fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan M. Piskorski: Zamiast szukać autorytetów, patrzmy władzy na ręce

Mirosław Owczarek
Społeczeństwo jako całość jest w stanie podejmować rozważne decyzje, mimo że nierzadko kolidują one ze stanowiskiem wąskich elit.

Zgodnie ze znaną maksymą demokracja jest najgorszą formą rządów, lecz lepszej nie wymyślono. Popularne narzekanie, że rozmywa hierarchię – wartości i autorytety – zaciera największą zaletę demokracji, jej atrybut: to, że ujawnia różne hierarchie, które godzi drogą perswazji i kompromisu.

W realnym świecie trudno wyznaczyć absolutne wartości i ich niezachwiany porządek. Po pierwsze, są one pochodną czasu i miejsca. Nikt nie przekonałby Indianina do przykazania „nie kradnij", skoro od liczby zabranych koni zależałby jego prestiż. Po drugie, na wartości ma wpływ pozycja społeczna oraz przynależność grupowa. Według Herodota, pierwszego piewcy demokracji, wolność przysługiwała w zasadzie tylko Grekom. Arystoteles nie potrafił sobie wyobrazić społeczeństwa bez niewolników, co zachwiało wiarę Bertranda Russella, filozofa i moralisty, w zdrowy rozsądek i rozum ludzki.

Nawet w odniesieniu do dekalogu, i tylko w ramach trzech monoteistycznych religii wyrastających ze Starego Testamentu, trudno byłoby o jedną hierarchię przykazań. Co więcej, Biblia i jej judaistyczna wykładnia, którą podzieliło chrześcijaństwo, zakładały, że nie można mieszać świata wartości moralnych z porządkiem państwowym. Służba Bogu nie jest tym samym, co utylitarne działania państwa, mające na celu utrzymanie porządku społecznego.

Wiara w nasze wartości i słuszność naszych dróg postępowania nie oznacza, że inni je podzielają. Dotyczy to również opinii na temat imigrantów, którzy przypadkowo podzielili mnie z Bogusławem Chrabotą, chociaż nasze poglądy na ich temat są bliskie. Zgadzamy się co do tego, że uchodźcom trzeba pomóc i że w tej sprawie polscy politycy zachowują się fatalnie, deprawując wspólnotę. U podstaw naszej polemiki leży raczej rozumienie stosunku między państwem, władzą i społeczeństwem. Redaktor Chrabota, w duchu długiej inteligencko-paternalistycznej tradycji polskiej i nie uwzględniając głębokich przemian społecznych i świadomościowych w powojennej Polsce, nie ufa mądrości zbiorowej społeczeństwa i na dodatek wierzy, to jego słowa, że „obowiązkiem władzy jest edukacja i kształtowanie poglądów" obywateli („Rzeczpospolita" z 1 lipca 2017 r.). Mnie takiej wiary brak. Jako historyk mam za to do dyspozycji doświadczenie wieków, które podsuwa mi obraz bliższy tradycji biblijnej. Uznaje się w niej wprawdzie państwo za niezbędne, ale i za takie, które trzeba nieprzerwanie kontrolować, chronić przed nim samym, jego naturalnymi skłonnościami do zawłaszczania każdej przestrzeni. Tym bardziej należy patrzeć na ręce władzy. Nie tyle z powodu jej złych zamiarów, ile ze względu na samą naturę polityki, która demoralizuje i skłania do identyfikowania własnych przekonań z interesem publicznym.

Kryzys liberalnego państwa

Imigranci – skarb każdej ziemi, gdy ich liczba przewyższa możliwości dostosowawcze stron, rozbijają spójność wspólnoty. Przykładem poszerzenie Unii Europejskiej o kraje naszej części kontynentu. Stanowisko elit względem napływu imigrantów różni się zazwyczaj od opinii reszty społeczeństwa, bo nie ich pozycji zagrażają przybysze. Ludzie wykonujący prostsze zawody mają natomiast prawo martwić się o swoje miejsca pracy i zarobki, gdyż nie da się zaprzeczyć, że imigranci w najlepszym razie powstrzymują wzrost płac w kraju docelowym. Lęki zwyczajnych ludzi zostają dostrzeżone przez elity polityczne najczęściej dopiero przed wyborami. Zaczyna się od radykalizacji języka. Starczy przypomnieć premiera niemieckiej Hesji Rolanda Kocha czy prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego zapowiadających swego czasu deportacje obcych elementów kryminalnych. Napomnienia papieskie nie pomagają.

Mało kto w pierwszych latach XXI w. spodziewał się, że w tle wewnętrznych problemów Europy tli się już masowa wędrówka z Azji i Afryki. Że niepogodzona sama ze sobą Europa zostanie zalana muzułmańskimi uchodźcami wojennymi, do których przyłączą się tłumy wychodźców za chlebem. Tym bardziej nie można było przewidzieć, że wszystko to będzie się działo w atmosferze kryzysu gospodarczego, który od 2008 r. powodował drastyczne obniżenie poziomu życia na europejskim południu – bezrobocie wśród młodych, zniżkę rent i emerytur, utratę mieszkań, ograniczenie dostępu do usług medycznych.

Za załamanie finansowe, które rozpoczęło się w USA, odpowiedzialność spada na podziwianą do niedawna przez wszystkich globalizację i związany z nią swobodny przepływ środków. Jest ona rezultatem rozwoju technologicznego i organizacyjnego USA od lat 60. ubiegłego wieku, przypadkowym dziełem kontenerów, komputerów i internetu. W długiej perspektywie stanowi zapewne krok na drodze do jedności świata i wyrównania poziomów jego zamożności, aczkolwiek na ocenę przyjdzie poczekać dziesiątki, albo i setki lat. W perspektywie krótkiej jej rezultaty okazały się inne niż się spodziewali politycy i ekonomiści. Globalizacja uderzyła rykoszetem w swój matecznik, co wpierw odczuły warstwy biedniejsze na Zachodzie, potem rozbudowana po drugiej wojnie światowej o wykwalifikowanych robotników i zamożniejszych rolników zachodnia warstwa średnia. W rozwiniętych krajach Zachodu mniej atrakcyjne zawody wykonują imigranci, często nielegalnie, ale z cichym przyzwoleniem wszystkich pozostałych, a miejsca pracy warstwy średniej emigrują do krajów, gdzie koszty robocizny są niższe.

W efekcie w krajach Zachodu rośnie liczba imigrantów, którzy nie mają praw obywatelskich, oraz liczba obywateli niebędących w stanie utrzymać się z własnej pracy i przez to coraz bardziej obojętnych wobec powinności obywatelskich. Postępujące relatywne zubożenie warstwy średniej przy rosnącej zamożności i ekskluzywizmie elit polityczno-gospodarczych, nie zawsze zawdzięczających swą pozycję i bogactwo pracowitości lub pomysłowości, wywołuje coraz wyraźniejszą degradację systemu demokratycznego w znanym nam kształcie. Nowoczesne państwo typu zachodniego opiera się bowiem na dwóch filarach: liberalnej demokracji oraz dobrobycie szerokiej warstwy ludowej, zwanej dzisiaj warstwą średnią, spadkobiercy greckiego demos i rzymskiego populus, średniozamożnych obywateli wywiązujących się z obowiązków wobec społeczeństwa i państwa.

Pożytki z populizmu

Od demos wywodzi się pozytywnie kojarzone słowo demokracja. Po populus pozostał pejoratywny termin populizm, nierzadko zrównywany z demagogią, składaniem przez osoby publiczne przy użyciu świadomych niedomówień albo wręcz kłamstw, oczekiwanych przez lud populus obietnic bez pokrycia.

Niektórzy z tak rozumianym populizmem łączą współczesny kryzys liberalnej demokracji. Tyle że fałsz, demagogia i ich w sumie pożyteczny brat – populizm, dzięki któremu demokracjom udaje się rozładowywać napięcia społeczne, zanim przybiorą destrukcyjną formę, są obecne w życiu publicznym zapewne odkąd ono istnieje. W psalmach się nawołuje, aby Pan wytępił demagogów, którzy wykorzystują język do niecnych celów, wiodąc ubogich na pokuszenie i grabiąc resztki tego, co im pozostało. W demokracjach demagogii i populizmu jest oczywiście więcej niż w innych ustrojach, ponieważ zakłada ona otwarty spór, w którym osoby publiczne próbują za pomocą wszystkich dostępnych im środków przekonać do swoich racji albo po prostu do siebie.

Jedno z pierwszych takich starć opisał Tukidydes w V w. przed Chrystusem. Wódz ateński Kleon, przywódca frakcji radykalnej i zdolny demagog, zażądał od Zgromadzenia Ludowego wymordowania mężczyzn ze zbuntowanego miasta Mitylena, kobiety i dzieci miano sprzedać w niewolę. Propozycję tłumaczył pragnieniem zapobieżenia podobnym rokoszom. Mimo że wygłosił porywającą mowę, w której wszystko odwrócił do góry nogami, przeciwników na zgromadzeniu oskarżył o korupcję, a ludowi schlebiał, przegrał w zderzeniu z Diodotusem, który w znakomitym wystąpieniu przekonał lud, że pośpiech i namiętność w podejmowaniu decyzji są towarzyszami głupoty, a skazanie na śmierć buntowników, którzy sami okazali skruchę, spowoduje w przyszłości reakcję odwrotną niż sugeruje Kleon. Z obawy przed zemstą będą się bronić do ostatka. Na koniec wystąpił przeciw pogróżkom wobec doradców. Jeśli się ich zastraszy przez nieuzasadnione oskarżenia o korupcję, będą oszukiwać zgromadzenie i nie ułatwią ludowi podjęcia rozważnych uchwał.

Fala demagogii i populizmu we współczesnym życiu publicznym nie jest bez przyczyny. Wynika z nieumiejętności znalezienia przez partie i ruchy głównego nurtu politycznego odpowiedzi dla prawdziwych dylematów kapitalizmu i demokracji: rosnącego lawinowo zaangażowania środków finansowych w politykę, oderwania biurokratycznych struktur decyzyjnych od woli wyborców (a nawet ich przedstawicieli w parlamentach), technologicznych możliwości manipulowania opinią publiczną.

Populiści ujawniają autentyczne choroby, mimo że rzadko znajdują dla nich właściwe lekarstwo. Przeszkadza im radykalizm, lewicowy bądź prawicowy. Jednak sam fakt, że kapitalistyczna liberalna demokracja znalazła się na celowniku ruchów populistycznych, nie znaczy, że trzeba jej od razu kopać grób. Kapitalizm rozwija się niestety od kryzysu do kryzysu. Liberalizm krytykuje się od zarania, niezmiennie zarzucając mu wyniesienie materii nad idee i porzucenie wspólnoty na rzecz jednostki. W tym duchu Marek A. Cichocki, nasz najbardziej widoczny konserwatysta, oznajmia, że liberalna wiara w rynek, który poradzi sobie bez państwa, się nie sprawdziła („Rzeczpospolita" z 17 czerwca 2017 r.). Nie on jeden zapomniał Adama Smitha. Twórca teorii liberalnego kapitalizmu, wtedy nauki na wskroś moralnej, dowodził, że jednostka działa wprawdzie w interesie własnym, niemniej instynktownie odróżnia zło od dobra i działa na korzyść dobra, rozumiejąc, że jej szczęście zależy od pomyślności otaczających ją ludzi. Z kolei państwo odgrywa w rozumieniu szkockiego myśliciela zupełnie kluczową rolę: stoi na straży wolnej konkurencji, która może istnieć tylko i wyłącznie w warunkach równych szans i braku korupcji w jakiejkolwiek postaci. Inaczej sprawiedliwa cena rynkowa nie powstanie.

W naturze demagogów, ale i wielu innych polityków, zaangażowanych naukowców i dziennikarzy leży mierzenie wielkich procesów krótką miarą. Na dodatek rzadko ujmują oni skomplikowaną rzeczywistość całościowo, wyłączając obszary swoich zainteresowań z ogółu spraw. Stąd zapowiadane przez nich trendy polityczne i ekonomiczne stanowią z zasady tylko odbicie ich iluzji. Robi wrażenie efektowna teza Cichockiego, że największymi konserwatystami są obecnie liberałowie, którzy nie dostrzegli narastającego buntu klasy średniej i nie widzą potrzeby reform systemowych, marząc o utrzymaniu status quo. Szkopuł w tym, że jeszcze gorzej ma się sprawa z rewolucyjnymi konserwatystami, którzy chcą odbudowy raju utraconego w najlepszym razie przed dziesięcioleciami. Politolog warszawski, jak jego guru Carl Schmitt w obliczu rewolucji nazistowskiej, gotów jest podpalić las („to nie znaczy, że musimy wszystko spalić" – dodaje dobrodusznie w „Kulturze Liberalnej" 13 grudnia 2016 r.), z pełną świadomością, że można nie zapanować nad rozprzestrzenianiem się ognia. Czas ogrodników minął, uważa, nadeszła pora podpalaczy. A jeżeli na miejscu starego lasu wyrosną chwasty i nadejdą lata gorsze, konserwatysta – dodaje Cichocki – musi się pogodzić z rzeczywistością.

Dla liberalnej demokracji mimo wszystkich jej wad i oczywistej potrzeby naprawy, wciąż nie widać prawdziwego następcy. Polityka często polega na wyborze mniejszego zła i na szczęście, jeśli pominąć chwile wyjątkowe, rzadko kto gotów jest skakać na główkę do basenu bez wody (to propozycja zaiste arcyrosyjska z ducha!). Może dlatego niezadowolenie zachodniej warstwy średniej ze stanu spraw świata wciąż nie wychodzi poza demokratyczne ramy? Co naprawdę budzi dzisiaj niepokój, to nie odmieniana w mediach przez wszystkie przypadki „postpolityka", lecz bezradność liberalnych demokracji wobec dróg rozwojowych nowoczesnego kapitalizmu i nowoczesnej demokracji, chociaż ich wady są znane od ponad pół wieku.

Jaka demokracja?

Ustrój, w którym wszystko, co nie podoba się elitom, jest lekceważone, przestaje być demokracją, zauważył w 1956 r. C. Wright Mills w rozprawie na temat erozji dyskursu politycznego w USA. Demokracja wymaga demos. To on – naród obywateli – jest w demokratycznym państwie suwerenem i stanowi prawo, na podstawie którego jego przedstawiciele podejmują decyzje na co dzień. Trzeba się umieć bić o zaufanie ludu i mieć zaufanie do jego wyborów. Lecz mądrość zbiorowa społeczeństwa, ta kluczowa wartość demokracji, która uratowała życie starożytnych mityleńczyków, powstaje tylko w wyniku ścierania się poglądów na wolnej agorze. Rola państwa znów jest kluczowa: organizacja władz i mechanizmów ich wzajemnego hamowania się, zapewnienie warunków do swobodnej wymiany poglądów, w tym działania niezależnych mediów i zespołów opiniodawczych. Państwo nie powinno być stroną, lecz strażnikiem wolnej konkurencji na rynku opinii. Aktualna władza wykonawcza może mieć oczywiście własne preferencje, ale nie wolno jej narzucać ich drogą łamania prawa i prerogatyw innych władz, tylko przez perswazję i zdobywanie głosów nieprzekonanych.

Równie skutecznie podkopujemy demokrację, deprecjonując rolę ludu jako suwerena (Paweł Kowal „Rzeczpospolita" z 20 lipca 2017 r.), jak łamiąc prawo z powołaniem się na jego wolę, co jest zwyczajową praktyką Prawa i Sprawiedliwości. Lekceważenie lub oszustwa wywołują słuszny gniew jednych, innych zniechęcają do udziału w życiu publicznym. Nawet demagog Kleon rozumiał, że „państwo mające prawa trochę gorsze, ale niewzruszone, jest silniejsze od państwa mającego doskonałe prawa, których nie stosuje". Przykładem nasz Trybunał Konstytucyjny, który istnieje już tylko na niby, ponieważ wyroki organu odartego z wszelkiego autorytetu nie będą chronić państwa w sytuacjach kryzysów politycznych.

Zwykło się mówić, że wiek XX dostarczył licznych przykładów blamażu europejskiego demos. Istotnie, faszyzm i nazizm wyrosły na niezgodzie włoskiej i niemieckiej warstwy średniej na ład liberalno-demokratyczny, traktowanie jednostki i wspólnoty głównie jako producenta oraz konsumenta. Lecz wśród ich akuszerów nie mniej było profesjonalistów: bogatych przedsiębiorców, ludzi utytułowanych i z autentycznym dorobkiem. Götz Aly i Susanne Heim ukuli w kontekście II wojny światowej powiedzenie o mordercach zza biurka. W każdym razie „wykolejona współczesność" (Krzysztof Pomian) dostarcza równie wielu dowodów na kompromitację elit i ekspertów, jak szeroko rozumianego ludu. Nawet tak lubiane przez literaturę wybuchy plebejskiej furii, o niebo efektowniejsze niż mordy tyranów, są przecież nieporównywalnie mniej efektywne. Po Auschwitz nie ma z kim się godzić. Po pogromie „wstaje dzień zawstydzony", pisał rzymski poeta Stacjusz. Ludzie sięgają po gałązki oliwne, bo muszą dalej żyć obok siebie. Nierzadko zresztą powstania ludowe są prowokowane przez niezadowoloną część elit albo bezpośrednio przez władzę celem wybicia zębów politycznym przeciwnikom.

Obserwacje historyczne – nasz najlepszy bank informacji, jeśli nie korzysta się z niego wybiórczo – wskazują, że społeczeństwo jako całość jest w stanie podejmować rozważne decyzje, mimo że nierzadko kolidują one ze stanowiskiem wąskich elit. Te ostatnie, podobnie jak władza, zdają się racjonalniejsze w swoich wyborach, ale racjonalizm, który nie uwzględnia poglądów i lęków większości, wcześniej czy później zwraca się przeciw demokracji. Racjonalizmu decyzyjnego nie można po prostu wyrywać z kontekstu kulturowego ani mierzyć potrzebą chwili.

Co przyniosły wielkie projekty modernizacyjne XX wieku, brunatny i czerwony, obydwa zdawałoby się na wskroś racjonalne, wszyscy wiemy. Rzadziej zauważamy, że proces racjonalizacji, który niewątpliwie zdominował nowożytną historię Zachodu, ba, stworzył Zachód z jego arcywydajnością, przestaje być racjonalny w momencie, gdy niszczy wspólnotę, poza którą nie przetrwamy jako wolni ludzi.

Przykładem pierwszym z brzegu gorąco dyskutowana niedziela wolna od handlu. Nasi eksperci twierdzą, że obniży ona obroty sklepów, choć największej gospodarce Europy jakoś to nie przeszkadza. Że przysłuży się spójności wspólnoty, która zachowa jasno określony i wszystkim dostępny czas na refleksję, nie dostrzegają. Z perspektywy nowych demokracji wiele do myślenia daje fakt, że przejęły one amerykański handel niedzielny, ale już nie otwarte biblioteki. Odwrotnie niż w Szwajcarii, gdzie w niedzielę otwiera się próbnie biblioteki, podczas gdy sklepy pozostają zamknięte. Szwajcarzy dowodzą, że w dobrze zorganizowanym państwie handel niedzielny zwiększa tylko koszty, ale nie obroty.

Referenda i sondaże

Są kraje, gdzie wola ludu, wyrażona w referendum, rozstrzyga wszystkie sprawy, które obywatele uznają za istotne. Zasada jest od dawna sprawdzona, im więcej władzy spoczywa bezpośrednio w rękach głosujących, tym większe ich poczucie odpowiedzialności, czemu sprzyjają debaty przedreferendalne, w trakcie których obywatele mogą się zapoznać z argumentacją stron oraz reperkusjami swoich ewentualnych decyzji. Dyskusje te są zarazem prawdziwą szkołą samodzielnego myślenia i wychowania do demokracji, samoograniczającej się wolności.

Gdzie nie wykształciła się praktyka wiążących (inaczej mają one tendencję do przekształcania się w manifestacje) referendów, decyzje władz pomiędzy wyborami mogą wspomóc wiarygodne badania opinii publicznej. Nie sposób nie przyznać racji prof. Mirosławowi Szrederowi („Rzeczpospolita" z 17 lipca 2017 r.), że powinny one stanowić tylko jedno ze źródeł w podejmowaniu decyzji. Trudno zgodzić się z jego kolejnymi uwagami.

Po pierwsze, w dyktaturach zainteresowanie poglądami opinii publicznej wcale nie jest mniejsze i mają one swoje wypróbowane sposoby na jej badania, tylko nie chcą się dzielić ze społeczeństwem wiedzą na temat ich wyników. To ona stanowi dla nich zagrożenie. W „Jesieni patriarchy" Márqueza, studium dyktatury, wojsko ugania się za papugą roznoszącą tajemnicę poliszynela. Po drugie, nie jest rolą demokratycznej władzy kształtowanie opinii publicznej, do czego skłania się red. Chrabota. Filarem państwa demokratycznego nie są daleko- i szerokowzroczni przywódcy, którzy – jak wiadomo – nie wyrastają niczym grzyby po deszczu. Państwo demokratyczne ma tworzyć warunki do rzetelnego wielogłosu, także w edukacji, i obligować władzę, z natury skłonną do tajemnic, do otwartego dialogu ze społeczeństwem, aby i ono mogło wyrobić sobie pogląd na interesujące je tematy. W warunkach powszechnego dostępu do informacji władza rzadko wie więcej niż zainteresowane tymi kwestiami zespoły opiniotwórcze, a nawet uparte jednostki.

Szczęśliwie wpływ władzy na nauczanie jest bardziej ograniczony niż ona wciąż na nowo sobie roi. Gdyby było inaczej, tkwilibyśmy nieprzerwanie w dyktaturach, które wydają fortuny na indoktrynację społeczeństwa, zwłaszcza ludzi młodych. Niebezpieczeństwo na tym obszarze stanowi rozwój mediów społecznościowych, gdzie każdy przebywa w zasadzie wśród swoich i jest podatny na manipulację ze strony silniejszych i bezwzględniejszych. Fakt, że nie chodzi tu o zjawisko całkiem nowe, tylko raczej o jego niebywały zasięg, pozwala żywić nadzieję, że znajdziemy z czasem i na nie receptę.

Moja odpowiedź na pytanie Bogusława Chraboty, „czy w istocie ..., jeśli ludzie czegoś nie chcą, władza powinna podążać za takim przekonaniem?", wypada zdecydowanie na „tak", przynajmniej dopóki nie chcemy folwarku w miejsce demokracji. Oczywiście władza może przekonywać społeczeństwo do swoich racji, w praktyce zawsze ma możliwości większe niż inni uczestnicy wolnej agory. Sondaże pokazują, że nasze władze mogą się o wiele więcej nauczyć od społeczeństwa niż odwrotnie. Gdyby korzystały ze zbiorowej mądrości społeczeństwa, nie doszłoby do zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego, nie zmieniano by co rusz systemu edukacyjnego, a nasza pamięć zbiorowa nie byłaby poddawana tak brutalnym naciskom.

Polska ryba, pozwolę sobie powtórzyć, psuje się od głowy. To swoista autodestrukcja, którą kolejne władze dowodzą mądrości Biblii i jej komentatorów. Szczęśliwie w demokracji, czego oni nie mogli przewidzieć, władzę możemy bezkrwawo wymienić, nie zastanawiając się, jak żyć pod rządami władzy złej, co stanowiło przez wieki jeden z największych dylematów ludzkości. Od pojawienia się stanów w średniowieczu kiełkuje w każdym razie myśl, że władzy amoralnej należy się przeciwstawić.

Kazanie lisa do gęsi

W 2004 r. James Surowiecki spopularyzował na przykładach z ekonomii i psychologii tezę, że uśrednione decyzje dużych grup ludzkich są z zasady trafniejsze niż pojedynczych ekspertów. Rok później Philip E. Tetlock jeszcze bardziej skonsternował środowisko polityków i badaczy stwierdzeniem, że przynajmniej w dziedzinie szeroko rozumianej polityki eksperci mylą się niemal równie często jak zainteresowani światem laicy.

Konstatacja, u podstaw której leżała analiza dziesiątków tysięcy prognoz, nie byłaby żadnym zaskoczeniem dla bacznych obserwatorów tradycji przechowywanej przez pokolenia. Że nie każdy ekspert jest wiarygodny, a wielu wśród nich bywa kłamcami albo najzwyczajniej na podstawie tych samych przesłanek wyciąga odmienne wnioski, wiedział już Stary Testament. Przykładem spór proroków Chananiasza i Jeremiasza. Pierwszy zapowiedział, że Izraelici wyzwolą się w ciągu dwóch lat z niewoli babilońskiej. Drugi oskarżył go o populizm i rozbudzanie w narodzie zwodniczej nadziei. Przypomniawszy następnie liczne pomyłki proroków, stwierdził, że dopiero prawdziwość przepowiedni czyni prawdziwego proroka i zapowiedział rychłą śmierć Chananiasza, który zmarł po siedmiu miesiącach.

Współcześni eksperci w dziedzinie polityki i ekonomii nie płacą za swoje złe prognozy, stąd przychodzą im one tak łatwo – zauważa Rolf Dobelli, szwajcarski przedsiębiorca i autor oryginalnych samouczków życia praktycznego. Zwraca przy tym uwagę, aby zawsze pytać, jaki interes ma ekspert, przewidując taki a nie inny rezultat. To pierwsze pytanie z dekalogu profesjonalnego historyka. Robert B. Reich, amerykański polityk i wybitny uczony, w istocie pokazał na licznych przykładach, jak wielkie przedsiębiorstwa i korporacje, już nie tylko państwo, potrafią za pomocą legalnych w zasadzie środków uzależnić polityków, dziennikarzy, naukowców, a nawet całe instytuty badawcze. Że w krajach mniej zamożnych od USA i o słabszych regulacjach prawnych jest jeszcze gorzej, nie trzeba przekonywać.

Nie sposób się nie zgodzić z Bogusławem Chrabotą, że żyjemy w epoce pomieszanych pojęć i erozji autorytetu. Może jednak zamiast marzyć o arkadiach, które nie powrócą, przynajmniej jeśli zachowamy wolność, lepiej po prostu – jak próbuje „Rzeczpospolita" pod jego redakcją – przedstawiać wnikliwie i jednocześnie zrozumiale kulisy działania świata oraz alternatywne wersje naszego rozwoju? Może zamiast szukać wielkich autorytetów, co w dobie otwartych archiwów, jak przewidywał już Lord Acton, będzie coraz trudniejsze, lepiej po prostu patrzeć władzy na ręce, a obywatelowi przypominać o powinnościach wobec państwa i społeczeństwa? Przede wszystkim jednak ostrzegać przed fałszywymi prorokami, którzy przychodzą w owczej skórze, oraz uczyć – w domu, szkole, poprzez niezależne instytucje i organizacje, w tym bardzo ważne w tym kontekście Kościoły – jak odróżnić wilka od owcy? I aczkolwiek w tej dziedzinie jesteśmy na pozycji tak złej, że niekiedy słyszę tętent nadciągających jeźdźców apokalipsy, nie łudziłbym się, że władza nauczy nas wolności, odpowiedzialności i wreszcie rachunku sumienia, na którym się one zasadzają. Nauczająca władza, o czym tradycja biblijna wie od samego początku, przypominałaby lisa, który na popularnych przedstawieniach w średniowiecznych kościołach prawi kazania ptactwu, jakie zamierza zeżreć. Czasami trzyma on w łapie biskupi pastorał, aby ostrzec wiernych, by nie szli ślepo nawet za wszystkimi purpuratami.

Autor jest profesorem europejskich studiów porównawczych na Uniwersytecie Szczecińskim. Niedawno ukazała się jego książka „Polska–Niemcy. Blaski i cienie tysiącletniego sąsiedztwa", Bellona 2017

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA