fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jose Mourinho kontra Antonio Conte czyli mistrzostwa prowokacji

Wszędzie, gdzie pracował Jose Mourinho, to o nim mówiono najczęściej: potrafił zachowywać się jak megaloman lub paranoik, puszyć się i przybierać pozę rewolucjonisty, a także pozować na skrzywdzone dziecko. W apogeum konfliktu z UEFA o poziom sędziowania w Lidze Mistrzów wyznał: „Czuję się jak chłopiec pływający między rekinami”.
AFP
Za miesiąc, podczas meczu Manchester United – Chelsea, uwaga fotoreporterów i kamerzystów skupi się nie na boisku, ale na tym, co zrobią przy linii bocznej Jose Mourinho i Antonio Conte. Pobiją się w końcu czy nie?

W tegorocznej edycji rajdu Dakar, z 346. numerem na masce terenowej Toyoty, wystartował 40-letni kierowca z Portugalii. Po czterech etapach zajmował niezłe, jak na debiutanta, 43. miejsce, na 165. kilometrze piątego etapu uderzył jednak w wydmę i z urazem pleców został przetransportowany do szpitala. Nie był, rzecz jasna, pierwszym ani ostatnim poszkodowanym w ponurych, obfitujących także w wypadki śmiertelne, dziejach imprezy. Wyjątkowość jego historii polega na tym, że nie mówimy tu o zawodowym kierowcy, doświadczonym rajdowcu, który wcześniej próbował swych sił w niejednej samochodowej imprezie.

Gra bez piłki

Czterdziestoletni Portugalczyk nazywa się Andre Villas-Boas, a z zawodu jest... trenerem piłkarskim. Przed dziesięcioma laty okrzyknięty cudownym dzieckiem, uczeń sir Bobby'ego Robsona i współpracownik Jose Mourinho, stał się najmłodszym w dziejach zdobywcą europejskiego pucharu (miał 33 lata, gdy poprowadził Porto do zwycięstwa w Lidze Europejskiej). Później pracował z drużynami Premier League – Chelsea i Tottenhamem, gdzie wspierał rozwój Garetha Bale'a – w końcu poświęcił się zarabianiu pieniędzy na rynkach wschodnich: zdobył mistrzostwo Rosji z Zenitem Sankt Petersburg, a następnie podpisał bajeczny kontrakt z SIPG Szanghaj. Po roku pracy w Chinach oświadczył jednak, że nie zamierza przedłużać umowy, bo chciałby spełnić chłopięce marzenie i sprawdzić się jako kierowca rajdowy.

Przypadek Villas-Boasa dobrze ilustruje zmiany, jakie zaszły w świecie piłki nożnej. W ostatnich latach zdążyliśmy już przywyknąć do informacji o nieoczekiwanych rezygnacjach z pracy trenerów, którzy bynajmniej nie przestali odnosić wielkich sukcesów: po czterech zaledwie latach prowadzenia Barcelony 41-letni (co w futbolowym światku oznacza wciąż żółtodzioba) Pep Guardiola oświadczył, że czuje się wypalony, i poszedł na roczny urlop. Podobnie postąpił, pracujący wprawdzie trochę dłużej i nieco starszy Jurgen Klopp – zrezygnował z pracy w Borussii i odpoczywał przez pół roku, zanim podpisał umowę z Liverpoolem. Obecnie z uroków życia bez piłki korzystają choćby Luis Enrique i Thomas Tuchel, również młodzi, również mający już za sobą kilka lat błyskotliwej kariery.

Trener, jak widać, stał się bardziej ludzki: ma prawo do marzeń i pasji wykraczających poza futbol. Ma prawo do zmęczenia, depresji i zmiennych nastrojów. Może je okazywać, ba: dobrze, jeśli to robi. Trener jest przecież – i to chyba sedno sprawy – celebrytą, przyciągającym uwagę tabloidów, portali i stacji telewizyjnych niemal w równym stopniu jak piłkarze. Jego zadaniem jest nie tylko wygrywanie, ma również pasować do wizerunku klubu. W ten sposób Villas-Boas dostał pracę w Tottenhamie, jego poprzednik Harry Redknapp doprowadził wprawdzie drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, ale był prezentującym się komicznie w mediach starszym panem, a prezes Tottenhamu chciał mieć trenera kompatybilnego ze światem wielkich korporacji, które miały sfinansować budowę nowego stadionu. Ma o swojej pracy atrakcyjnie opowiadać – coraz częściej także w książkach, pełnych niedyskrecji z życia drużyny. Jak zauważyli autorzy znakomitej „Futbonomii" Simon Kuper i Stefan Szymanski, „kluby piłkarskie stały się de facto producentami treści telewizyjnych". Innymi słowy: zadaniem zatrudnionego przez klub trenera jest dostarczanie rozrywki odbiorcom treści telewizyjnych.

Oto dlaczego kiedy Pep Guardiola półtora roku temu podpisywał kontrakt z Manchesterem City, jego prezentacja nie ograniczyła się do tradycyjnej konferencji prasowej, a zorganizowane przed stadionem spotkanie z fanami, przejażdżka taksówką po mieście czy nagrana dla klubowej telewizji rozmowa z członkiem popularnego zespołu rockowego Oasis, kibicującym drużynie Noelem Gallagherem – przypominały raczej show, w którym znaczenie ma nie koncepcja zmian, jakich słynny Katalończyk dokona już za chwilę w Manchesterze, ale to, jaki rodzaj stroju wybrał na tę akurat okoliczność (T-shirt pod świetnie skrojoną marynarką).

Klaun kontra oszust

Burza między trenerem Chelsea Antonio Contem a byłym szkoleniowcem tej drużyny, prowadzącym obecnie Manchester United, Jose Mourinho wybuchła w pierwszych dniach stycznia, choć zapowiadające ją grzmoty słychać już było w poprzednich miesiącach. Emocjom, jakie Włoch budzi u Portugalczyka, trudno się pewnie dziwić: dwa lata temu Mourinho stracił pracę w Londynie w połowie wyjątkowo nieudanego sezonu, a kiedy kilka miesięcy później klub zdecydował się zatrudnić Contego, ten od razu sięgnął po mistrzostwo kraju – w gruncie rzeczy z tymi samymi piłkarzami, których miał do dyspozycji poprzednik, za to z jedną istotną zmianą taktyczną (przejściem z gry czwórką na trójkę obrońców). Ledwo zaś wygrał ligę, zaczął mówić o konieczności uniknięcia „sezonu Mourinho", czyli takiego, w którym broniąca tytułu drużyna nagle traci formę – na co zaczepiony Portugalczyk odpowiedział natychmiast... aluzją do rzekomej transplantacji włosów przez Contego.

O co poszło tym razem? Antonio Conte, co telewizja uwielbia, należy do trenerów hiperaktywnych: przy linii bocznej podskakuje, klęka, robi dramatyczne grymasy, uderza wyimaginowaną piłkę, a nawet zawiesza się na daszku osłaniającym ławkę rezerwowych przed wiatrem i deszczem. Kiedy więc Mourinho – zapytany podczas konferencji prasowej o swoją spokojniejszą ostatnio postawę podczas meczów – powiedział, że nie zachowuje się jak klaun, media nie miały wątpliwości: chciał zaczepić Contego.

Wątpliwości nie miał też trener Chelsea, który odparował podczas swojej konferencji, że jego rywal cierpi chyba na demencję, skoro zapomniał, jak sam się niegdyś zachowywał („gdy się starzejesz, coś takiego może ci się przytrafić" – dodawał Włoch, choć różnica wieku między nimi wynosi zaledwie sześć lat). Na co Mourinho ripostował, że owszem, zdarzyły mu się w życiu różne rzeczy, ale nigdy nie został skazany za ustawianie meczów (zarzut korupcyjny faktycznie ciągnął się za Contem w czasach pracy w ojczyźnie, ale sąd oczyścił go z wszelkich podejrzeń). „Myślę, że zanim coś się w taki sposób skomentuje i kogoś się skrzywdzi, trzeba się poważnie zastanowić – odpowiadał znów Conte. – Pokazał, że jest małym człowiekiem". I dodawał, że zna dobrze Mourinho z przeszłości: że już wtedy był mały, teraz jest mały i mały zapewne pozostanie, że jest hipokrytą i oszustem.

Od pierwszej złośliwości do eksplozji upłynęły zaledwie cztery dni, podczas których wymiana zdań między trenerami stała się tematem numer jeden wśród angielskich dziennikarzy sportowych. Ci poważniejsi starali się pokazać kontekst: niepewną w gruncie rzeczy przyszłość obu szkoleniowców i rozczarowanie sezonem, w którym prowadzony przez Guardiolę Manchester City już w połowie rozgrywek znalazł się poza zasięgiem konkurencji. Większość zastanawiała się jednak, czy podczas mającego się odbyć za miesiąc meczu Manchester United – Chelsea na Old Trafford między Portugalczykiem i Włochem dojdzie do bójki i czy nie warto zadbać o superczułe mikrofony albo wynająć specjalistę od czytania z ruchu warg, żeby poznać każde słowo, które wypowiedzą poza zasięgiem mikrofonów.

Palec w oko

Nie jest przypadkiem, że w roli głównej podczas obecnej awantury występuje Jose Mourinho. Kiedy przed laty jeden z jego kolegów (prowadzący wówczas Everton David Moyes) wyznawał, że Portugalczyk sprawił, iż „bycie trenerem stało się sexy", miał na myśli m.in. fakt, że jedną z metod warsztatowych Mourinho, który zaczynając w 2004 r. pracę w Anglii przedstawił się mediom jako „Special One" (Wyjątkowy), było koncentrowanie na sobie uwagi tak, by zdjąć presję z podopiecznych. „Cały świat jest przeciwko nam" – tłumaczył przez lata piłkarzom Mourinho, wznosząc wokół prowadzonych przez siebie drużyn mury rzekomo oblężonej twierdzy, a następnie wstępując na nie, by toczyć pojedynki z władzami ligi, z sędziami, a nade wszystko z trenerami innych drużyn.

Arsene'a Wengera np. nazywał „specjalistą od porażek" i „podglądaczem" (po tym, jak trener Arsenalu zarzucił mu kiedyś zbyt defensywną taktykę, mówił, że Francuz to jeden z tych, którzy zamykają się w domach z lornetkami i ukradkiem podpatrują sąsiadów), oskarżając go także o obsesję na punkcie Chelsea, którą wówczas trenował. Z lubością opowiadał też, że Wenger bez przerwy narzeka i że „lubi płakać". Przez pewien czas panowie grozili sobie procesem, a Mourinho informował dziennikarzy, że na okoliczność sądowej batalii zgromadził 120-stronicowe dossier o rywalu. W końcu sędzia techniczny musiał ich rozdzielać przy linii bocznej, kiedy Wenger – sfrustrowany także ciągłym przypominaniem liczby meczów, których nie mógł wygrać z drużynami Mourinho – popchnął przeciwnika.

Gdy Portugalczyk był trenerem Realu, po szczególnie bolesnej porażce z Barceloną to on z kolei zaczął się szarpać z przedstawicielami sztabu szkoleniowego rywali, wkładając nawet palec w oko Tito Vilanovy – najbliższego współpracownika i późniejszego następcy Guardioli w katalońskim klubie. Pracując w Interze, nazwał trenera Milanu „członkiem mafii". Po niedawnej porażce w derbach Manchesteru – poniesionej również z rąk będącego jego nemesis Guardioli – zrobił awanturę o zbyt głośną muzykę dobiegającą z szatni przeciwników, a podczas późniejszej scysji na stadionowym korytarzu został ponoć oblany gorącym mlekiem.

Jose Machiavelli

Co jednak przy tym ważne: większość dokonywanych przez niego prowokacji była efektem zimnej kalkulacji. Innym puszczały nerwy, ale on niemal nigdy nie tracił nad sobą panowania – nawet wykonując taniec radości po wygranej z Barceloną na wczesnym etapie kariery, trzymał przez cały czas rękę w kieszeni płaszcza, pilnując, by nie wypadł mu przypadkiem telefon komórkowy.

Historia futbolu ostatnich lat zna oczywiście przypadki trenerów mających problemy z kontrolowaniem agresji. Alan Pardew z Newcastle usiłował uderzyć „z byka" jednego z piłkarzy Hull, który ociągał się z wyrzuceniem piłki z autu, a innym razem popchnął sędziego liniowego. Nigel Pearson z Leicester ściskał za gardło powalonego wcześniej na ziemię piłkarza Crystal Palace. Tyle że przypadek Mourinho jest inny: jego akcje wydają się obliczone na efekt. „By utrzymać jedność i wierność poddanych, książę nie może się przejmować reputacją okrutnika" – zdanie Machiavellego pasuje tu jak ulał.

„Musi pan zrozumieć – mówi znajomy psychoanalityk jednemu z licznych biografów Mourinho, Patrickowi Barclayowi – że niemal każda wypowiedź publiczna jest częścią jego pracy i jej celem nadrzędnym nie jest komunikowanie się, ale zwiększenie szans swojej drużyny na zwycięstwo. Podczas konferencji prasowych nie rozmawia z dziennikarzami, tylko ze swoimi zawodnikami, innymi menedżerami, federacją piłkarską itd. Moja rada to przeniesienie w świat sportu pytania, które nieustannie powinien sobie zadawać każdy dziennikarz polityczny: »Dlaczego ten fałszywy sukinsyn mnie okłamuje?«".

Okłamuje czy nie, jego metoda działała przez wiele lat, a portugalski menedżer panował nad narracją w sposób absolutny: w jakiejkolwiek lidze by pracował, z sukcesami czy bez, to o nim mówiono i pisano najczęściej. A był przy tym jak człowiek orkiestra: potrafił zachowywać się jak megaloman lub paranoik, potrafił się puszyć i przybierać pozę rewolucjonisty, ale także zachowywać się jak skrzywdzone dziecko, które w apogeum konfliktu z UEFA o poziom sędziowania w Lidze Mistrzów wyznawało: „Czuję się jak chłopiec pływający między rekinami".

Futbolowi Einsteini

Jeśli powyższe akapity brzmią jak akt oskarżenia, wypada dodać, że warunki pracy Mourinho i jemu podobni mają trudniejsze niż szkoleniowcy starsi o pokolenie czy dwa. Uwagę mediów nie wszyscy znoszą tak dobrze, jak Portugalczyk. O oczekiwaniu, że trener będzie dostarczał rozrywki futbolowej widowni, była już mowa. Dodajmy do tego niecierpliwość właścicieli klubów, żądających natychmiastowych wyników (na swój pierwszy puchar zdobyty z Manchesterem United najbardziej utytułowany trener świata sir Alex Ferguson czekał trzy i pół roku, teraz zwalnia się szkoleniowców po trzech i pół miesiącach...). Dodajmy trudności w relacjach z piłkarzami, otoczonymi coraz częściej przez sztaby rozgrywających własne interesy doradców, agentów i specjalistów od wizerunku. Dodajmy zdobycze współczesnej nauki, wiedzy medycznej, psychologii, z których korzystanie staje się tyleż ułatwieniem, co obciążeniem. Dodajmy gromadzone przez zatrudnionych w klubach analityków terabajty danych o występach poszczególnych zawodników i drużyn... Od czasu, gdy legendarny menedżer Nottingham Forest Brian Clough powiedział, że „futbol to nie fizyka jądrowa, a Einstein nie napisał o nim książki", minęło prawie pół wieku. Nie kto inny, jak Jose Mourinho narzekał niedawno, że świat współczesnej piłki jest pełen Einsteinów...

Dodajmy do tego globalizację. Arsene Wenger, któremu nerwy podczas meczów puszczały od zawsze (wykłócał się z sędziami i trenerami rywali równie często jak Mourinho; zanim Portugalczyk został oblany mlekiem na stadionowym korytarzu, Francuz oberwał tam kawałkiem pizzy – incydent z 2004 r. nazwano bitwą na Old Trafford), spośród trenerów światowej czołówki pracuje najdłużej. Kiedy zaczynał prowadzić Arsenal, obroty klubu wynosiły 21 milionów funtów, a drużyna grała na starym, trzydziestokilkutysięcznym stadionie. Dziś, po przeszło dwóch dekadach, obroty są większe o 400 milionów, a trybuny nowego obiektu mieszczą ponad 60 tysięcy ludzi. Najważniejsze jest jednak to, że transmisje spotkań jego drużyny pokazywane są w najdalszych zakątkach globu. Indonezyjczycy czy Chińczycy wyśmiewają komiczne zmagania francuskiego trenera z wiecznie niedopinającym się zamkiem zimowej kurtki równie ochoczo jak mieszkańcy północnego Londynu. To się naprawdę odbywa na oczach całego świata.

Więcej niż Hollywood

Napisałem wcześniej, że metoda Mourinho „działała", bo sformułowanie tego zdania w czasie teraźniejszym przychodzi mi jednak z trudem. Mimo wielkich inwestycji (sprowadzenie Paula Pogby wiązało się z koniecznością pobicia transferowego rekordu świata), zakończenie smuty, w której Manchester United znalazł się po odejściu na emeryturę wspomnianego Aleksa Fergusona, nie jest wcale takie proste, a i dziennikarze coraz częściej znajdują sobie nowych ulubieńców. Być może najboleśniejszym ciosem, zadanym Mourinho przez Contego, było zdanie, że oto kończą się wspaniałe czasy kina i że oprócz talentu aktorskiego trener musi się dziś wykazywać wiedzą piłkarską. Ukryte w tej frazie żądło odwołuje się do kompleksu, jaki w Mourinho budzi ponoć świadomość, że – w odróżnieniu od Włocha – nigdy nie odnosił sukcesów jako zawodnik. Ale mowa tu też o tym, że trener Manchesteru United zbyt długo mydlił nam oczy sztuczkami, które pasują bardziej do Hollywood niż Champions League.

Na pytanie, czy podobne zachowania niszczą piłkę nożną, czy po prostu zwiększają jej oglądalność, nie ma prostej odpowiedzi. Przed walką zawodowych bokserów również pada wiele ostrych słów, a każda ze stron wyłazi ze skóry, by wyprowadzić tę drugą z równowagi, później jednak mamy już do czynienia ze sportem – często na najwyższym poziomie. Z drugiej strony można się przecież zastanawiać, czy obserwowanie pyskówki między trenerami nie ma – podobnie jak przyglądanie się pyskówce polityków – dewastującego wpływu na poziom naszych codziennych, już wcale nie piłkarskich czy politycznych rozmów. Najlepszym morałem z tej historii powinno chyba być stwierdzenie, że samo prowokowanie rywali faktycznie nie wystarcza jako przepis na sukces.

W książce o pracy Mourinho z Realem Diego Torres streszcza trenerską filozofię Portugalczyka w siedmiu punktach. Mecz, zdaniem obecnego menedżera MU, wygrywa drużyna, która popełni mniej błędów. W piłce nożnej opłaca się prowokować rywali do ich popełniania. Zasada ta dotyczy zwłaszcza spotkań wyjazdowych, gdzie nie ma sensu walczyć o dominację na boisku. Kto jest częściej przy piłce, ten bardziej naraża się na ryzyko popełnienia błędu. Im mniej ktoś jest przy piłce, tym mniejsza szansa, że zrobi błąd. Kto jest przy piłce, ten się boi. Kto nie jest przy piłce, jest tak naprawdę silniejszy.

Problem w tym, że przy tegorocznych propozycjach Pepa Guardioli (i jego ubiegłotygodniowego pogromcy, Jurgena Kloppa, pracującego dziś w Liverpoolu) podobnie negatywna – reaktywna, jak mówią w trenerskim żargonie – taktyka jest przepisem na oglądanie pleców rywala. Jest też, dodadzą kibice niezwiązani emocjonalnie z Manchesterem United, zwyczajnie nudna. Najlepszą reklamą futbolu są takie mecze jak Liverpool – Manchster City z ostatniego weekendu, kończące się wynikiem 4:3, toczone w szalonym tempie, przy gigantycznym zaangażowaniu zawodników obu drużyn w walkę o dominację na boisku i z poczuciem, że każdy błąd można naprawić.

Mecze, dodajmy, po których zakończeniu trenerzy potrafią paść sobie w ramiona.

Michał Okoński jest dziennikarzem „Tygodnika Powszechnego", autorem książki i bloga „Futbol jest okrutny".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA