fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Irena Szewińska, największa gwiazda polskiego sportu

Rzeczpospolita, Grzegorz Hawałej
Irena Szewińska. Biegała jakby bez wysiłku, zwyciężała z rzadko spotykaną gracją. Zdobyła siedem medali olimpijskich, w tym trzy złote. Była największą gwiazdą w historii polskiego sportu.

Dyrektor liceum Dąbrowskiego postawił przed Lilianą Bucholc-Onufrowicz poważne zadanie: wuefistka miała stworzyć reprezentację szkoły. Jesień była nieznośna, miasto męczyły ulewne deszcze. Czas uciekał, więc nauczycielka wzięła stoper i zaprosiła uczennice do biegania po korytarzu. 60 metrów, czasy w okolicach 9–10 sekund – nic nadzwyczajnego. Wreszcie na starcie stanęła tyczkowata, krótko obcięta brunetka z nogami do samej ziemi. To była druga, może trzecia grupa tego dnia.

Bucholc-Onufrowicz opowiadała później, że dziewczyna biegła jakby w zwolnionym tempie, nie było widać szybkości. Wskazówka pokazała 7,4 sekundy – stoper jak nic musiał się zaciąć. „Irenko, bardzo cię przepraszam, ale czy mogłabyś te 60 metrów przebiec jeszcze raz?" – zapytała podopieczną. „Naturalnie, dlaczego nie?". Efekt – 7,2 sekundy. To nie był błąd ani awaria sprzętu. Nauczycielka na własne oczy widziała, jak rodzi się gwiazda.

W niejednej konkurencji

Podobno Ireny Szewińskiej do sportu w ogóle nie ciągnęło. Matka Eugenia Rafalska mówiła, że w dzieciństwie Irena była molem książkowym i na podwórko nie dało się jej wypędzić nawet kijem. Uwielbiała teatr, jeszcze podczas zgrupowań zdarzało się jej grywać Ofelię w „Hamlecie". Aktorką nie została, wygrała kultura fizyczna.

Pierwszy pod skrzydła wziął Szewińską były oszczepnik Jan Kopyto. Później talent szlifowali Andrzej Piotrowski, Edward Bugała i Gerard Mach. Na mecie kariery trenował ją już mąż Janusz, który rolę szkoleniowca, menedżera i partnera łączył z pracą fotografa w „Przeglądzie Sportowym". Dużo jeździł po świecie, obserwował, wyciągał wnioski, a kiedyś sam biegał. Jednak kulomiot Władysław Komar i tak oznajmił, że „jakby Irenę prowadził ksiądz kanonik albo mleczarz, wyniki byłyby równie znakomite".

Szewińska biegała w trudnych czasach – kwitł doping farmakologiczny, sport często był kartą przetargową w propagandowej wojnie Zachodu ze Wschodem. Sama przyszła na świat w Leningradzie, co ponoć podczas spotkania z radością podkreślił pochodzący z tego samego miasta Władimir Putin. Do Warszawy przeprowadziła się z rodzicami, kiedy miała rok. Sześć lat później rodzice się rozwiedli. Ojciec wyjechał, Irena została sama z matką.

Kariera Szewińskiej rozpędziła się błyskawicznie. Nie minął miesiąc od potrójnego mistrzostwa Europy juniorek, a już stała na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. W Tokio zdobyła trzy krążki – złoty za sztafetę 4x100 m, srebrne w biegu na 200 m i skoku w dal. To były jeszcze czasy sportu romantycznego, kiedy ciężka praca w połączeniu z talentem pozwalała największym mistrzom na zdobywanie laurów w kilku różnych konkurencjach.

Kocha i nienawidzi

Możliwe, że nie byłoby tej wspaniałej kariery gdyby nie Ewa Kłobukowska. Ona i Szewińska przyjaźniły się, rywalizowały i wspierały od najmłodszych lat. Ich pojawienie się w lekkoatletycznej reprezentacji Polski było początkiem nowej ery, zastrzykiem świeżej krwi dla starzejącego się – a może tylko zmieniającego oblicze – Wunderteamu. Po porażce z Kłobukowską na mistrzostwach Europy w Budapeszcie Irena miała wypłakiwać się mamie w rękaw, mówiąc, że bardzo Ewę kocha, ale nienawidzi z nią przegrywać.

Zawsze chciała być jak trzykrotna mistrzyni olimpijska z Rzymu (1960) Wilma Rudolph. Słuchała o wyczynach Amerykanki w radiu, później widziała je w Polskiej Kronice Filmowej. – Szybkość wiązała z pięknem ruchu – opowiadała z zachwytem reporterowi Janowi Lisowi. Szewińska nie tylko dogoniła idolkę, ona ją prześcignęła.

Długim, sprężystym krokiem biegła przez dekady. W trakcie rozciągniętej na kilkanaście lat kariery zdobyła siedem medali olimpijskich, w tym trzy złote. Biła rekordy świata w sztafecie i na wszystkich dystansach sprinterskich – według różnych źródeł od 10 do 16 razy. Najbardziej niesamowity był ten na 400 m (49,29 sekundy), który ustanowiła podczas igrzysk w Montrealu (1976). Wyprzedziła swój czas, osiągnęła wynik z innej epoki. Taki rezultat dałby jej złote medale na wszystkich igrzyskach XXI wieku.

Wielu w nią wątpiło, bo podczas eliminacji i półfinałów wyglądała, jakby z trudem docierała do mety. Wszystko to była jednak mistyfikacja, zręczna taktyka. Nie dała rywalkom szans, choć dystans 400 m odkryła dla siebie niedługo wcześniej. Dziennikarz Bogdan Tuszyński po latach wspominał, jak jeden z francuskich żurnalistów długo głowił się nad wstępem do swojej korespondencji z zawodów. Ostatecznie napisał: „Elle a de beaux yeux..." – „Ona ma piękne oczy...".

Upuszczona pałeczka

Podbijając Kanadę, Szewińska była już matką sześcioletniego Andrzeja. Po narodzinach syna przeszła drogę przez mękę, ale wróciła mocna jak nigdy wcześniej. W 1974 roku dziennikarze United Press International przyznali jej tytuł najlepszej sportsmenki świata, a holenderski działacz Adriaan Paulen mówił: – To, co robi Szewińska, jest piękne, a jednocześnie przerażające dla rywalek. Biegną za nią, lecz wiedzą, że zostaną pokonane.

W życie rodzinne uciekła już po igrzyskach w Meksyku (1968). Zdobyła tam dwa indywidualne medale, ale w półfinale biegu rozstawnego upuściła pałeczkę. Koleżanki były wściekłe, w reportażu Telewizji Polskiej oskarżyły ją o lekceważenie sztafety. – Jest tylko jedna gwiazda: Szewińska, która chodzi osobno – mówiła Urszula Styranka. Jakby tego było mało, Urząd Bezpieczeństwa rozpuścił plotkę, że błąd popełniła celowo, bo jest żydowskiego pochodzenia i nie chciała sukcesu Polaków. Tamta nagonka zostawiła w niej ślad na długo. Trzeba pamiętać, że startowała jeszcze wówczas pod panieńskim nazwiskiem Kirszenstein, a działo się to w smutnym roku 1968.

Była wielką gwiazdą, zapewne najwspanialszą w dziejach kobiecej lekkiej atletyki, i damą. Dziennikarz sportowy Edward Trojanowski ochrzcił Szewińską „Irenissimą". Ujmowała skromnością, imponowała gracją – na bieżni oraz w życiu. – Była typem dyplomaty, ujawniała tylko to, co uważała za słuszne – mówił o Szewińskiej sławny trener Jan Mulak. Kiedy polscy sportowcy zachłystywali się ciuchami Adidasa z poliestru, ona ciągle przychodziła na treningi w bawełnianej bluzie.

Niektórzy opowiadali, że miała dwie twarze: na co dzień koleżeńska i uśmiechnięta, tuż przed biegiem zamykała się w sobie, odrywała od otoczenia. Wyjaśniała po latach, że niektórzy sportowcy są głośni, bo chcą przed startem oszukać samotność, a przecież przed walką i tak każdy jest sam.

Życie po karierze było u Szewińskiej naturalną kontynuacją sportowej przygody. Działała aktywnie w kraju i za granicą, biegała już tylko z psami – po lasach. Była członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego oraz władz Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej IAAF, szefowała Polskiemu Związkowi Lekkiej Atletyki. Ta ostatnia rola nie była oscarowa, bo za jej kadencji związek popadł w długi.

Jeszcze w XXI wieku odbierała nagrody i odznaczenia, a międzynarodowa federacja umieściła ją w gronie 12 najważniejszych postaci w dziejach lekkiej atletyki. Gdy pokonał ją nowotwór, z którym walczyła przez cztery lata, francuski dziennik sportowy „L'Equipe" napisał: „Pionierka nie żyje". Flagę olimpijską przed siedzibą MKOl opuszczono do połowy masztu.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA