fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wolność i Niezawisłość. Ofiary komunistycznego terroru

Ostatnim prezesem WiN był ppłk Łukasz Ciepliński, aresztowany przez UB w listopadzie 1947 r. Przez ponad trzy lata przebywał w więzieniu mokotowskim, gdzie był torturowany. Podobny los spotkał jego najbliższych współpracowników. Wszyscy zostali rozstrzelani 1 marca 1951 r. Na zdjęciu pomnik ich pamięci, odsłonięty w listopadzie 2013 r. w Rzeszowie, który wyzwoliły oddziały AK pod dowództwem Cieplińskiego
PAP
Założenia głównej organizacji powojennego podziemia dalece odbiegały od gloryfikowanej dziś bezkompromisowej walki zbrojnej z komunistami. Działające oddolnie zrzeszenie Wolność i Niezawisłość miało paraliżować posunięcia komunistów i ułatwiać funkcjonowanie jawnej opozycji.

Na początku września 1945 r. grupa pozostałych w kraju wysokich oficerów Armii Krajowej powołała nową organizację – Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN). Rezygnując z militarnego charakteru dalszej działalności, za cel stawiała sobie ona polityczną walkę o realizację Testamentu Polski Walczącej. „Nie naszą jest winą, że podstawowe prawo wolnego obywatela w demokratycznym państwie – prawo zrzeszania się, musimy realizować w postaci tajnej" – stwierdzali w deklaracji ideowej założyciele WiN. Jej wymowa, zwłaszcza dziś – w dobie forsowania bardzo uproszczonego obrazu powojennego podziemia – może zaskakiwać.

Inicjatorzy WiN głosili potrzebę prawdziwej, bazującej na wzorcach anglosaskich, demokratyzacji życia polskiego i przeprowadzenia gruntownych reform społecznych (te podejmowane przez komunistów oceniali jako powierzchowne). Potępiając „urągającą suwerenności" samowolę bezpieki i domagając się opuszczenia Polski przez obce wojska, odżegnywali się od „opartej na błędnych założeniach antydemokratycznej działalności ugrupowań skrajnych". W ten sposób wyrażali krytyczny stosunek do części konkurencyjnego, usiłującego zdominować podziemie za sprawą radykalnej retoryki, nurtu narodowego. Deklarując konieczność ułożenia partnerskich relacji z ZSRR, co wynikało z położenia międzynarodowego Polski, zwracali uwagę na krzywdzący wymiar jednostronnych decyzji powziętych w sprawie polskiej granicy wschodniej i potrzebę jej pokojowej rewizji. Wreszcie, co było krokiem szczególnej wagi, wzywali do „likwidacji Rządu Polskiego na obczyźnie" oraz powrotu wojennej emigracji. Celem miało być „ostateczne i niedwuznaczne skoncentrowanie w kraju" sił aspirujących do politycznego przywództwa narodu.

Twórcy zrzeszenia nie wierzyli, że bliski jest kolejny konflikt zbrojny. Szansę zachowania choćby częściowej niezależności dostrzegali w wytworzeniu swoistej masy krytycznej, zdolnej zmusić komunistów do przeprowadzenia wolnych wyborów. Te w Jałcie i Poczdamie zagwarantowały Stany Zjednoczone oraz Wielka Brytania. „Nie sięgamy sami po mandaty poselskie, ale wytężymy wszystkie siły, by znalazły się one w rękach prawdziwej demokracji polskiej. (...) Wyborów sfałszować nie damy!" – wołano w zakończeniu winowskiej deklaracji. Autorem projektu dokumentu był zapomniany dziś redaktor czołowych pism Polski Podziemnej i wychowawca legendarnego akowskiego batalionu „Parasol" Bolesław Srocki. Ostateczny kształt nadał mu płk Jan Rzepecki – pomysłodawca i prezes WiN, a w czasie wojny zwierzchnik wyjątkowego w skali całej okupowanej Europy podziemnego „koncernu wydawniczego", akowskiego Biura Informacji i Propagandy (BIP).

Wyjście z podziemia

Koncepcja nowej organizacji dojrzewała od wiosny 1945 r. W maju stojący na czele likwidowanych stopniowo struktur podziemnej armii Rzepecki i delegat rządu na kraj, ludowiec Stefan Korboński wydali specyficzną odezwę. Wzywali w niej do „wykonania trudnego rozkazu Prezydenta RP" i ostrożnego powrotu „do pracy nad odbudową kraju". Rozumiejąc tragiczne położenie swoich podopiecznych, zastrzegali, że kontynuacja walki zbrojnej jest szkodliwa i sprzeczna ze wskazówkami rządu. „Nie wierzcie (...) działającym samowolnie Polakom lekkomyślnym, choć patriotycznie nastawionym, jeśli namawiają Was na partyzantkę, powołując się na takie rozkazy władz polskich" – wołali. Dwa miesiące później zwierzchnicy utworzonej w miejsce rozwiązanej AK Delegatury Sił Zbrojnych (DSZ) pisali już o „zwyrodniałości życia leśnego", zagrażającej demokratycznemu dorobkowi ideowo-politycznemu AK. Co charakterystyczne, w tym samym czasie jeden z podległych im tytułów wzywał: „Musimy ożywiać (...) polski ruch polityczny! Z chwilą gdy zostanie ujawniony PSL, nie powinno zabraknąć ani jednego chłopa, ani jednego inteligenta pochodzącego z ludu, któryby w szeregi tego stronnictwa nie stanął. Tak samo muszą się zgrupować w PPS wszyscy robotnicy Polacy, tak i mieszczaństwo polskie winno zespolić się w Chrześcijańskiej Demokracji".

Zmęczenie wieloletnią konspiracją i bezradność legalnych władz coraz wyraźniej przekładały się na nastroje panujące w podziemiu. W obliczu triumfalnego powrotu Mikołajczyka i wejścia ludowców do powołanego pod patronatem alianckiej wielkiej trójki Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z początkiem lipca samorozwiązaniu uległy cywilne organy Państwa Podziemnego. Współtworzące je ugrupowania – z wyjątkiem narodowców, choć część działaczy Stronnictwa Narodowego również podjęła próbę legalizacji – zdecydowały się wyjść na powierzchnię. Wzorem „odbitego" z rąk komunistów ruchu ludowego dalszą działalność zamierzały prowadzić jawnie.

Po kilku tygodniach także przywódcy wojskowi postanowili rozwiązać ostatnią działającą wciąż z upoważnienia Londynu organizację. W jednej z przesłanych wówczas nad Tamizę depesz Rzepecki stwierdzał: „Delegatura Sił Zbrojnych nabiera cech czystej negacji. Okopy św. Trójcy, w których ludzie nie chcą umierać wraz z reakcyjnym NSZ, choć trwają z obowiązku. Nie chcąc zaskakiwać, proszę o wolną rękę dla ewentualnego rozwiązania Delegatury". Skupieni wokół niego oficerowie byłej AK nie zamierzali rezygnować z dalszej działalności. Odtąd mieli jednak funkcjonować niezależnie od „negujących pojałtańską rzeczywistość", a od niedawna także pozbawionych międzynarodowego uznania legalnych władz emigracyjnych. Ramy do dalszej akcji stworzyć miało właśnie samodzielne, budowane na miejscu, Zrzeszenie WiN. Pierwotnie manifestacyjnie określone jako Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji.

Jesteśmy realistami

Kluczowym zadaniem stawianym sobie przez WiN była polityczna aktywizacja społeczeństwa w duchu demokratyzmu i suwerenności. Strukturom terenowym zalecano prowadzenie akcji propagandowo-inspiracyjnej, połączonej z przenikaniem do znajdujących się w ich zasięgu placówek życia publicznego: szkół, urzędów, partii czy spółdzielni. Sugerowano popularyzować etos AK i podkreślać, że „jej dorobek ideowy jest własnością całego społeczeństwa". Oczekiwanym efektem miało być wytworzenie masowego, zasilanego przez powracającą emigrację i raczej stymulowanego aniżeli kontrolowanego przez kierownictwo ruchu społecznego. Sam WiN projektowano bowiem jako organizację kadrową. Działająca oddolnie siła miała paraliżować posunięcia komunistów i ułatwiać funkcjonowanie jawnej opozycji: mikołajczykowskiemu PSL, chadeckiemu Stronnictwu Pracy, często antysowieckim dołom PPS.

Jeden z kluczowych elementów koncepcji stanowił postulat definitywnego „rozładowania lasów". Wiązano z nim nadzieję na wyprowadzenie z tragicznego impasu tysięcy żołnierzy Polski Podziemnej, ale także wytrącenie Moskwie „argumentu band", służącego za międzynarodowy pretekst do stacjonowania w Polsce wojsk sowieckich. Kierownictwo WiN nie odcinało się jednak od wszelkich przejawów oporu zbrojnego. Mimo nawoływania do „wychodzenia z lasu" istotna część oddziałów była grupami o rodowodzie akowskim. Próbowano docierać do nich, stopniowo ograniczać ich aktywność i skłaniać do demobilizacji. Ponadto – zapewniać swoisty parasol organizacyjny zabezpieczający przed możliwością wchłonięcia przez konkurencyjne struktury nurtu narodowego.

Niewątpliwy wpływ na program i posunięcia WiN miały lewicujące tendencje większości jego twórców. W wytycznych dla terenu pierwsze kierownictwo organizacji zalecało: „Nie atakować legalności (słaby argument w czasach rewolucyjnych – jesteśmy realistami), zasad polityki społecznej i gospodarczej ani polityki w sprawie granicy zachodniej". Tę ostatnią środowisko Rzepeckiego uważało za jedną z nielicznych zdobyczy Polski w minionej wojnie. Wątpiło zarazem, czy w wypadku ewentualnego konfliktu, w którym karta niemiecka musiałaby odgrywać istotną rolę, Anglosasi będą skłonni zająć stanowisko korzystne dla Warszawy. Piętnować nakazywano „wszelkie przejawy wysługiwania się Rosji, obłudę w rządzeniu, niedołęstwo, a nade wszystko deptanie wolności obywatelskiej".

Ów – przez narodowców określany też masońskim bądź sanacyjnym – rodowód WiN od początku rzutował na relacje z podziemiem nacjonalistycznym. Choć przywołane wyżej wytyczne wyraźnie zalecały życzliwość wobec innych „ruchów wolnościowych", jednocześnie zastrzegały: „(...) potępiać formy działania nieetyczne bądź sprzeczne z naszymi ideałami (np. podszywanie się bezprawne pod cudze szyldy, morderstwa polityczne, wygrywanie nienawiści rasowych, nieuczciwe podniecanie do prowadzenia pozbawionej widoków akcji zbrojnej)". Nieprzypadkowo cały ten katalog dotyczył zarzutów wysuwanych – niekiedy z wzajemnością – przeciw podziemiu narodowemu. Swoje trzy grosze na rzecz podgrzewania antagonizmu między dwoma ośrodkami dorzucali także komuniści, konsekwentnie i świadomie utożsamiający ogół podziemia ze skrajnymi, znacznie mniej popularnymi od AK, Narodowymi Siłami Zbrojnymi. „Postawa nasza gniewa przedstawicieli obecnych władców Polski. Starają się oni nas zohydzić w oczach polskiego społeczeństwa i dlatego na wszystkie strony szerzą propagandę, że ci, którzy pozostali w podziemiach, to wyłącznie NSZ. (...) NSZ-owcami nie byliśmy nigdy i nie jesteśmy. Polska niepodległa, wolna, niezawisła, demokratyczna to cel, do którego dążymy. Do pozostania w konspiracji zmusza nas konieczność, dobro Polski i dobro tych, którzy się ujawnili" – wołał w grudniu 1945 r. organ lubelskich struktur WiN.

Założenia a rzeczywistość

Atmosfera stałego zagrożenia, prześladowania, ale także przywiązanie dołów do sprawdzonego modelu konspiracji wojskowej nie ułatwiały „likwidacji problemu lasów". Mało intuicyjna koncepcja przejścia do tajnej pracy propagandowo-politycznej, zwłaszcza tam, gdzie struktury poakowskie zachowały charakter masowy, spotykała się z krytyką. Dodatkowo z końcem roku 1945 organizacja stanęła przed zasadniczym problemem – rozbiciu uległo całe jej kierownictwo. Jednym z pierwszych aresztowanych był sam Rzepecki. Przekonany o braku perspektyw dalszej działalności, zdecydował się ujawnić zrzeszenie – za cenę złagodzenia kar, co wielu winowców potraktowało jak zdradę. Krok ten oznaczał utratę części organizacyjnego zaplecza poligraficznego oraz blisko miliona dolarów.

WiN przetrwał jednak ciężką próbę. Choć kolejny zarząd, na którego czele stanął współtwórca akowskiego Kedywu płk Franciszek Niepokólczycki, wyraźnie zaostrzył kurs wobec „reżimu warszawskiego", kluczowe założenia zostały utrzymane. Nadal podkreślano prodemokratyczny i polityczny charakter zrzeszenia. Mimo aktywizacji pracy wywiadowczej i coraz poważniejszych rozważań nad możliwością wybuchu nowego konfliktu zasadniczo trwano też przy haśle wolnych wyborów, głosząc potrzebę zaprzestania walki zbrojnej. Fiaskiem zakończyły się wreszcie próby powrotu „na platformę londyńską" – WiN, choć pojawiły się pewne kontakty, pozostał niezależnym od majoryzowanego coraz wyraźniej przez narodowców rządu emigracyjnego.

„Nie mogąc doczekać się żadnych wytycznych ani też wykonać propozycji: jednej – podporządkowania się PPR, oraz drugiej – podporządkowania się NSZ – Polski Ruch Niepodległościowy WiN w porozumieniu z demokratycznymi ugrupowaniami krajowymi przejął kierownictwo nad Krajem" – deklarowano latem 1946 r. Jako przestrogę dla Londynu wskazywano kazus białej emigracji rosyjskiej, która za punkt odniesienia przyjmując realia przedrewolucyjne, latami coraz bardziej odrywała się od krajowej rzeczywistości.

Praktyka była jednak bardziej złożona od oficjalnych oświadczeń. Postulowany model walki politycznej zasadniczo przyjął się w województwach południowych. „Jesteśmy zdolni do bohaterskich porywów – spostrzegała wydawana przez krakowski WiN „Niepodległość" – nie umiemy jednak prowadzić mniej wprawdzie efektownej, ale co najmniej równie skutecznej, rozłożonej na dłuższy okres walki niekoniecznie orężnej". Zwracając uwagę na zasadnicze przesłanki skłaniające do odrzucenia oporu zbrojnego – dawanie pretekstu do ingerowania w sprawy polskie Sowietom, pogłębianie strat, uciążliwość oddziałów dla ludności cywilnej i ich rosnącą demoralizację – stwierdzano: „Stawiamy sprawę jasno. Akcja zbrojna w obecnych warunkach jest nie tylko niecelowa, ale wręcz szkodliwa. (...) Nakazem chwili jest przerwać walkę zbrojną, a podjąć walkę ideowo-polityczną. Nakaz ten dyktuje nam trzeźwa ocena sytuacji, rozsądek i patriotyzm".

Obszarem Południowym WiN, rozciągającym się od Rzeszowszczyzny po Dolny Śląsk, kierował ppłk Łukasz Ciepliński. Z czasem – prezes ostatniego, IV Zarządu Głównego organizacji. To właśnie jego z grupą najbliższych współpracowników komuniści zamordowali 1 marca 1951 r. w podziemiach więzienia na Rakowieckiej.

Bardziej skomplikowana sytuacja panowała w drugim z winowskich ośrodków – cechującym się większą niezależnością od władz zrzeszenia Obszarze Centralnym. W jego ramach znalazły się swoiste bastiony antykomunistycznego oporu: Lubelszczyzna i Białostocczyzna. Nową koncepcję walki próbowano godzić tu z nastrojami dołów, wzmacnianymi szczególnie brutalnym postępowaniem władz. Z jednej strony, wspierając „rozładowywanie lasów", manifestowano swój polityczny charakter, z drugiej – nie rezygnowano zupełnie z argumentu siły i wojskowego modelu organizacji. Lokalnie często skutecznych, a przy tym zwiększających poczucie bezpieczeństwa. To tu, pod firmą oficjalnie przeciwnego walce zbrojnej WiN, funkcjonowały oddziały „Zapory", „Orlika" czy „Huzara". „Las był stale zasilany – wspominał po latach prezes Obszaru Centralnego ppłk Wincenty Kwieciński. – Próbowaliśmy wciągnąć Kościół do pomocy przy rozładowywaniu grup zbrojnych. Myśmy zdawali sobie sprawę, że dla organizacji politycznej istnienie takich grup stanowi tylko obciążenie. Ale przecież nie mogliśmy powiedzieć oddziałowi, powiedzmy z Grójca, idźcież do diabła. Próbowaliśmy, między innymi pomagając im finansowo, przejść do normalnego życia. Było to wszystko bardzo trudne. Na Białostocczyźnie, kiedy próbowaliśmy wpłynąć na »Lisa«, aby rozładował swoje oddziały, to on po prostu zastrzelił naszego wysłannika".

Pseudonimem „Lis" posługiwał się prący do konfrontacji nie tylko z komunistami, ale także z „mącicielską robotą sanacji", lokalny dowódca Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Mimo szczególnie wysokiej temperatury sporu panującej w północno-wschodniej części obszaru jego zwierzchnicy próbowali koordynować posunięcia z konkurencyjnym nurtem. Wyrazem tego było m.in. wejście do zainicjowanego przez znanego piłsudczyka płk. Wacława Lipińskiego Komitetu Porozumiewawczego Organizacji Polski Podziemnej.

Z biegiem czasu koncepcja dążenia do wolnych wyborów coraz wyraźniej się oddalała. Wobec geopolitycznej polaryzacji tracił na znaczeniu kluczowy w jej założeniach czynnik opinii międzynarodowej. Tuż przed zarządzoną ostatecznie na styczeń 1947 r. „farsą wyborczą" zrzeszenie apelowało: „Walka w obecnych warunkach polega właśnie na tym, abyśmy byli we wszystkich urzędach i instytucjach (...). Stawanie poza nawiasem biegu wypadków ułatwia przeciwnikowi realizację jego zamiarów".

Osłabiony WiN wchodził właśnie w schyłkowy, najbardziej dramatyczny etap swojej działalności. Kilka miesięcy później zakończyć go miała kolejna fala aresztowań. Ostatni akt tragedii, tzw. V Komenda WiN, był już jedynie komunistyczną prowokacją, fatalną w skutkach dla wielu nieświadomych tego ludzi.

Z dzisiejszej perspektywy przyjęte przez zwierzchników podziemia poakowskiego założenia muszą sprawiać wrażenie naiwnych. Warto jednak pamiętać, że gdy WiN stawiał pierwsze kroki, w wyborach na Węgrzech zwyciężała partia będąca odpowiednikiem PSL, a alternatywą dla przyjętych założeń było czekanie na wybuch kolejnego konfliktu. O potencjale stojącym za koncepcją politycznego spożytkowania legendy AK świadczyć mogą rzeczywiste wyniki sfałszowanego referendum ludowego z czerwca 1946 r. W swoistym sprawdzianie wpływów to właśnie winowska strategia głosowania uzyskała największe poparcie.

* * *

Realia pierwszych lat powojennych odbiegały od prostej opowieści o „Wyklętych" i „czerwonych". Główne odłamy antykomunistycznego podziemia poważnie różniły się między sobą. W obliczu tragicznych zmagań z nowym reżimem nie rezygnowały z rywalizacji o prymat, a gloryfikowany obecnie model bezkompromisowej walki zbrojnej wzbudzał żywe kontrowersje także w ich łonie. Istotniejsza, niż mogłoby wynikać z dominującej wizji, była wreszcie rola masowych organizacji działających jawnie – gdy liczba członków WiN w szczytowym momencie sięgała ok. 30 tys., siłę mikołajczykowskiego PSL w apogeum rozwoju szacuje się na ok. 800 tys. O tych „niuansach" warto pamiętać. Ich pomijanie spłyca, a niekiedy po prostu zafałszowuje, obraz trudnej pojałtańskiej rzeczywistości.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA