fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Otylia Jędrzejczak znów żyje po swojemu

Reporter, Paweł Skraba
Otylia Jędrzejczak. Najlepsza polska pływaczka dostała od losu sławę, medale olimpijskie i rekordy świata oraz tragedię osobistą, która kazała jej zmienić życie.

Najważniejszy obraz jej sportowej kariery powstał w środę 18 sierpnia 2004 roku na basenie pływackim igrzysk w Atenach. Finał wyścigu na 200 m stylem motylkowym. Otylia Jędrzejczak na torze trzecim, Australijka Petria Thomas, najmocniejsza rywalka, od paru dni nowa mistrzyni olimpijska na 100 m motylkiem, na torze szóstym. Nieco za daleko, by pisać o rywalizacji bark w bark, ale dostatecznie blisko, by widzieć, która jest lepsza.

Skoczyły do wody w miarę równo. Szczęśliwy czerwony czepek Polki (taki przesąd – w eliminacjach zawsze pływała w białym) z początku był tylko trochę za żółtym, w połowie dystansu przewaga Thomas urosła jednak niemal do długości ciała. Na trzecim odcinku basenu zdarzyło się to, co najbardziej uwodziło w mistrzowskim pływaniu Otylii na 200 m motylkiem – przyspieszyła.

Dopadła Australijkę chwilę po ostatnim nawrocie i nie było siły, by nie dopłynęła do mety jako pierwsza. Popłakała się z radości jeszcze przed wyjściem z wody. Potem druga fala wzruszeń, podium, Mazurek, dekoracja i zdjęty z głowy wieniec laurowy rzucony polskim kibicom, potem telefony od prezydenta, pierwszej damy i premiera.

Każdy w kraju wiedział – najpierw zdobyła dwa srebrne (na 100 m motylkiem i 400 m kraulem w ciągu 48 minut ), potem ten złoty medal olimpijski. Charakterystyczna biała czupryna i szeroki uśmiech Otylii stały się symbolami sukcesu. W dodatku w pływaniu, wielkiej dyscyplinie olimpijskiej, w której Polska nie miała przez lata wielu szans ze światem. Wyszarpane innym pojedyncze medale Agnieszki Czopkówny w Moskwie, Artura Wojdata w Seulu i Rafała Szukały w Barcelonie tylko to potwierdzały.

Pojawienie się Otylii (pisano i mówiono: „Motylii" albo jeszcze cieplej – „Oti"), która biła rekordy świata, wspaniale wygrywała w igrzyskach, mistrzostwach świata i Europy, kazało wierzyć, że takie sportowe cuda się zdarzają, choć każdy, kto znał realia, wiedział, iż w jej zwycięstwach więcej było prywatnej ambicji dziewczyny z Rudy Śląskiej, śmiałej wizji trenera i zaangażowania obojga, niż jakiegoś wielkiego planu odrodzenia pływania nad Wisłą.

Zaczęła pływać przez wystające łopatki i trochę krzywy kręgosłup. Dla sześcioletniej panienki kryty basen w Nowym Bytomiu nie był żadną atrakcją, ale rodzice odwozili i pilnowali, żeby robiła w wodzie, co należy, na korektywę gimnastyczną zresztą też posłali. Gdy trochę podrosła, zapisali jeszcze na szermierkę i taniec towarzyski.

Z machania floretem lub szpadą mogła zrezygnować, tłumacząc się wadą kręgosłupa, z tańców – bo trudno było znaleźć odpowiednio wysokiego partnera. Został basen, w którym niemal od razu pływała szybciej od innych dzieciaków, tylko nie mogła się przekonać do skoków ze słupka. Pomógł kij w rękach mamy (niekiedy podstawowe narzędzie instruktorów pływania), którym w końcu wepchnęła córkę do głębokiej wody i oduczyła strachu.

Mimo pierwszych sukcesów po przenosinach na solidne treningi w Pałacu Katowice, przechodziła okresy młodzieńczego buntu. Czasem zmykała do domu, czasem chowała się w szatni, zamiast trenować. W Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie, do której poszła po podstawówce, dostała się pod opiekę Marii Jakóbik, znanej specjalistki od stylu motylkowego. W kilka miesięcy Otylia zrobiła z nią takie postępy, że w juniorskich mistrzostwach Polski wygrywała wyścigi nie tylko motylkiem, lecz w pozostałych stylach też. Poprawiła przy pani Marii 39 rekordów Polski. Medale mistrzostw Europy i świata wśród rówieśniczek też pojawiły się szybko, tak szybko, że 16-letnią dziewczynę posłano na igrzyska w Sydney.

Miała tam uczyć się wielkiego ścigania, ale kto by myślał o nauce, gdy młoda Polka w półfinale wyścigu na 200 m stylem motylkowym pobiła rekord Europy. Piąte miejsce debiutantki w finale niektórzy uznali za porażkę.

W głowie ambitnej nastolatki pojawił się wtedy nowy plan – treningi w Hanowerze u niemieckiej sławy trenerskiej Petera Fischera. Ten krok dał jej srebrny medal mistrzostw świata, ale kolejny raz zmieniła plany, gdy rozpoczęła studia w warszawskiej AWF i spotkała się z Pawłem Słomińskim.

W polskim pływaniu trener Słomiński był wówczas postacią wyjątkową, bo wierzył, że można wychować mistrzów także w kraju, w którym kryte 50-metrowe baseny (zwane olimpijskimi) liczono wtedy na palcach jednej ręki. Znacznie lepszą drogą wydawało się sportowe stypendium w amerykańskiej lub australijskiej uczelni. Argumenty dawały sukcesy Artura Wojdata, Rafała Szukały i Bartosza Kizierowskiego.

Ze Słomińskim Otylia dogadywała się z pewnym trudem, oboje mieli zbyt silne charaktery, by ulec, ale połączył ich na lata cel – wygrywanie. Oboje niechętnie mówili mediom o meandrach ich skomplikowanej relacji, przyznawali, że nie było łatwo im wytrzymać, lecz wytrzymywali, i wygrywali. Otylia miała też silne wsparcie pani psycholog Beaty Mieńkowskiej, która nieraz wpływała na postawę młodej pływaczki.

Efekty były – dziewczyna o białych włosach po sukcesach olimpijskich i kolejnym poprawieniu rekordu świata na 200 m podczas MŚ w Berlinie w 2005 roku stała się najbardziej medialną postacią polskiego sportu. Zaczęły się spełniać jej młodzieńcze marzenia, by błyszczeć nie tylko na basenie.

Miała 22 lata i została sportową gwiazdą. Ówczesny chłopak napisał o niej pracę magisterską: „Kariera sportowa pływaczki Otylii Jędrzejczak na tle osobliwości jej biografii". Złoty medal z Aten oddała na aukcję, z której przychód, 257 tys. zł, poszedł na wsparcie Kliniki Onkologii i Hematologii we Wrocławiu. Za ten gest brytyjski magazyn „Time" dał jej statuetkę „Bohaterki Europy". Reklamowała wiele, od szkieł kontaktowych, przez środki przeciwbólowe, po parkiety i maślankę.

Wypadek zdarzył się 1 października 2005 roku, na wąskiej drodze w Miączynie, jakieś 40 km od Płońska. Jechała z bratem do Warszawy, spieszyła się, bo rodzice czekali z tortem urodzinowym dla syna. Podczas wyprzedzania kolumny ciężarówek zjechała na pobocze, uderzyła w drzewo. Szymon zginął na miejscu. Po dwóch latach sąd wydał wyrok: dziewięć miesięcy ograniczenia wolności w zawieszeniu, 30 godzin prac społecznych miesięcznie, zakaz prowadzenia pojazdów przez rok.

Miała stłuczony bark, uraz kręgosłupa, liczne potłuczenia, z tych obrażeń wyszła względnie szybko. Długo trwał powrót do równowagi psychicznej. Internet nie zna litości – Otylii też nie oszczędził. Pomógł sport. Pomogła wiara. Pomogło przewartościowanie życia.

Wróciła na basen, do trenera Pawła Słomińskiego. Nie zdobyła już medalu olimpijskiego, ale mistrzynią Europy, oczywiście na 200 m motylkiem, została, poprawiła też raz jeszcze rekord świata.

Pierwszy raz poczuła pustkę w 2008 roku, po igrzyskach w Pekinie. Zawiesiła karierę, by pozbierać myśli, zebrać siły, określić nowe cele, także poza sportem. Zaczęły się pojawiać: szkolenie dzieci, wykłady motywacyjne, własna fundacja. Pływała jeszcze parę lat, ale w czerwcu 2014 roku podczas mistrzostw Polski pożegnała się ze sportem wyczynowym.

Robiła to z ulgą, bo wiedziała, co chce i może robić. Trochę poflirtowała z polityką, w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku wystartowała z drugiego miejsca na liście PO w województwie kujawsko-pomorskim, lecz nie zdobyła mandatu. Jest nadal aktywna, po swojemu: fundacja działa, organizuje liczne imprezy, dzieciaki w wielu miastach chętnie pływają z Otylią. Dziś mówi, że po latach traumy znów umie czerpać z życia radość, także tę najprostszą, z bycia mamą Marceliny i Grzegorza. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA