fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Strajk kobiet czyli Marks i feminizm

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Koleżanka potrzebowała dnia wolnego, by pójść zaszczepić dziecko. Gdy niosła podanie do kadr, zdała sobie sprawę, że wizyta u lekarza wypada akurat 8 marca. „Jeśli nie będzie mnie w pracy, wszyscy uznają, że wzięłam udział w strajku kobiet" – pomyślała i przesunęła wizytę na inny dzień.

Jej postawa jest dla mnie całkowicie zrozumiała. Rozumiem też panie, które chcą przy okazji Dnia Kobiet walczyć np. z nierównością płac lub gorszym traktowaniem w miejscu pracy. Ale rzut oka na postulaty organizatorek tegorocznych marszów składających się na tzw. strajk kobiet pokazuje, że nie chodzi tu o równouprawnienie. To przedsięwzięcie nie tylko opiera się na wielkiej mistyfikacji, ale ma też być jednym z narzędzi służących przeprowadzeniu prawdziwej rewolucji.

Mistyfikacja jest potrójna. Po pierwsze, organizatorki „strajku" twierdzą, że kanalizują wielkie oburzenie kobiet na patriarchalny świat, który poddaje je „wyzyskowi prokreacyjnemu". Tyle że nie widać naokoło tego oburzenia. Chyba że jest tak głęboko ukryte, iż dostrzegają je wyłącznie feministki. Co by znaczyło, że reszta pań jest oburzona, tylko jeszcze o tym nie wie.

Po drugie, w ulotkach i na stronach feministycznych odnajdujemy świat, który nie pasuje do rzeczywistości. Czytamy, że kobiety nie mogą decydować, co zrobić z ciążą z gwałtu ani też czy urodzą chore lub martwe dziecko. I że państwo je traktuje jak inkubatory, zmuszając do donoszenia ciąży, która zagraża ich życiu. Przecież to nieprawda, te zarzuty nijak się mają do obowiązujących w Polsce przepisów. Podobnie jest z twierdzeniem, że władza przyzwala na gwałt i przemoc domową. Według prawa oba te haniebne postępki traktowane są jako przestępstwa.

Po trzecie, mylące jest stwierdzenie, że mamy do czynienia ze „strajkiem kobiet". Bierze w nim udział grupa pań, które uznały się za reprezentantki połowy społeczeństwa. Kobiecy suweren nie dał feministkom mandatu do wypowiadania się w imieniu wszystkich kobiet. A organizatorki strajku są tak reprezentatywne dla wszystkich pań, jak byli w 1917 r. bolszewicy dla robotników całego świata. Ogłosili się awangardą proletariatu i w jego imieniu wprowadzili dyktaturę.

I tu dochodzimy do kwestii rewolucji. To zaskakujące, że w kraju, którego elity w imię marksistowskiej ideologii masowo mordowano w katyńskim lesie, na syberyjskim zesłaniu lub w ubeckich katowniach, ktoś bez zażenowania posługuje się marksistowskim językiem. Hasło „wyzysk reprodukcyjny" to przełożenie wprost pojęć komunistycznych na relacje między płciami. Ani Marks, ani jego wybitni uczniowie, jak Lenin czy Stalin, nie zamierzali się patyczkować z wyzyskiwaczami. Przeciwników klasowych trzeba było albo reedukować (sowieckimi kolbami wybić im z głowy alienację – jak pisał jeden z zaczadzonych komunizmem intelektualistów), albo wyeliminować.

Zawarty w manifeście „strajku kobiet" atak na Kościół czy wezwanie do likwidacji klauzuli sumienia pokazuje, że nie idzie tu o tolerancję czy wolność, ale o rewoltę. O to, by płeć, gender, uczynić główną kategorią polityczną. I przez jej pryzmat patrzeć na wszystko – na religię, kulturę, politykę. Zgodnie z nauczaniem Marksa to tylko formy utrzymywania dominacji jednych nad drugimi, formy wyzysku.

Znamienne, że w tym roku wiele osób wzięło udział w feministycznych imprezach tylko dlatego, że manifestantki głoszą hasła antyrządowe. Widać osoby te wyszły z założenia, że jeśli ktoś protestuje przeciwko zbrodniczemu reżimowi kaczystowskiemu, trzeba się dołączyć. Można i trzeba krytykować PiS za wiele działań, ale czy to wystarczający powód, by przykładać rękę do budowania nowego, strasznego świata radykalnej lewicy?

Magazyn Plus Minus

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA