swoim, dziś już słynnym, eseju „Wieczny faszyzm" z lat 90. ubiegłego wieku.

Pytanie „Unde malum?", czyli skąd bierze się zło, to najtrudniejszy temat, którego podjął się autor „Srebrzyska" w swojej powieści, a sprawia nam ono do dziś najwięcej trudności i nie mamy na nie zadowalającej odpowiedzi, a zmagały się z nim przecież tak wybitne postaci jak Plotyn czy Dostojewski.

***

Polecam więc gorąco: przeglądajcie się w tej powieści tak samo krytycznie jak Piotr, bezwzględny obserwator i komentator naszych czasów. Taki upadek może zdarzyć się, niestety, każdemu z nas i warto być przygotowanym, nie tylko na przyjęcie dobra i szczęśliwych chwil.

Artur Becker, ur. 1968, polsko-niemiecki powieściopisarz, eseista i poeta, mieszka od 1985 r. w Niemczech. W Polsce ukazały się jego dwie powieści „Kino Muza" i „Nóż w wódzie. Pieśń o topielcach"; z końcem września 2019 r. opublikowane zostaną jego eseje „Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu"

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA